Archiwum miesięczne: Czerwiec 2012

2012.06.24 – Chełm – Maraton Kresowy

Na maraton w Chełmie czekałem od początku sezonu. Mając w pamięci świetnie zorganizowaną imprezę we wrześniu oraz ciekawą, pasującą mi trasę, nastawiałem się na dobry wyścig. Z Lublina przyjechał bardzo mocny skład reprezentujący RL, MayDay i Erkado Kraśnik. Oczywiście nie zabrakło też chłopaków z Puław, a dodając do tego miejscowych maratończyków, zapowiadała się bardzo ciekawa rywalizacja. W odróżnieniu od ubiegłego roku dodano start honorowy z Rynku i wspólny przejazd przez miasto na start ostry.

Po kilku kilometrach prowadzących przez miasto ustawiają nas w lesie na starcie ostrym. Humory dopisują, ja dowcipkuję na prawo i lewo, atmosfera jest dobra, co jest ogromną zaletą Maratonów Kresowych, a przynajmniej ich chełmskich edycji. Końcowe odliczanie i startujemy. Krótki odcinek asfaltu i już jesteśmy w lesie. Przede mną sporo zawodników, powoli przeskakuję do góry, ale jest ciężko. Jak zwykle na pierwszych terenowych kilometrach jest problem z nogą, która buntuje się i nie chce mocno kręcić. Gdy łapię już w miarę dobry rytm orientuję się, że siedzę jakoś za nisko. Nowa, carbonowa sztyca chyba się trochę zapadła. Olewam temat i postanawiam cisnąć, ale jednak jakieś pół godziny po starcie decyduję się zatrzymać. Na szczęście w camelbaku mam jeszcze kluczyk, który zostawiłem na wszelki wypadek po akcji w Sielpii. Tym razem szybko załatwiam sprawę i po kilku minutach doganiam wszystkich, którzy mnie wyprzedzili podczas przymusowego postoju, czyli między innymi Grześka i Wieśka z Obst Chełm oraz Krzyśka z MayDaya. Po asfalcie jedziemy razem, trochę tasujemy się w lesie aż w końcu im odjeżdżam i doganiam kolejnych zawodników.

Na drugą pętlę wjeżdżam sam, przy podjeździe do lasu słyszę, że jestem 25, po kilku minutach dochodzę kolejnego zawodnika i mijam go zyskując dużą przewagę. Po kolejnych kilometrach w lesie widzę za sobą grupkę kilku kolarzy. Na podjeździe przyciskam mocniej, na chwilę im odjeżdżam, ale na zjeździe dochodzi mnie jeden z nich i siada na koło. Przez kilka minut jedziemy razem i zaczynam czuć, że coś z moim rowerem jest nie tak, bo „miota nim jak szatan”. Okazuje się, że z przodu zeszło powietrze. Muszę się zatrzymać, kolega pożycza mi pompkę i dętkę, ale co z tego skoro opona siedzi piekielnie ciasno. Po kilku minutach zaczynają mijać mnie kolejni zawodnicy. Przemo, Mikołaj, zawodnicy z MayDaya, Obsta. Dojeżdża do mnie także Iwo, który zatrzymuje się i pożycza mi łyżki. Niestety, opona dalej nie chce zejść. W tym momencie maraton kończy się dla mnie definitywnie. Postanawiam dopompować koło i zobaczyć jak rozwinie się sytuacja. Już do końca maratonu co jakiś czas zatrzymuję się i dopompowuję. Podczas pompowań wyprzedzają mnie zawodnicy, których później doganiam i tak w kółko, zwłaszcza z Waldkiem z MayDaya. Mimo, że jadę dosyć wolno to udaje mi się jeszcze minąć kilka osób i na metę z czasem 2:44:53 wjeżdżam na 59 miejscu, które nic dla mnie nie znaczy. Maraton jest stracony, bo była szansa nawet na 20 pozycję open. Po dojechaniu jestem przybity i nie mam ochoty kompletnie na nic. To kolejny raz, kiedy nie mam szczęścia w Chełmie (tutaj nie ukończyłem swojego jedynego startu MTB – XC w 2009 a ubiegłym roku przez połowę maratonu walczyłem ze skurczami).

Biorą pod uwagę nawet to, że start był dla mnie nieudany, muszę w ciepłych słowach opisać to, co działo się w Chełmie. Świetna organizacja pod każdym względem, bardzo ciekawa trasa i kapitalna atmosfera sprawiają, że następnego chełmskiego maratonu będę wyglądał z jeszcze większym zniecierpliwieniem niż tym razem. Mam nadzieję, że limit pecha zarówno na Chełm jak i na ten sezon wyczerpałem i kolejne wyścigi będą w pełni zależały tylko od kondycji moich nóg i głowy a nie od przygód ze sprzętem.

2012.06.23 – Lublin – City Race

Długo wyczekiwany przez lubelskie środowisko MTB, Lublin City Race przyciągnął czołówkę kolarzy górskich z Lublina, kilku mocnych zawodników spoza Koziego Grodu oraz całą rzeszę kibiców. Magia miejsca zrobiła swoje i mimo obaw związanych z niebezpieczną trasą, w ostatniej chwili zdecydowałem się na start. Wyścig rozgrywany był na Starym Mieście w Lublinie. Wąskie uliczki między kamienicami oraz brukowa nawierzchnia i schody, po których trzeba było zarówno wjeżdżać jak i z nich zjeżdżać sprawiały, że rywalizacja była trudna a przez to bardzo widowiskowa. Zawody odbywały się w formule XCE, łączącej cechy XC oraz 4X. Startowaliśmy czwórkami i mieliśmy do pokonania jedną pętlę o długości blisko 1km. Dwóch pierwszych zawodników przechodziło do następnej fazy pucharowej a pozostali dwaj odpadali z dalszej rywalizacji.

Na początku rywalizowałem z Damianem z LKKG oraz Zbyszkiem, podobnie jak w kilku pozostałych wyścigach pierwszej rundy na starcie nie pojawił się czwarty zawodnik. Wystartowałem ostro, ale przez chwilę miałem wątpliwości czy nie przekroczyłem linii dzielącej dwa tory. Żeby uniknąć ewentualnej dyskwalifikacji przepuściłem Zbyszka i przez kamienicę przejechałem jako drugi. Najtrudniejszy element trasy, czyli wskoczenie na schodki na Placu po Farze oraz przejazd po żwirku trzymałem się tuż za Zbyszkiem, jednocześnie uważając na jadącego za mną Damiana. Zjeżdżając po schodach z Placu po Farze zaatakowałem na pełnym gazie i tuż przed wjazdem w najwęższą lubelską ulicę Ku Farze, wyszedłem na prowadzenie i co sił pognałem przed siebie, zyskując bezpieczną przewagę nad chłopakami, którą spokojnie dowiozłem do mety.

W 1/8 finału czekało na mnie dużo trudniejsze zadanie, gdyż startowałem z Tomkiem Balą, jednym z największych faworytów do zwycięstwa. Oprócz Tomka, w mojej czwórce znowu jechał Damian, oraz Andrzej Cywiński. Podobnie jak w pierwszym wyścigu zająłem zewnętrzny tor i po mocnym starcie niespodziewanie objąłem prowadzenie. Dopiero na technicznym odcinku Placu po Farze wyprzedził mnie Tomek, ale pozostali zawodnicy do końca wyścigu musieli oglądać moje plecy. Na metę wpadłem chwilę za Tomkiem, za to ponownie wyprzedziłem faworyzowanego Damiana, sprawiając małą niespodziankę.

Ostatnim dla mnie wyścigiem była walka o półfinał. Niestety na tym etapie rywalizacji miałem już bardzo małe szanse na awans, gdyż oprócz Tomka Bali na linii stanął prezes LKKG Michał, zaliczany do szerokiego grona faworytów, oraz jego klubowy kolega Bartek. Tym razem ulubiony, skrajny tor nic nie dał i znalazłem się na trzeciej pozycji. Tomek z Michałem zgodnie z przewidywaniami odjechali, mnie w drugiej połowie trasy wyprzedził jeszcze Bartek i na trzech wyścigach i ćwierćfinale zakończyłem rywalizację w drugim takim (po Jeleniej Górze) wyścigu w Polsce.

Podsumowując imprezę trzeba zaznaczyć, że panowała bardzo dobra, rodzinna atmosfera. Większość zawodników z Lubelszczyzny, wszyscy bardzo dobrze się znamy, więc wzajemnie się dopingowaliśmy i zagrzewaliśmy do boju. Dodatkowo obstawą trasy zajęli się forumowicze z Rowerowego Lublina, którym bardzo serdecznie dziękuję za doping. Nie raz słyszałem na trasie głośne okrzyki „Dawaj Kermit”, dzięki którym siła w nogach od razu rosła :) Myślę, że Lublin City Race był świetną promocją zarówno dla miasta jak i kolarstwa. Wspaniała, słoneczna pogoda sprawiła, że przez Stare Miasto przewinął się tłum ludzi, większość z nich pewnie przypadkowo trafiła na wyścig, ale reakcje w przytłaczającej większości były pozytywne. Ja cieszę się z 13 miejsca, przed startem nie spodziewałem się, że zajdę tak daleko w rywalizacji na własnym podwórku, ale dzięki sprytowi i odrobinie szczęścia udało się wykręcić wynik, z którego spokojnie mogę być zadowolony. Na koniec gratuluję zwycięzcom i dziękuję wszystkim za rywalizację oraz przygotowanie wyścigu, było rewelacyjnie!

2012.06.16-17 – Sielpia – ŚLR

Kolejny start w tym sezonie to dwudniowy etap ŚLR w Sielpi. Powrót na trasy Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, po opuszczeniu maratonu w Nowinach, to przede wszystkim chrzest bojowy nowo złożonego roweru. W piątek wieczorem, razem z Pawłem, przystąpiłem do składania do kupy wszystkich części. Wiedziałem, że taka akcja dzień przed wyścigiem to nie jest dobry pomysł, ale sytuacja wymusiła to rozwiązanie, wcześniej się nie dało i tyle. Nie spodziewałem się jedynie, że wyjedziemy z serwisu aż o 3 w nocy.

Z Lublina wystartowałem z Pawłem i Sebastianem ok. 7:30. Dosyć późno, ale pierwsi zawodnicy na sobotniej czasówce mieli wyruszyć o 12, więc obyło się bez jakiejś specjalnej nerwówki. Po dojeździe na miejsce okazało się zresztą, że w miasteczku sportowym wyjątkowo piknikowa, wręcz leniwa atmosfera. Przygotowania do startu niestety średnio profesjonalne, gdyby nie wcześnie otwarty bufet to jechałbym na głodnego, rozgrzewka też niemrawa, ogólnie rzecz biorąc klimat wakacyjnego miasteczka bardzo się udzielił i jakoś dużo mniej niż zwykle przejmowałem się wyścigiem. No i wyszedł pierwszy mankament roweru: amortyzator nie zawsze się odblokowuje, postanawiam zatem jechać całą czasówkę bez blokady.

Startowaliśmy co 30 sekund, z Lublinian wyruszałem ostatni, więc podczas rozgrzewki dopingowałem chłopaków jadących przede mną. Mimo, że już kilka minut przed moim startem kręciłem się w okolicy to trochę się zagapiłem i mało brakowało a spóźniłbym się na swoją próbę. Widząc, że nikt nie stoi na starcie podjechałem pod linię, spokojnie się zameldowałem i oczywiście okazało się, że teraz moja kolej i za 15 sekund jadę. Pełen luz, końcowe odliczanie i ogień!

Wyruszam ostro, amor trochę pompuje na twardym, ale po rozpędzeniu już nie stanowi to problemu. Trasa łatwa, jadę mocno, po chwili doganiam dziewczynę, która startowała przede mną, później chyba jeszcze jedną osobę. I nagle czuję, że sztyca się zapada. Muszę się zatrzymać, próbuję jakoś naprawić te rzecz, kręcę szybkozamykaczem, ale śruba jest zbyt słabo ściśnięta i nic to nie daje. Mija mnie kilku zawodników, w końcu ktoś pożycza mi klucze, dokręcam zacisk i ruszam w pogoń. Doganiam kolegę, który pożyczył mi klucze, oddaję w locie, dziękuję i cisnę dalej. Doganiam kolejnych zawodników, jestem zły na siebie, na rower, wiem, że straciłem dużo, ale staram się walczyć o każdą sekundę i każdą pozycję w końcowym rozrachunku.

Trasa łatwa, płaska, trochę piachu, ale idzie wszystko przejechać. W końcu dojeżdżam do jedynej na trasie poważnej przeszkody: krótki, stromy podjazd i techniczny zjazd po kamieniach. Nie zdążam zredukować i końcówkę podjazdu walę z buta. Nie ryzykuję zjazdu po kamieniach i sprowadzam rower. Mknę szybko do mety, ale staram się oszczędzić trochę sił na końcówkę. Ku mojemu zdziwieniu nagle widzę znajome tereny i technicznych kierujących do mety. To już? Cisnę końcówkę ile wlezie i wpadam na metę. Spodziewałem się, że będzie dużo dłużej. Czas 1:09:30, 89 miejsce open i 37 w Elicie. Przez historię ze sztycą straciłem ok. 30 pozycji i jestem bardzo niezadowolony, tym bardziej, że to mój błąd i powinienem był go uniknąć. Jeszcze raz odradzam składanie roweru tuż przed startem.

Ciąg dalszy w sobotę to spacer na plażę, kwaterunek, kolacja oraz oczywiście przygotowania do meczu Polska – Czechy. Mimo, że średnio mnie on obchodzi, ulegam zbiorowemu szałowi i biorę udział we wspólnym oglądaniu. Na terenie obozu mieliśmy dwie „strefy kibica” – w obu telewizory były wystawione na balkonach a kibice gromadzili się przed tymi balkonami. Po jednej połowie w każdej strefie, z tym, że o ile pierwszą nawet obejrzałem to na drugiej więcej było przysypiania ;) Co do wyniku to cóż, piłka nożna to bardzo trudny sport, nawet najsłabszy piłkarz jest wciąż wielkim sportowcem hehe.

W niedzielę wstaję rano, wyspany jak nigdy przed maratonem. Śniadanie na stołówce, podobnie jak kolacja, niezbyt kolarskie, w dodatku zbyt wczesne, więc ponownie start nieco na pusto. Ale w Sielpi w końcu jadę z pierwszego sektora, w dodatku ustawiłem się z chłopakami prawie na samym przodzie, więc jest bardzo pro ;) Ruszamy punktualnie. Od samego początku ogień, szybki wjazd do lasu, ale podłoże dosyć twarde, więc prędkość ciągle duża. Tym razem na rozjazdówce wyprzedza mnie trochę osób, w końcu łapię się na koło Andrzejowi z Inżynierii i dobrych kilka minut jadę za nim. Po chwili słyszę soczyste k… i widzę jak Andrzej się zatrzymuje. Okazało się, że nie wytrzymała tylna przerzutka i wyścig się dla niego skończył. Jak to później żartobliwie, skomentował Tomek: „Może w końcu przerzuci się na Srama”.

Cisnę dalej mocno, robi się mała grupka i z czasem coraz większy piach. Dalej jednak płasko. Jeszcze przed pierwszym bufetem dogania mnie Karcer i na asfalcie daje bardzo mocną zmianę. Od razu siadam na koło i wiozę się aż do wjazdu w las.  Tam kilka osób wbija się między nas po czym grzęzną w piachu. Lipa, ja też muszę zejść, podobnie jednak prowadzący Seba. Całą grupą prowadzimy rowery przez kilkanaście metrów, po czym łapiemy trochę twardego i zaczynamy znowu kręcić. Robią się małe odstępy, ale niweluję je przed ogromnym nasypem. Tam całą grupą podprowadzamy rowery. Po grani także nie jedziemy, gdyż po obu stronach przepaść. Na końcu bardzo stromy zjazd. Większą część sprowadzam, co także nie jest takie łatwe, a końcówkę zjeżdżam z tyłkiem za siodełkiem i tuż nad tylnym kołem. Właśnie w takich momentach docenia się rower, ja ze swojego jestem bardzo zadowolony, rama i amor to były strzały w dziesiątkę! Dalej odcinek leśny i na asfalt wjeżdżam razem z jakimś gościem na Meridzie, z którym już do końca wyścigu będziemy się zjeżdżać. Ciągnie mocno pod górę, ja się zaginam, siedzę na kole i nie puszczam. Wyprzedzamy kilka osób, cieszę się, że dałem radę i nie straciłem na podjeździe.

Na pierwszym bufecie łapię tylko banana i batona i cisnę dalej sam. Jedzie mi się świetnie, bardzo szybki odcinek i po bufecie sił jakby więcej. Dojeżdżam do rzeczki, z roweru niestety schodzę dopiero w połowie i kilka metrów go przenoszę, wody jest po kolana. Szkoda, że nie zsiadłem wcześniej, zostałoby trochę smaru, zwłaszcza, że za chwilę robi się piaszczyście. Jadę dalej, ale już nie tak szybko jak do rzeczki. Zjeżdżam się z kolejnymi kolarzami. Tym razem, nie tylko jak to zazwyczaj w tej części wyścigu, jestem wyprzedzany, ale także i ja wyprzedzam. Wyprzedza mnie jakiś szybki zawodnik, siadam mu na koło i wiozę się kilka kilometrów. Na drugim bufecie zatrzymuję się, uzupełniam szybko bidon i biorę banany i batony.

Na kolejnym odcinku znowu dojeżdża do mnie dwóch kolarzy, m.in znowu kolega na Meridzie, a ja znowu siadam mu na koło. Jedziemy kilka kilometrów, dojeżdżamy do drzewa leżącego w poprzek drogi, przenosimy rowery i wtedy ni stąd ni zowąd łapie mnie skurcz. Reaguję natychmiastowym krzykiem a kolega na Meridzie reaguje natychmiastowym podaniem fiolki z magnezem. Dzięki wielkie! Wypijam i od razu wsiadam na rower. Chłopaków mam jeszcze w zasięgu wzroku i staram się dogonić, ale są dla mnie za szybcy.

Końcowe kilometry to wyprzedzanie zawodników z dystansu Fan a później także Family. Już na asfalcie mijam m.in. Tomka z rodzinką (niestety słabo się rano czuł i postanowił odpuścić Master). Przede mną nie widzę nikogo, za mną bezpiecznie, więc ze spokojem, ale dalej dosyć mocno kręcąc korbą, wjeżdżam na metę na 35 pozycji Open (20 w Elicie) z czasem 3:19:01. Trzy minuty za Sebastianem i niecałe dwie za Darkiem z MayDaya. Jestem umiarkowanie zadowolony, bo miejsce jest w miarę przyzwoite, rower dał radę (amor robi robotę!) a mi udało się podjąć na trasie walkę :) Niestety miejsce dalej jest kiepskie i czeka mnie dużo pracy żeby przyjeżdżać wyżej.

Podsumowując maraton w Sielpii można mieć mieszane uczucia co do trasy. Z jednej strony płasko i nudno, z drugiej wcale nie tak łatwo jakby się mogło wydawać, gdyż piachy zrobiły swoje i kto chciał, zostawił tam sporo zdrowia. Poza tym organizacja, jak zwykle w tym roku na ŚLR, wzorowa. Świetna atmosfera w miasteczku kolarskim, przemiła obsługa, punktualność, dobre bufety i nieźle oznaczona trasa sprawiają, że zdecydowanie chce się wracać na maratony ŚLR. Ogromne brawa dla Maziego i Mirry oraz pozostałych organizatorów za profesjonalne podejście. Mimo, ze w Lublinie równolegle była rozgrywana Mazovia to ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, w którym maratonie startować. Cieszę się także ze złożenia nowego roweru, który mam nadzieję będzie mi służył długo i udanie. Póki co jestem bardzo zadowolony.

Na koniec ogromne podziękowania kieruję w stronę Pawła Kulpy z Centrali Rowerowej, który bardzo przyczynił się do powstania mojego ściagacza. Rady odnośnie do doboru komponentów, jak zwykle niezawodne zaplecenie i przygotowanie kół, doprowadzenie do ładu uszkodzonej ramy oraz pozawieszanie na niej wszystkich części to jego ogromny wkład w to, żebym na wyścigach zajmował coraz lepsze miejsca. Taki mechanik to skarb. Kolejny test Canyona w niedzielę na Maratonie Kresowym w Chełmie. Będzie ostro!

2012.06.03 – Lublin – Family Cup

W tym roku organizacją Family Cup zajmowało się Stowarzyszenie „Rowerowy Lublin”, nie mogło mnie więc zabraknąć na starcie. Postanowiłem pojechać na tym, co mam, czyli 15 kg góralu na stalowej, 21″ ramie, sztywnym widelcu i przerzutkach Tourney. Doliczając do tego wielkie kulturalne święto Lublina, czyli Noc Kultury, która trwała dla mnie do 6 rano, oraz brak treningów wynik nie zapowiadał się zbyt obiecująco. Zwlokłem się z łóżka po trzech godzinach snu, zrobiłem porządne śniadanie, przygotowałem bukłak i pognałem nad Zalew, gdzie rozgrywane były zawody.

Nie miałem zupełnie pojęcia, o której będzie start mojej kategorii (zresztą chyba nikt tego nie wiedział), więc musiałem tam dojechać jak najszybciej, żeby nie zostać na lodzie. Gdy byłem już na miejscu i po rejestracji, średnio miałem możliwość i ochotę przejechać próbną pętlę. Całe szczęście, że się na to zdecydowałem, bo okazało się, że z niepozornego terenu nad Zalewem chłopaki wycisnęli wszystko co najlepsze i trasa wcale nie była płaska jak dziewczynka z pierwszej klasy. Było sporo technicznych odcinków, dużo korzeni oraz kilka krótkich podjazdów i zjazdów. Brak amorka wyraźnie dawał znać o sobie. Bez tego próbnego okrążenia mocno bym się zdziwił na wyścigu.

Ostatecznie moja kategoria wystartowała razem z U23 o 13:15. Niestety, zlekceważyłem konieczność zajęcia miejsca w pierwszej linii i na luzie stanąłem w drugiej. Był to błąd, który zaważył o przebiegu całego wyścigu. Zaraz po starcie zostałem zamknięty na krótkiej prostej przez kilku trzepaków, którzy zablokowali wjazd do lasu i było pozamiatane. Najlepsi odjechali a ja najpierw stałem w korku a potem wlokłem się na wąskich singlach za słabszymi zawodnikami. Większość wyścigu przejechałem solo, goniąc Mikołaja. Niestety zostaliśmy zdublowani przez najlepszą dwójkę i zamiast siedmiu pętli pojechaliśmy sześć. No i tej jednej rundy chyba mi zabrakło żeby odrobić przynajmniej tę jedną pozycję.

Podsumowując: trasa bardzo fajna, ale wyścig niestety bez historii. Nieco ponad godzina jazdy i 8. miejsce, czyli bardzo słabo. Następnym razem nie ma sentymentów. Jak się startuje w XC to się staje w pierwszej linii, kropka. Co prawda ostatecznie dużo bym nie zyskał, bo zbyt wiele czynników się złożyło na to, że ten start nie mógł się udać, ale przynajmniej więcej frajdy by było i wyścig byłby ciekawszy i rzeczywiście można by na nim zasmakować rywalizacji, zamiast jechać ciągle solo. Teraz pora wyciągnąć wnioski, złożyć w końcu Canyona i zacząć robić formę, bo czas nieubłaganie ucieka a chłopaki coraz bardziej odjeżdżają.

Na koniec dzięki dla wszystkich ludzi z ekipy przygotowującej wyścig. Duże brawa dla Was za wytyczenie trasy, jej zabezpieczenie, stanie na trasie i pilnowanie porządku, oraz miasteczka kolarskiego. Fajnie, że ktoś oprócz mnie zaczął w Rowerowym Lublinie organizować imprezy sportowe. W tym roku oprócz „mojego” maratonu 24h będzie jeszcze Lublin City Race, bardzo widowiskowy wyścig na Starym Mieście, organizowany wspólnie z LKKG (23 czerwca) oraz wyścigi XC/Cyclocross w ramach Lublin Super Session na Bike Parku przy Janowskiej (30 czerwca). Zapraszam wszystkich na te imprezy, jak widać, wystartować można nawet na 15 kg złomie bez amora, wystarczy tylko chcieć :)