«

»

2013.07.21 – Zagnańsk – ŚLR

2013.07.21

Zagnańsk to najszybsza i najłatwiejsza edycja tegorocznej ŚLR. Trasa w znacznej mierze składała się z szutrów, jednak poprowadzonych po raczej pofałdowanym terenie. Na szczęście, jak przystało na ŚLR, nie mogło zabraknąć technicznych singli, trudnych, leśnych podjazdów i przejazdów przez rzeczkę, dzięki czemu nie może być mowy o idiotycznych porównaniach do Mazovii. Na szczęście nie było powtórki z Suchedniowa i na trasie panowały wyborne warunki.

Przed maratonem było trochę nerwówki, szukanie zapasowej dętki, montowanie czujnika prędkości na ostatnią chwilę itd. to rzeczy, które zdecydowanie nie powinny mieć miejsca przy profesjonalnym podejściu do ścigania. Na szczęście jak mało kto potrafię się zmobilizować w obliczu deadline’u, więc udało się ogarnąć wszystko i przeprowadzić jeszcze w miarę dobrą rozgrzewkę.

Staję w drugiej linii w sektorze, startujemy i staram pilnować się czuba, co na początku nie jest łatwe, ale w końcu znajduję trochę miejsca i sprytnym manewrem przeskakuję praktycznie na sam przód. Chwilę później wjeżdżamy w teren i tam już zaczyna decydować moc w nogach, spływam coraz niżej, ale ciągle trzymam się w pierwszej grupie. Po 7km oglądam się za siebie i w oddali nie widać już nikogo. Chłopaki coraz bardziej podkręcają tempo, kilka razy zostaję, ale ostatkami sił spawam do koła. Na singlu ponad 20 osobowy peleton się rozciąga, jadę na końcu i tracę dystans. Dochodzę kilku zawodników na szutrze, pędzimy szybko i tasujemy się między sobą.

W końcu zostaję sam na i pędzę ile sił, peleton za hopkami, przed sobą widzę tylko jednego gościa. Gdy go doganiam okazuje się, że to nie ścigant, w dodatku informuje mnie, że powinienem był kilkaset metrów wcześniej skręcić w lewo w las. Super, zawracam a w moją stronę wali kilkunastoosobowy tłum, niestety wracam na trasę, gdy większość z nich skręciła już w singla. Walę bokiem jak opętany, na szczęście przed najtrudniejszymi fragmentami wyprzedzam kilka osób, resztę dochodzę po kilku kilometrach. Wszystko co nadrobiłem nad nimi na początku poszło w cholerę, w dodatku wzrosła strata do czołówki.

Mam totalnie dosyć, ale nie pozostaje mi nic innego jak zacisnąć zęby i gonić. Noga podaje całkiem dobrze, na pewno dużo lepiej niż w pierwszej połowie ostatnich maratonów. Zbliżam się do kolejnych zawodników, ale za mną także widzę pościg, zaczyna mną miotać i po chwili ląduję na glebie. Towarzystwo mam doborowe, bo nie zdążyła mnie ominąć wicemistrzyni świata w maratonie z 2003 r., Magdalena Sadłecka, która także zaliczyła dzwona. Na szczęście od razu się podnosi i jedzie dalej. Ja przez kilkadziesiąt sekund walczę z kierą, która złożyła mi się w poprzek. Bez kluczy prostuję jakoś zapierając rower o drzewo, w tym czasie wyprzedza mnie mała grupka.

Wskakuję na rower i po raz kolejny odrabiam straty. Po kilku minutach dochodzę Magdę, przepraszam za trzepacką jazdę i robię jej koło. Jedzie z nami jeszcze zawodnik z Teamu PKO, z którym zmieniam się na prowadzeniu, aż w końcu odjeżdżamy na podjeździe, później odskakuję i doganiam Mirka z Afor Adventure, który minimalnie mnie wyprzedza w generalce ŚLR. Mówi, że to nie jego dzień i rzeczywiście po chwili zostaje.

Jadę sam, na długim i kamienistym podjeździe w lesie widzę przed sobą kolarzy, ale za mną także wspina się kilkuosobowa grupka. Naciskam więc mocniej na pedały i na szutry wyjeżdżam z bezpieczną przewagą, zbliżając się w dodatku do zawodników z przodu. Przed nami jeszcze dwa dosyć długie i strome podjazdy, na których dochodzę dwie osoby, na zjeździe kolejną i przede mną widzę Jarka Wsóła. Dojeżdżam do niego, wyprzedzam, ale ten spawa na asfalcie. Podciągam kawałek i puszczam go przodem. Na ostatnim zakręcie atakuję, odjeżdżam i finishuję 23. Open i 12. Elicie, z czasem 3:04:19. Niestety wynik zostaje skorygowany z miejsca 20. Open i 10. w Elicie dopiero kilka dni po maratonie, co jest według mnie bardzo słabe i mam nadzieję, że dzieje się tak po raz ostatni.

Gdyby udało się załapać do 20 mógłbym być umiarkowanie zadowolony z wyniku, niestety 23. miejsce traktuję jako porażkę. Na plus zaliczyć muszę równą jazdę przez cały maraton, bez kryzysów i nagłych spadków mocy. Szkoda zgubienia trasy na 20. i dzwona na 37. kilometrze, straciłem przez nie w sumie około 4 minuty, co dałoby mi 17. pozycję. Na pamiątkę po upadku w Canyonie zostało całkiem imponujące wgniecenie, mam nadzieję, że rama dociągnie do końca sezonu :)

  • Facebook
  • Twitter
  • Śledzik
  • Wykop
  • email
  • Blogger.com