«

»

2013.08.18 – Kraśniczyn – Maraton Kresowy

2013.08.18Kraśniczyn czy Łagów, Łagów czy Kraśniczyn?  To pytanie zadawałem sobie przez kilka dni. Obie miejscowości debiutowały na mapie maratonów i w obu ściganie zapowiadało się wyjątkowo. Z jednej strony zapowiedź najtrudniejszej w sezonie trasy i gwarancja świetnej organizacji spod znaku ŚLR. Z drugiej strony wielka niewiadoma, której największym atutem miała być wymagająca (podobno nie tylko jak na warunki Lubelszczyzny i Maratonów Kresowych) trasa. W piątek zapada decyzja: trzeba wspierać lokalne inicjatywy, jadę do Kraśniczyna na trzeci wyścig Pucharu Lubelszczyzny w maratonie MTB :)

Na miejscu mnóstwo znajomych twarzy (Rowerowy Lublin, Nocny Patrol, MayDay, Erkado, Obst) i świetna pogoda, zapowiada się super ściganie. Ustawiam się na przedzie sektora i ruszamy. Początek w miarę spokojny i po asfalcie, jadę w czubie i po wjeździe w teren się w nim utrzymuję. Na szczycie podjazdu jadę około 10 miejsca, ale podczas zjazdu kurzy się niesamowicie, niewiele widzę i na dole dochodzi mnie kilka osób. Zaczynają się podjazdy w wąwozach i zjazdy leśnymi singlami, jest bardzo malowniczo. Po kilkunastu kilometrach formuje się pięcioosobowa grupka, z Robertem Turakiem i Tomkiem Małasiewiczem. Co jakiś czas odjeżdżam do przodu, ale się zjeżdżamy. Jadę naprawdę mocno, noga podaje jak mało kiedy. Rzadko schodzę ze zmiany, bo zależy mi na dogonieniu zawodników przed nami, a reszta grupy nie pracuje aż tak mocno i czuję, że mnie spowalnia. Zaczynam coraz bardziej myśleć o tym, żeby zerwać ich z koła i gdy tylko nadarzają się okazje przyspieszam, szarpię, poprawiam, ale na niewiele się to zdaje. Odjeżdżam na jednym z niebezpiecznych zjazdów, gdzie jadę na pograniczu ryzyka i głupoty, wpadając co chwilę w koleiny i ledwo broniąc się przed upadkiem. Tam robię ze 20-30 sekund przewagi, ale po kilku minutach pociąg mnie dochodzi i znowu jedziemy razem.

Nie rezygnuję ze skoków i na krętym odcinku ponawiam atak, zachęcając Roberta do pomocy. Ten daje mocną zmianę i znowu odjeżdżamy, ale maksymalnie na kilkanaście sekund, po czym grupa się zjeżdża. Za ostatnim bufetem trasa wiedzie lekko pod górę i tam wychodzi agresywna jazda przez cały maraton. Pierwszy raz w sezonie dopadają mnie skurcze, muszę zwolnić a grupa odjeżdża. Do mety zostaje 10km, a ja walczę o jak najszybsze odblokowanie nóg. Wiem, że już nie dogonię mojej grupy, ale staram się przynajmniej zredukować stratę i uciec zawodnikom za mną. Tuż przed długim zjazdem w wąwozie dogania mnie Владимир Богуш ;) i w dół lecimy obaj na pełnym gazie. Na dole wjeżdżamy na asfalt, gdzie motywacyjny okrzyk spośród kibiców rzuca ArtiArt. Siadam na koło Białorusinowi, który jedzie na tyle szybko, że w połowie kolejnego podjazdu znowu odzywają się skurcze, zwalniam ponownie. Gdy problemy mijają przede mną i za mną nie widzę już nikogo i myślę tylko o dowiezieniu swojego miejsca do mety.

Pedałuję mocno, dojeżdżam do zjazdu, a tam cała naprzód. Niestety na dole okazuje się, że pomyliłem trasę. Wściekłość miesza się ze zwątpieniem, ale postanawiam wdrapać się z powrotem na górę i walczyć do końca. Po dwóch minutach jestem z powrotem na trasie na długim i szybkim zjeździe. W oddali widzę charakterystyczną sylwetkę Oli Wnuczek, co natychmiast motywuje mnie do szybszej jazdy. Ani razu w tym sezonie nie objechała mnie kobieta i wolę żeby tak zostało. Kręcę jak oszalały i stopniowo zbliżam się do Olki, licząc na to, że wystarczy mi sił i dystansu, żeby ją dogonić. Udaje mi się to na ostatnim terenowym odcinku, około kilometr przed kreską. Rozmawiamy chwilę, wyjeżdżamy na asfalt, przyciskam mocniej, zyskuję małą przewagę i na metę wjeżdżam dosłownie kilka sekund przed zawodniczką Hetmana Lublin. Jestem 14. w elicie i 24. open z czasem 2:57:12. Zgubienie trasy kosztowało mnie około trzy minuty i stratę dwóch pozycji, taktyka polegająca na szarpaniu i próbie zgubienia konkurentów znacznie więcej. To jednak na na takich wyścigach jest okazja do pojechania w nietypowy sposób i wypróbowania nowych rzeczy. Mimo, że czułem się bardzo dobrze to tym razem się nie udało. Cieszy natomiast to, że praktycznie zapewniłem sobie I miejsce w elicie w Pucharze Lubelszczyzny :)

Osobny wpis należałoby poświęcić organizacji tego maratonu. Przed startem dało się słyszeć huczne zapowiedzi epickiej trasy i tego, że organizacja będzie stała na wysokim poziomie. Co do trasy to Gello1 (Grzesiek Szpak) wykonał kawał świetnej roboty. Okolice Kraśniczyna i Skierbieszowski Park Krajobrazowy są piękne i znakomicie nadają się na rower. Przez cały maraton miałem poczucie, że wszystko co najlepsze w zasięgu wzroku znajduje się właśnie na trasie. O to chodzi! Co do całej otoczki wyścigu to rzeczy, które zastałem w Kraśniczynie przeszły moje najśmielsze oczekiwania, a przecież zaliczyłem już w życiu trochę wyścigów. Dziesiątki wolontariuszy na trasie i w miasteczku kolarskim, suto zastawione bufety z ciastami, upieczonymi przez lokalne gospodynie i w ogóle całe zaplecze i zaangażowanie wszystkich ludzi robiły ogromne wrażenie. Wisienką na torcie była możliwość skorzystania z bezpłatnego masażu, z czego nie omieszkałem skorzystać :) Ogromne podziękowania dla Ani Kędry, która koordynowała to ogromne przedsięwzięcie, była wszędzie i pilnowała, żeby wszystko zagrało tak jak trzeba. I zdecydowanie zagrało, brawa! Jeśli kiedyś podejmę się organizacji jakiejś dużej imprezy sportowej to będę chciał, żeby wyglądała właśnie jak Maraton Kresowy w Kraśniczynie! Na pewno zostanie on w pamięci wszystkich zawodników bardzo, bardzo długo :)

  • Facebook
  • Twitter
  • Śledzik
  • Wykop
  • email
  • Blogger.com