Archiwum miesięczne: Kwiecień 2013

2013.04.27 – Przemyśl – Cyklokarpaty

2013.04.27Na Cyklokarpaty w Przemyślu jechałem z dużymi nadziejami. Mimo, że nie brałem nigdy udziału w tym cyklu, to przed sezonem, kierując się wieloma bardzo pozytywnymi opiniami, dotyczącymi dobrej organizacji i atmosfery na świetnych trasach, w ciemno zaplanowałem walkę w generalce. Po Daleszycach zdecydowałem, że na Cyklokarpatach będę się ścigał na dystansie Mega, który w Przemyślu zapowiadał się niestety wyjątkowo krótko.

Do Przemyśla dotarliśmy o 9:30, czyli niezbyt wcześnie, ale 1,5h przed startem pozwalało jeszcze w miarę spokojnie przygotować się do wyścigu. Od razu udzielił mi się klimat pięknego Przemyśla, w którym byłem dopiero drugi raz w życiu, i do którego na pewno będę chciał jak najszybciej wrócić. Pierwsze zderzenie z realiami Cyklokarpat miało miejsce w długiej kolejce do biura zawodów. Postanowiłem sobie jednak nic z tego nie robić i wcinać spokojnie spóźnione śniadanie. Kolejne zaskoczenie przy odbiorze numerka, który już na pierwszy rzut oka okazał się bardzo nietrwały. Oby w tym roku żadne Cyklokarpaty nie odbywały się w deszczu, bo na metę będziemy wpadać z tabula rasa zamiast numerami startowymi.

Na rozgrzewkę wyjeżdżam niecałe pół godziny przed startem. Słońce zaczyna przygrzewać, co mocno wpływa na poprawę mojego samopoczucia i pozytywne nastawienie do wyścigu. Teraz liczą się tylko najbliższe  trzy godziny, gdyż spodziewam się, że wyścig potrwa dla mnie ok 2,5h. Kilka minut przed startem wjeżdżam do sektora. Z założenia miał on być pierwszy, w praktyce wygląda to tak, że nikt tego nie sprawdza i obok siebie widzę zarówno wycinaków jak i „dziadków z wąsami” oraz małe dziewczynki. Jeden wielki chaos. Start opóźnia się o kilka minut, ja rozmawiam z Przemkiem, który stoi obok mnie i będzie jechał Giga. Oba dystanse startują razem, stwierdzamy, że nie podoba nam się taka sytuacja. Półtorej minuty przed zapowiadanym startem wyciszenie i pełna koncentracja. Startujemy. Rozbieg po bruku, mijamy samochody, które jakoś dostały się na naszą trasę. Na szczęście nie stanowi to dużego problemu.

Wyjeżdżamy na asfalt, peleton nabiera tempa, i po chwili pierwsza niezapowiedziana „atrakcja” tego dnia. Pilot kręci na swym moturze pięknego pirueta i zalicza bliski kontakt z asfaltem. Całe szczęście, że nie wpadamy na niego, bo wtedy już nie miałbym wątpliwości czy śmiać się czy płakać. Skręcamy w szutrówkę, zaczyna się długi podjazd i pierwsza selekcja. Jadę mocno pod górę, niedaleko za czołówką. Pulsak pokazuje ciągle powyżej 190 bpm a nogi jakby to powiedzieć… dostają w tyłek. Ciągnę tak jeszcze chwilę, ale później postanawiam trochę zwolnić. W tym czasie wyprzedza mnie kilka osób, ale ja wolę jechać własnym tempem w nadziei, że to ich ostatni podjazd w tym tempie. Zaczynają się kręte zjazdy, odczuwam zbyt wysokie ciśnienie w oponach, ale jakoś wyrabiam się w zakrętach. Koniec podjazdu i kolejna sztajfa. Jest ciężko i część ludzi rzeczywiście najlepsze momenty wyścigu ma już za sobą. Zaczynam ich doganiać, ale do mnie także doskakuje grupka m.in z Robertem.

Dojeżdżamy do długiego i wyboistego  zjazdu po łące. Przez kilka minut krew się we mnie gotuje, bo ludzie przede mną sprawiają wrażenie jakby byli na wycieczce krajoznawczej a nie na maratonie. Niestety nie mam możliwości ich wyprzedzić, więc zły dopakowuję dopiero na asfalcie, zrywając całą grupę z koła i doskakując do zawodników jadących przede mną. Później nie ma takich problemów, ale za to długie proste na odsłoniętych terenach dają się bardzo we znaki, zwłaszcza, że często pokonuję je sam. Jedzie mi się dziwnie, mam wrażenie, że przede mną jest bardzo dużo ludzi i że wlokę się gdzieś najwyżej na 40 pozycji w Mega.

Trasa momentami jest wręcz nudna, jest więcej płaskich prostych niż na ŚLR. Wszystkie zakręty bardzo dobrze oznakowane, ale długie szutrówki bez żadnych taśm wprowadzają czasami nutkę niepewności. Na jednej z nich dogania mnie dwuosobowy pościg z zawodnikiem Piaseco. Siadam na koło, na szybkim zjeździe ucieka, ale doskakuję do niego. Jest niedaleko do mety, więc odważnie poprawiam na podjeździe i zostaję sam. Na asfalcie dochodzę jeszcze jednego kolarza, wyprzedzam go przed stokiem, pokonuję ostatnie podjazdy w parku i wjeżdżam do Centrum Przemyśla. Tam gonitwa po bruku, dużo zakrętów, niebezpiecznie. Uciekam ile sił przed konkurencją i słysząc doping Patrycji i Kaśki, z czasem 1:47:44 wjeżdżam na metę.

Wrażenia z wyścigu bardzo mieszane. Większość trasy miałem odczucie, że wyprzedzają mnie gimnazjaliści i ich dziadkowie. Dopiero pod koniec zacząłem odżywać i jechać swoim rytmem, jednak zabrakło dystansu żeby móc powalczyć o lepsze pozycje. Maraton był co najmniej o godzinę za krótki. Zająłem 20 miejsce open i 13 w kategorii i myślę, że na dłuższych wyścigach w kolejnych edycjach mam dużą szansę na poprawę tej lokaty.

Osobne słowa należą się do opisania organizacji maratonu i zdecydowanie nie będą to pochwały. Oprócz świetnej pogody, do nielicznych plusów na pewno można zaliczyć piękne hostessy na mecie, świetną muzykę w miasteczku zawodów i bardzo dużo nagród w tomboli. Nie mogę mieć także zastrzeżeń do trasy i jej oznaczenia, chociaż spodziewałem się czegoś znacznie ciekawszego i trudniejszego. 1:47 to zdecydowanie za krótko jak na Mega. Oprócz tomboli wszystkie plusy to kwestia gustu. Co do minusów to niestety pewnie zgodzą się ze mną wszyscy. Bałagan związany ze startem sektorowym, brak izotoników na trasie oraz porządnego bufetu z izo i owocami na mecie to pierwsze poważne minusy. Są one jednak niczym w porównaniu do późniejszego zamieszania związanego z wynikami, wielogodzinnym przeciąganiem dekoracji i odwlekaniem tomboli do chwili, gdy na Rynku została już tylko garstka uczestników.

Z Przemyśla wyjechałem po 20, totalnie zmęczony i zniesmaczony. Jestem w stanie zrozumieć naprawdę wiele, ale taki bałagan w wynikach i brak pomysłu na dalszy ciąg imprezy to totalna porażka. Zamiast ze skruchą przeprosić i poinformować zawodników jak wygląda sytuacja, przeciągano na siłę imprezę i odwlekano dekorację. Chętnie bym w tym czasie pozwiedzał Przemyśl lub chociażby posiedział gdzieś na spokojnie przy kawie i ciastku, chłonąc klimat miasta. Zamiast tego przyszło mi słuchać męczącego speakera i oglądać nieporadność organizatorów. Po Przemyślu powinienem poważnie przemyśleć sens startowania w pozostałych wyścigach Cyklokarpat. Kubek wody na trasie w zamian za 50zł to zdecydowanie za mało. Dodając do tego brak wyników i numer startowy za 20zł, który nie ma szans przetrwać deszczowego wyścigu, a do tego potworną obsuwę czasową otrzymujemy obraz nędzy i rozpaczy, który nie wróży nic dobrego na przyszłość. A miało być tak pięknie…

2013.04.21 – Daleszyce – ŚLR

2013.04.21

Ponad trzy i pół miesiąca przygotowań, prawie 200 godzin treningów i w końcu upragnione Daleszyce. Pierwszy test formy w sezonie, do którego po raz pierwszy w życiu przygotowywałem się według przemyślanego planu, konsekwentnie wypełniając jego założenia i walcząc z najdłuższą od wielu lat zimą. A ta dawała o sobie znać jeszcze w pierwszej dekadzie kwietnia, wykopując z kalendarza kilka imprez rowerowych. Na szczęście do mojego pierwszego startu w tym roku zdążyła nadejść wiosna i na odnowionym rynku w Daleszycach kolarzy powitało słońce.

Po błyskawicznej rejestracji, spokojnym przygotowaniu do startu i rozgrzewce wjechałem do pierwszego sektora, zdjąłem bluzę i nogawki i skoncentrowany, czekałem na końcowe odliczanie. 10, 9, 8… Poszło! Wyczekiwany z utęsknieniem sezon wyścigowy 2013 otwarty! Koniec rozmyślań jak to będzie, czy trening przyniesie efekty, czy wszystko zrobiłem dobrze? Pora rozkręcać korbę i jechać po swoje. Przede mną ponad 70km i 1400m w pionie, ale na początku muszę walczyć, żeby znaleźć się na dobrej pozycji przy wjeździe do lasu. Niestety pierwsza grupa ucieka, przyjmuję to ze spokojem i kręcę swoim tempem. Po kilkuset metrach szutrówki mój bidon wypada z koszyka i leci w las. Tym samym w błyskawicznym tempie, zupełnie niezamierzenie i praktycznie za darmo odchudzam rower o ponad pół kilograma ;)

Formują się pierwsze grupy, przez pewien czas jadę sam, później dochodzę ludzi, którzy za mocno poszli na początku i teraz muszą za to zapłacić. Na podjeździe wyprzedzam kilka osób, uciekam im na błotnym zjeździe i mknę dalej. Po kilku kilometrach widzę przed sobą Darka z MayDaya, którego doganiam jeszcze przed pierwszą matą mierzącą czas. Jedzie z nami jeszcze Radek ze Świata Rowerów i tak już będzie przez cały wyścig. W międzyczasie doganiamy Jarka Wsóła, gubimy trasę, urywamy Jarka i ponownie gubimy trasę. Na szczęście w sumie straciliśmy może 1,5 minuty i nikt nas nie wyprzedził, ale podczas jazdy wydawało się to wiecznością i nie wywoływało relaksacyjnego nastroju.

Jedziemy we trójkę, każdy mocno pracuje na zmianach i „nie ma lipy”. Ku swemu zaskoczeniu wprost przefruwam przez błotne odcinki – czy to koleiny czy kałuże nie tracę równowagi i nie daję się zassać. Robota wykonana na siłowni procentuje. Mimo, że mam momenty, kiedy bardzo chętnie bym już odpuścił koło i zajął się podziwianiem widoków to czuję się bardzo dobrze i kręcę mocno. Przejeżdżamy przez matę mierzącą czas, rzucam szybkie „ilu przed nami?”, na co słyszę, że około 20. Jest nieźle, chyba nie tylko mi dodaje to skrzydeł.

Dochodzimy pierwszych (a właściwie ostatnich hehe) zawodników z dystansu Fan. Co chwilę krzyczę „miejsce!”, „puść kolego!”, „lewa, trzech!” Dojeżdżamy do Zamczyska, jadę pierwszy i czuję moc. Podjazd i przejazd granią to istna przyjemność, jadę płynnie, zaczyna się już masowe wyprzedzanie kolarzy z krótszego dystansu. Wszyscy sprawnie schodzą nam z drogi (co właściwie miało miejsce na całej trasie, wielkie dzięki za tę sportową postawę). Zjazd z Zamczyska, mimo, że trudny nie robi już na mnie takiego wrażenia jak przed rokiem, zjeżdżam pewnie i bez strachu.

Dojeżdżamy do drugiego bufetu, bidon leży w lesie, więc już z daleka krzyczę, że tankujemy bukłak. Dzięki znakomitej obsłudze nie tracę dużo czasu i szybko doganiam najpierw Darka a później drugiego współtowarzysza drogi. Długi podjazd po polnej drodze kojarzył mi się do tej pory z potwornymi skurczami z ubiegłego roku, teraz będzie mi się kojarzył z utrudnionym wyprzedzaniem (pozdro dla Mroza) i szlabanem, pod którym się jakoś zmieściłem, ale nie wszyscy mieli to szczęście (pozdro dla Pabla) ;)

Ostatnie zjazdy w lesie jadę za Darkiem, który minimalnie mnie hamuje, ale jako, że jestem zbyt wolny żeby go wyprzedzić to po prostu trzymam mu koło i oszczędzam siły na finish. Po wyjeździe na asfalt dalej solidnie pracujemy we trójkę. Na niewielkim wzniesieniu na wjeździe do Daleszyc czuję się mocny i postanawiam zaatakować. Robię to niestety jak ostatni trzepak, chwilę po wejściu na zmianę, dlatego chłopaki szybko doskakują i poprawiają. Ja niestety muszę odpuścić, bo czuję, że jak jeszcze raz mocniej nadepnę to skurcze murowane. Na metę wjeżdżam kilka sekund po nich, wyłączam stoper i zaczynam zbierać koparę z ziemi. 3:53:06 i 24 miejsce! Ponad 48 minut lepiej niż przed rokiem. 48 minut!

Mimo, że nie udało się przyjechać w pierwszej 20 to i tak postęp jest ogromny i jestem zadowolony, tym bardziej, że byłem w stanie utrzymać koło (pozdro dla Darka) zawodnikom, którzy w ubiegłym roku byli zupełnie poza moim zasięgiem, a kilku nawet udało mi się objechać (pozdro dla Arka, Maćka i Tomka). Pierwszy sprawdzian wypadł zatem udanie, ale staram się nie popadać w przesadną euforię, gdyż sezon się dopiero zaczyna i zdaję sobie sprawę, że forma pozostałych kolarzy raczej urośnie niż pójdzie w dół. Na szczęście moja forma podobno także nie osiągnęła szczytu, więc trzeba spokojnie robić swoje i pracować na wyniki :)

Na koniec tradycyjne podziękowania. Po pierwsze ekipie MTB Cross Marathon za świetne przygotowanie imprezy. Poza kilkoma drobnostkami, takimi jak opóźnienie startu o 15 minut (zwalam to na spóźnialstwo zawodników), minimalnie słabsze oznaczenia trasy w kilku miejscach, i chyba odrobinę zbyt ubogi bufet na mecie (na pewno zdarzały się przestoje, że nie było nic, albo prawie nic) to organizację oceniam jako bardzo dobrą i kolejny raz z przyjemnością wziąłem udział w maratonie ŚLR :) Dziękuję także zawodnikom, z którymi się ścigałem, zwłaszcza chłopakom z którymi jechałem większość trasy. No i na koniec najważniejsze podziękowania dla Tomka Bali, który od początku sezonu czuwał nad moimi przygotowaniami, rozpisywał treningi i dużo podpowiadał. To dzięki niemu zrobiłem taki postęp i nie zamierzam na tym poprzestać, a już w sobotę debiut w Cyklokarpatach :) Ostatecznie zdecydowałem się na dystans Mega, oby okazał się to dobry wybór…