«

»

2014.11.22 – Puławy – Godzina w Piekle

2014.11.22

Finał Godziny w Piekle to zawody w puławskiej Marinie. Jadę tam z Karcerem i Anetą, jest zimno, co utwierdza mnie w przekonaniu, że przełaje są jednak nie dla mnie i starty jedynie w lokalnym cyklu tej dyscypliny były jedynym słusznym planem :) Na miejscu od razu czuć atmosferę ścigania, zawodnicy rozgrzewający się na trenażerach, sporo kibiców i profesjonalnie przygotowana trasa sprawiają, że niska temperatura na zewnątrz schodzi na dalszy plan. Przerażenie wszystkich budzi plaża, po której do przebiegnięcia jest kilkaset metrów w kopnym piachu. Taki widok sprawia, że wielu zawodników zamiast trząść się z zimna, zostaje oblanych gorącym potem. Ja podchodzę do tego jeszcze spokojnie – w końcu coś tam biegam, więc tam powinienem tylko zyskiwać.

Przed startem robię dosyć słabą rozgrzewkę i dopiero po objeździe rundy czuję się przygotowany do walki. Znowu jedziemy minutę po Mastersach. Start! Tym razem lepiej niż ostatnio w Lublinie, rozpędzam się na pierwszej prostej i jadę w miarę wysoko, choć Darek jest już kilka sekund przede mną. Niestety zwycięzca ostatniego wyścigu, Łukasz Milewski z Blu Cersanit Team Refleks jest jeszcze dalej i od samego startu stopniowo się oddala, jadąc po zwycięstwo w całym cyklu. Mi pozostaje walczyć z Darkiem o drugą lokatę, ale pierwsze dwa kółka to dla mnie dramat. Kilkukrotnie mam problemy z wpięciem się w pedały, w dodatku plaża także daje mi się we znaki. Góral średnio nadaje się do zarzucenia na plecy, więc muszę biec, prowadząc go po piachu. Katorga. Po dwóch kółkach mam grubo ponad pół minuty straty do Darka i Przemka i jeszcze więcej do Piotrka Sztobryna, który jest piąty. Mam szczerze dosyć, a w głowie kłębią się myśli o zejściu z trasy, jestem tego bliski jak jeszcze nigdy w życiu. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie podjął walki.

Od trzeciego kółka jedzie mi się trochę lepiej, przyspieszam i widzę, że powoli zbliżam się do chłopaków. W połowie wyścigu doganiam najpierw Przemka, a później Darka. Odżywam, ale nie decyduję się na odjazd, ostatnie trzy kółka jedziemy razem. Między plażą (na której wyprzedzamy jeszcze Sztobryna), a ostatnim podbiegiem, znowu mam problemy z wpięciem się w pedały. Przemek odjeżdża daleko, ale Darka doganiam i ostatnią minutę jedziemy razem. Przed finishem siedzę mu na kole, na ostatniej prostej staję w korby i jadę wszystko co mam. Robi mi się ciemno przed oczami, ale na kresce wyprzedzam go o kilka centymetrów i kończę szósty. W generalce mamy równą liczbę punktów, ale to Darek był wyżej w drugiej edycji, która była Pucharem Polski i dlatego to on jest drugi, a ja trzeci.

To były ostatnie 53:55 ścigania na rowerze w tym roku, wynik bardzo słaby, ale i tak jestem ogromnie zadowolony z tego, że pomimo kryzysu potrafiłem wrócić do walki! Teraz okres przejściowy i za około miesiąc pora rozpoczynać przygotowania do nowego sezonu. Jako, że trudno będzie wytrzymać do kwietnia bez rywalizacji to w okresie jesienno zimowym zamierzam wystartować w kilku zwodach biegowych. Rower oczywiście dalej pozostaje w użyciu :) Na koniec podziękowania i gratulacje dla organizatorów. Cały cykl był świetny, wszystko grało i mam nadzieję, że w Lublinie w 2016 będziemy mieli Mistrzostwa Polski w kolarstwie przełajowym. Chyba nikt z zawodników, którzy brali udział w Godzinie w Piekle nie miałby nic przeciwko :) Zresztą film Wojtka Matrasa pokazuje wszystko:

  • Facebook
  • Twitter
  • Śledzik
  • Wykop
  • email
  • Blogger.com