Archiwum miesięczne: Maj 2014

2014.05.11 – XC Urzędów

2014.05.11Mimo tego, że po pierwszych wyścigach sezonu trudno było mówić o dobrej formie, postanowiłem pojechać do Urzędowa. Dzień wcześniej przeprowadziłem w końcu porządny trening (a niestety różnie z tym ostatnio bywało) i w niedzielę przed 11 wyruszyłem do Urzędowa. Tym razem nietypowo, bo zgarnął mnie Damian z ekipą LKKG.

Na miejscu pięknie grzeje słońce, rejestruję się, przebieram i jadę na objazd trasy. Jest dobrze, trasa kozak, łatwa technicznie, ale bardzo ciekawa i interwałowa, z solidnymi przewyższeniami. Sędziowie postanawiają połączyć start wszystkich kategorii i puścić elitę nieco wcześniej, co zwiększa szanse, że damy radę zdążyć przed deszczem. Startujemy punktualnie o 14. Gwizdek i równo z Tomkiem wyskakuję jak z katapulty z linii startu. Nope! Okazuje się, że to fałszywy alarm, no ale reakcja była prawidłowa ;) Za drugiem razem niestety mam problem z wpięciem się w bloki, na szczęście rozbiegówka jest długa i szeroka i przed pierwszym zjazdem daję radę wywalczyć niezłą pozycję. Niestety chwilę później robi się zator, przez który trochę tracę.

Szybko spinam się na odrabianie strat, noga całkiem dobrze kręci, a ja nie mam oporem przed mocniejszym stawaniem w korby. Gonię Darka Paszczyka i Kamila Grendę, a walczę z Grześkiem Orłem, któremu chyba po czwartej rundzie ostatecznie odjeżdżam. Jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, czuję, że wytrzymam mocne tempo do końca wyścigu. Pozostaje mi dogonić Darka i Kamila, za którym jadę przez trzy okrążenia takim samym tempem, ale w końcu zaczynam się zbliżać. Okrążenie później po tym jak go wyprzedzam dojeżdża do nas Tomek Bala i bezlitośnie zakłada dubla. Jak się okazuje po wyścigu Kamil trochę przez to został. Ja z kolei złapałem koło i przez pół pętli powiozłem się za Tomkiem, odpuszczając na początku przedostatniego kółka. Gdy wjeżdżam na ostatnią rundę widzę za sobą Kamila, nad którym mam kilkanaście sekund przewagi. Na długim podjeździe blokuję amora, staję w korby i podkręcam jeszcze tempo, żeby już w zarodku stłumić myśli mojego rywala o pogoni. Manewr okazuje się skuteczny, powiększam przewagę i ostatnią rundę jadę już na spokojnie. Na metę wjeżdżam 6. open i 4. w elicie.

Do podium znowu zabrakło niewiele, a zarazem sporo, ale tym razem ze swojej jazdy mogę być zadowolony jak mało kiedy, bo wyścig pojechałem nadzwyczaj dobrze. Poczciwy Canyon jeszcze daje radę, ale starość mu doskwiera i chętnie wymieniłbym go na 29″ „krabona”. Zresztą, trochę to smutne, ale jakby zrobić osobną klasyfikację dla 26″ to bym wygrał, już nawet w czołówce ogórkowych wyścigów próżno szukać zawodników na takich rowerach. Póki co jednak koncentruję się na treningu, bo pora zwiększyć objętość i zacząć konkretniejsze przygotowania pod najważniejsze maratony. Kolejny start dopiero 1 czerwca na ŚLR w Nowinach. Cieszę się, że Damian także rozważa tę imprezę, bo póki co oba wyścigi, na które z nim jechałem poszły bardzo dobrze ;)

2014.05.04 – Sandomierz – ŚLR

2014.05.04Nieodłącznym elementem wyścigów rowerowych są czasochłonne dojazdy. Setki kilometrów pokonujemy tylko po to, żeby uczestniczyć w zawodach, po czym szybko wskakujemy do samochodu i udajemy się w drogę powrotną. Zazwyczaj nie ma czasu, ani nawet możliwości (trzeba się szybko zbierać, żeby wrócić o rozsądnej porze) na jakiekolwiek zwiedzanie, czy chociażby spędzenie miłego popołudnia w miejscu, którego pewnie długo nie będziemy mieli okazji odwiedzić.  O ile zawody rozgrywają się gdzieś w „Koziej Wólce” to nie stanowi to problemu, ale często wyścigi odbywają się w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach i trochę żal, że trzeba szybko uciekać i się regenerować. Jedną z takich lokalizacji jest Sandomierz, w którym już trzeci rok z rzędu startowałem w maratonie ŚLR.

Wielu uczestników świętokrzyskiego cyklu krytykuje sandomierskie trasy, zarzucając maratonowi, że jest nudny, płaski, wręcz szosowy i odstaje od reszty. Jestem bardzo daleki od takich twierdzeń, trasa jest rzeczywiście inna niż Daleszyce, Nowiny czy Kielce, dużo bardziej interwałowa i szybsza. Taka charakterystyka sprawia, że trzeba ciągle jechać na wysokich obrotach, nie ma czasu na odpoczynek na zjazdach i trudniej złapać rytm pod górę, przez co trasa potrafi niesamowicie wymęczyć. No i ten finish na podjeździe, w dodatku w miasteczku pełnym kibiców i turystów – niesamowite przeżycie i w dodatku świetna promocja kolarstwa. Pogoda kolejny raz dopisała i było bardzo słonecznie – rodziny zawodników na pewno się nie nudziły :) Tak właśnie powinno wyglądać kolarskie święto, zresztą znakomicie przygotowane przez organizatorów!

Przechodząc do samego wyścigu to wyglądało to tak, że na starcie miałem swoje 5 minut, kiedy jechałem na czele, ale dobra passa skończyła się tym razem po pierwszym podjeździe ;) Po kilku kilometrach pierwszych, terenowych odcinków już było jasne, że dzisiaj zamiast ścigania będzie trzygodzinna walka o przetrwanie. Złapałem swoją grupkę, zgodnie przestrzeliliśmy jeden z zakrętów  – prowadzący się zagapił, na szczęście od razu zawróciliśmy, ale zdążyło nas wyprzedzić kilku wolniejszych zawodników.  Dogoniliśmy Żwirka, który jak za starych, dobrych czasów jechał jako RL, dorzucając cenne punkty do drużynówki. W połowie maratonu obaj strzeliliśmy z grupy i z trzecim kolarzem zmagaliśmy się z trasą w malowniczych sadach. Noga ewidentnie mi nie podawała, ale starałem się trzymać fason i nie pękać, żeby nie było wstydu przed teamowym kolegą. Niestety 15km przed metą, na jednym z podjazdów nie byłem w stanie utrzymać tempa, bo skurcze dawały znać o sobie i musiałem wyraźnie zwolnić i przeczekać. Gdy było już lepiej chłopaki odjechali i próby pogoni na niewiele się zdały. Po ostatnim bufecie doszedł mnie zawodnik z MyBike, z którym tasowaliśmy się już do samej mety. Na początku ostatniego podjazdu odskoczył mi na kilkanaście metrów, za późno podjąłem decyzję żeby gonić i w efekcie czego do sukcesu mojej szarży zabrakło połowę długości roweru. W tym momencie dziękuję bardzo Mirrze za żywy komentarz na finałowych metrach, opisujący mój atak, który sprawił, że rywal się spiął i nie dał się objechać ;)

Maraton skończyłem najlepszym czasem w historii startów w Sandomierzu – 3:32:13, najlepszą pozycją w elicie (8) i taką samą jak przed rokiem open (29). Marne to jednak pocieszenie, bo trasa była chyba odrobinę krótsza i na pewno bardziej sucha niż przed rokiem, do tego wtedy zgubiłem trasę, tracąc sporo czasu i sił. No i elita się nam skurczyła… Pocieszające, że mimo słabszej formy straciłem stosunkowo niewiele do czołowej 20, więc może na Nowiny zdążę przygotować nogę, bo według wielu hejterów Sandomingo dopiero tam będzie prawdziwe ściganie :)

Przypisy: (przedstawiam, bo czasem piszę o kimś, a większość ludzi może nie wiedzieć o kogo chodzi):
Żwirek – kolega z Rowerowego Lublina, obecnie w Krakowie, znowu mnie objechał
Mirra – główna organizatorka, prowadziła konferansjerkę na mecie
Zawodnik z MyBike – zawodnik z MyBike ;)

2014.05.01 – Hrubieszów – ITT

2014.05.01Jeśli jesteś kolarzem-amatorem to musisz lubić ogórki. To taki rodzaj wyścigów, na które jedziesz na luzie spinając poślady jak na żaden inny rodzaj zawodów. Niby każdy jedzie je treningowo, sprawdzić formę i przepalić nogę, ale jako że startują tam sami znajomi to nikt nie odpuszcza, a zawody przeżywa się jeszcze długo po ich zakończeniu, wypominając sobie wyniki przy każdej możliwej okazji.

Nasze najbardziej znane ogórki MTB to oczywiście wyścigi w puławskim lasku, ale jest też ich szosowy odpowiednik. To hrubieszowskie czasówki. Aż dziw bierze, że nigdy wcześniej w nich nie startowałem. W końcu jednak dorosłem do zmierzenia się z czasem, własnym organizmem i napinaczami, którzy na dachach swoich zdezelowanych aut z początku lat ’90 ubiegłego wieku, przywożą odpicowane wehikuły do jazdy na czas, dziesięciokrotnie przekraczające wartość tychże Escortów, Passatów i Golfów. Podejście kontrowersyjne, ale jak najbardziej słuszne, w końcu ścigamy się w wyścigach kolarskich, a nie rajdach samochodowych, więc to rowery powinny być szybkie i niezawodne!

Do mojej zwyczajnej szosówki, która nie posiada nawet carbonowych podkładek pod mostek, o ramie i kozackich stożkach już nie wspominając, postanowiłem pożyczyć przynajmniej lemondkę, żeby jakoś to wyglądało. Mozolny montaż wieczorem przed zawodami sprawił, że jej test miał miejsce dopiero na rozgrzewce przed wyścigiem. Wypadł on pomyślnie, leżak wygodny, noga nawet podawała i spokojnie zapoznałem się z połową 17,4km trasy do Zosina.

Minutę przed startem podjeżdżam na miejsce, odliczanie i ruszam. Od razu rozkręcam do 50km/h, kładę się na kierze, uspokajam rytm i staram się trzymać 42-43km/h. Trasa jest w miarę płaska, tylko niewielkie fałdki, z górki jadę odrobinę szybciej, na najstromszym odcinku tempo spada do 35km/h. Kontroluję prędkość, czasem zerkam na tęno i moc – jadę bardzo równo i miękko. Nie oglądam się za siebie, ale niestety nie mam też kogo gonić, co nie pomaga w utrzymywaniu dobrego tempa. Po 9km zerkam na dystans, ujechane dopiero 9km, a ja jestem już mocno podmęczony. Mobilizacja i cisnę dalej, pod koniec widzę już kolarzy, wracających po swojej próbie do Hrubieszowa. Ostatni kilometr trochę przyspieszam, ale na niewiele się to zdaje. 24:08, średnia 43,26km/h, dopiero 6. miejsce w elicie i 28. open. Jestem bardzo niezadowolony, bo liczyłem na to, że zmieszczę się w pierwszej 20.

Niestety, tym razem byli mocniejsi, długo nie mogę się pogodzić z tym, że pojechałem tak słabo. Humor poprawia piękna pogoda i świetna atmosfera. Wyniki są ekspresowo, to samo z dekoracją (dekorują czołową 6 w każdej kategorii, więc przyodziewam teamową koszulinę, ale w okolicach pudła staję bez euforii). Na koniec wygrywam fajny turystyczny plecak w tomboli (w dodatku w barwach RL), więc zamiast niedzielnego Sandomierza zaczynam rozważać wyjazd na jakąś majówkę ;) Pewien promyk nadziei budzi informacja na zakończenie zawodów, że czasówka z 1 czerwca zostaje przełożona na 15 czerwca. Yes, yes, yes, ten termin mi pasuje, na pewno przyjadę żeby się odkuć!