Archiwum miesięczne: Czerwiec 2014

2014.06.20 – Parczew – Lubelska Vuelta

2014.06.20I – Prolog

Startowałem już w maratonach 24h, Maratonie Dookoła Polski, wielu maratonach MTB, wyścigach XC, Eliminatorze, a także etapówce MTB. Zaliczyłem też dawno temu dwa wyścigi szosowe i trzeci w ubiegłym roku, do tego kilka czasówek. Do kompletu brakowało chyba tylko etapówki szosowej. Gdy zobaczyłem, że w pobliskim Parczewie rozgrywana jest Lubelska Vuelta – czteroetapowy wyścig szosowy, od razu wpisałem go do kalendarza. Trasa płaska, ale za to w ograniczonym ruchu i przede wszystkim niedaleko domu. Miał to być jeden z ciekawszych startów w tym roku i dobry trening przed najważniejszymi celami sezonu. Kilka dni przed wyścigiem noga była jednak bardzo zamulona i stwierdziłem, że nie ma sensu statystować, lepiej darować sobie i porządnie odpocząć przed Mazovią 12h. Po namowach Tomka Bali zadecydowałem, że jednak pojadę do Parczewa i przynajmniej zrobię dobry trening.

II – Czasówka 3,6 km

Na pierwszy dzień zaplanowano dwa etapy. Pierwszy to 3,6km jazda indywidualna na czas, którą ukończyłem na 64. miejscu (na ponad 100 startujących) i 12. w kategorii, czasem 5:12, średnią 41,7km/h i stratą prawie 48. sek. do Emila Potręcia). Trochę za słabo się rozgrzałem, nie miałem kasku czasowego, kombinezonu i kozy, jak większość ze startujących, ale to marne usprawiedliwienie, bo powinienem był urwać co najmniej kilkanaście sekund i zmieścić się w pierwszej 40.

III – I etap ze startu wspólnego – 76,5 km

Ok 3h po czasówce miał być rozegrany 76,5km etap ze startu wspólnego. Czekaliśmy na niego razem z Przemkiem Krawczykiem, Krzyśkiem Żurkiem, Danielem Tabiszewskim i Bartkiem Brodą, który tak bardzo chciał się ze mną zabrać w ucieczkę, że poczęstował mnie sporą porcją przepysznych pierogów z truskawkami ;) Był to mój pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia, gdyż rano tak się spieszyłem na pociąg do Parczewa, że nie zdążyłem zrobić śniadania. 25 minut przed startem wyjechałem na rozgrzewkę. Mimo, że nie szło zbyt dobrze to nawet się rozgrzałem. Punktualnie o 15 jako jeden ze 104 kolarzy wyruszyłem na trasę. Przejazd honorowy przez Parczew nie miał zbyt wiele wspólnego ze spacerkiem, za to był w sam raz, żeby pobudzić mięśnie do intensywniejszego działania.

Gdy wyjechaliśmy z Parczewa czołówka znacznie przyspieszyła, prędkość oscylowała w okolicach 42-45 km/h. Jechałem spokojnie, starając się trzymać z przodu, żeby móc zareagować w razie gdyby kroiła się jakaś akcja. Po kilkunastu kilometrach jedna z ucieczek odjechała od peletonu na kilkanaście sekund. Jechałem wtedy trochę dalej, obok lidera wyścigu i zauważyłem, że zaczyna szukać okazji żeby przeskoczyć do przodu. Zrobiłem mu miejsce i od razu siadłem na koło, chcąc jedynie przeciągnąć się do czuba peletonu. Szybko jednak zmieniłem plan i postanowiłem przeskoczyć za Emilem do czołowej grupki. Niestety nie upilnowałem koła, jechałem jakiś metr za nim, przez co straciłem sporo sił. Gdy byliśmy już całkiem blisko dotarło do mnie, że nie styknie mi sił i odpuściłem, czekając na peleton, w którym schowałem się za Piotrkiem Gutkiem. Piotrek chłop jak dąb, więc pilnowałem go mocno, nie pozwalając wpuścić nikogo przed siebie. Drugą osobą, z którą chętnie osłaniałem się od wiatru był Robert Krawczyk, także potężnie zbudowany, do tego bardzo doświadczony i mocny.

Szybko stało się jasne, że ucieczka powinna dojechać do mety, chłopaki z MayDaya mieli Grześka Tomasiaka z przodu i spokojnie kontrolowali sytuację, ja starałem się oszczędzać, ale gdy tylko szło coś groźniejszego zawsze byłem tam, gdzie trzeba i w razie potrzeby momentalnie doskakiwałem. Kilka razy sam znajdowałem się w grupce, która nieznacznie odrywała się od peletonu, ale za każdym razem było widać, że nie ma szans uciec, więc nie pracowałem mocno żeby odjechać, a raczej wychodziłem na spokojne zmiany, obserwując co się dzieje z tyłu. Kilkanaście kilometrów walka w peletonie zaczęła się na dobre. Chłopaki zaczęli co chwilę rantować, trzeba było się sprężać, żeby utrzymać koło. Kilka razy było naprawdę ciężko, ale z zaciętą miną na twarzy a’la Andrzej Miszczuk (zresztą także jadący w peletonie) doskakiwałem tam gdzie trzeba i kleiłem koło. To było naprawdę coś, w dodatku gdy kryzys puścił miałem siłę żeby spokojnie przechodzić w to miejsce peletonu, w które chciałem, nie ważne czy osłaniany od wiatru czy nie. Była moc. Na ostatnich kilometrach zaczęło lekko padać, ale nie przeszkadzało to zupełnie w jeździe.

IV – Kraksa

Gdy dojeżdżaliśmy do pierwszych świateł w Parczewie do mety było 2km, a w peletonie jechały 44 osoby. Wszyscy szli mocno, grupa się naciągała i postanowiłem przejść na czoło peletonu, żeby mieć lepszą pozycję po wyjściu z zakrętu, bo w mieście na pewno będzie ciasno. Rozpędziłem się, przede mną była spora luka, w którą postanowiłem szybko wjechać. Niestety nie tylko ja miałem taki plan, doszło do kontaktu i w ułamku sekundy już wiedziałem, że będzie kiepsko. Momentalnie runąłem w dół, szorując lewym bokiem po asfalcie. Upadając zobaczyłem peleton jadący prosto na mnie, perspektywa bardzo nieciekawa, ale na szczęście nikt po mnie nie przejechał. Wstałem chyba jeszcze szybciej niż upadłem i od razu chciałem wskoczyć na rower, ale tylne koło nie chciało się kręcić. Sprawdziłem, łańcuch założony, wszystko gra, więc wtf? Po chwili okazało się, że koło jest tak scentrowane, że nie mieści się w ramie. Podobny problem miał gość, który upadł obok mnie. Pozostali szybko się pozbierali i pociągnęli za peletonem. Początkowo ruszyliśmy z buta najkrótszą drogą do mety, ale szybko postanowiłem jednak jakoś dokręcić 2 km po trasie, bo przy mocnym naduszaniu na pedały jakoś to szło. Przy okazji nadrobiłem kilkaset metrów, bo źle skręciłem i dotarłem na metę z czasem 1:57:33, 6 minut za peletonem (średnia peletonu 41,4 km/h), 54 open i 11 w kategorii. Na kreskę wjeżdżałem poodbdzierany i w podartych spodenkach, prawie jak Mark Cavedish na Giro 2012 ;) Byłem równocześnie dumny ze swojej postawy na wyścigu i z dotoczenia się na metę, a jednocześnie przerażony tym, że grubo się pozdzierałem.

Na mecie dostałem ogromne brawa od kibiców, co trochę podniosło mnie na duchu, zapozowałem też do kilku fotek (będzie fajna pamiątka, dużo lepsza niż rany i późniejsze blizny ;/), wyłączyłem Stravę i udałem się na parking, gdzie zdałem chłopakom relację z kraksy. Będąc jeszcze w szoku poszedłem do karetki, żeby mnie opatrzyli. Panowie najpierw zaczęli głaskać moje rany, ale szybko dostali polecenie żeby darli do czerwoności, aż usuną brud z ciała. Trochę to bolało, ale nawet nie tak bardzo. Dobrze, że zajęli się mną szybko, bo nawet nie chcę myśleć jakby to było, gdyby adrenalina już przestała działać. Miałem też nosa, że dzień wcześniej ogoliłem porządnie nogi, co zaniedbywałem bardzo w ostatnich miesiącach.

V – Epilog

Lubelska Vuelta skończyła się dla mnie po pierwszym dniu. Ani ja, ani rower nie nadawaliśmy się do dalszej jazdy. Gdyby to była prawdziwa Vuelta to pewnie bym tak łatwo nie odpuścił, a lekarze jakoś doprowadziliby mnie do stanu używalności, ale w obecnej sytuacji zdrowie było najważniejsze. Nie wiem czy wykuruję się na Mazovię 12h. Póki co nie wygląda to zbyt ciekawie. Noga goi się zadowalająco, z ręką jest gorzej, poparzona i bardzo piecze. Łażę prawie na golasa po domu, żeby nie podrażniać ran i nie mam pomysłu jak to ogarnąć, gdy trzeba będzie wyjść na miasto. Żal mi potwornie. Nie chodzi nawet o Vueltę, gdzie noga podawała super, ani o rower, który wymaga wymiany tylnego koła i siodełka. Kask jakoś jeszcze pojeździ. Nawet nie chodzi mi o tę nieszczęsną Mazovię, ale szkoda zdrowia, bo rany będą goić się długo. To pierwsza moja tak poważna kraksa na rowerze i pierwsza w miarę poważna kontuzja od bardzo dawna. W myśl zasady „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” pozostaje być dobrej myśli, cierpliwie się kurować i jak najszybciej wracać na rower. Szosowa etapówka prawie zaliczona, pierwsze poważne kolarskie szlify zebrane. Teraz już chyba spokojnie mogę powiedzieć, że „Nic, co kolarskie nie jest mi obce”…

Podziękowania:
– Kazie za zdalne zapisanie mnie w biurze zawodów
– Bartkowi za posiłek regeneracyjny ;)
– Ratownikom za opatrzenie ran
– Organizatorom za ogarnięcie tematu w związku z wycofaniem się i za zorganizowanie fajnego wyścigu
– Przemkowi za podwózkę do domu

2014.06.15 – Hrubieszów – ITT

Wyścig na drugi dzień po puławskim Czempionacie. Dodatkowo noga zamulona długimi jazdami, które ostatnio dominują w moim menu treningowym, więc start typowo „na sztukę„, żeby zdobywać doświadczenie. Mimo to oczywiście jest plan żeby pojechać na fulla, ale „taki plan to ja mam zawsze” ;) Przyjeżdżam z Filipem Owczarkiem, nieco późno, ale mimo to na spokojnie się przygotowujemy i jedziemy na start do Teratyna, bo stamtąd będzie wiało. I dmucha mocno. Po dojechaniu na miejsce dalsza część rozgrzewki i start, niespodziewanie 2 minuty wcześniej, dobrze, że jestem blisko, więc słyszę jak mnie wołają. Zaskoczony podjeżdżam, ustawiam odpowiednie przełożenie, zdejmuję bluzę i czekam na sygnał.

Ruszam mocno, jest nieco w dół, szybko rozkręcam do ponad 60km/h, ale równie szybko się opamiętuje i spuszczam trochę z tonu, kładę się na leżak i jadę swoje. Kręcę miękko, tak jak lubię, prędkość rzadko spada poniżej 40km/h, często jest blisko 50km/h, bo trasa jest bardziej pofałdowana niż ta do Zosina. Oprócz kadencji i prędkości obserwuję też moc i tętno. To ostatnie jest dosyć niskie, dopiero w drugiej połowie trasy wskakuje w miarę wysoko, chociaż jak na czasówkę można się było spodziewać wyższego. Pod koniec czuję już w nogach niewielkie hopki, które były na trasie, ale jako, że do mety jest coraz bliżej to zaginam się mocniej, żeby jeszcze na koniec dołożyć coś ekstra z najgłębszych rezerw. Na metę wpadam z czasem 18:23, co przy dystansie 13,5km (miało być 15) daje średnią 44,3, czyli jednak trochę słabiej niż sobie założyłem. Filip przyjeżdża 42 sek za mną, czyli „wklepał” mi 18 sek. Zgońmy to na carbo ramę i stożki, inne priorytety startowe lub na Tuska, co kto woli ;)

Po naszej próbie podjeżdżam jeszcze do sędziów, którzy po wyłapaniu mojego czasu podali mi 2 minuty lepszy niż w rzeczywistości wyszedł mi z Polara, podobnie zresztą tym, którzy jechali po mnie. Uświadamiamy ich, że mają błąd w pomiarze, żeby nie było jaj przy publikowaniu wyników. Jaja jednak są i to duże, niestety nie u wszystkich. Okazuje się, że orgowie wraz coś pomieszali, a niektórzy zawodnicy chętnie chcą wykorzystać tę sytuację i ewidentnie palą głupa. Liczy się za to, że jest opcja zaistnieć, chociażby na „strażackim” wyścigu z medalami z ziemniaka. W końcu orgowie uznają pierwotne wyniki. Mało to dla mnie zrozumiałe, gdyż wiadomo było, że nie są one zgodne z rzeczywistością. Nie przeszkadza to jednak niektórym zawodnikom stanąć finalnie na podium na nie ich stopniu. Dla mnie sytuacja dosyć smutna, bo przecież wszystkim nam powinno chodzić o dobrą zabawę i zdrową rywalizację, a nie zwycięstwa dzięki pomyłce sędziów.

2014.06.14 – Puławy – XC

2014.06.14Trzeci tegoroczny Czempionat, jak zwykle tłumy kibiców na stadionie przy ul. Niemcewicza, atmosfera przypominająca najlepsze przełajowe wyścigi w Belgii i Tour de France razem wzięte i oczywiście kolarze gotowi na najtrudniejsze wyzwania jakich można doświadczyć, w tym ścigania się po szyszkach i skrzyżowaniach w puławskim lasku. Długa, 3,1km pętla, którą mamy jechać 8 razy, zapowiada, że wyścig tym razem potrwa nieco dłużej niż 36 minut (o ile sędziowie znowu się nie walną w liczeniu okrążeń) ;)

Mimo, że nie czuję się  zbyt mocny to gdy tylko przyodziewam strój kolarski przechodzę metamorfozę jak Clark Kent i zamieniam się w Supermana. W końcu nie można przed wyścigiem zachowywać się jak frajer, bo wtedy na pewno nie pójdzie git ;) Po trzykrotnym objechaniu rundy staję na starcie. Komenda i ruszamy. Wpinam się znowu odrobinę za wolno, ale szybko przyspieszam i do lasu wjeżdżam czwarty za Damianem, Kamilem i Grześkiem z LKKG. Jest dobrze, przejeżdżam tak prawie całe pierwsze kółko, później wyprzedzają mnie  jeszcze Marek, Filip i Branio. Chyba niepotrzebnie odpuszczam Grześka, który trochę za nimi został, przez co szybko dogania mnie Bartek Broda.

We dwóch jedziemy prawie cały wyścig. Jako, że jesteśmy na 3. i 4. pozycji w kategorii, a ja mam ogromną okazję wdrapać się na podium to nie zamierzam z niej rezygnować i chcę zrobić wszystko tak jak należy, żeby przyjechać przed Bartkiem. Nie forsuję jednak zbyt mocno tempa, czasem tylko nieznacznie podkręcam i patrzę co się dzieje. Bartek zaskakująco długo się trzyma, ale pod koniec przedostatniego kółka puszcza koło. No w końcu, dokładnie na to czekałem, momentalnie przyspieszam, żeby zerwać go na dobre. Jest ok, urywam go i jadę bardzo mocno do mety. Na rundzie jest jeden piaszczysty podbieg. Gdy wskakuję po nim na rower łańcuch się klinuje. Zjeżdżam bez kręcenia, na dole się zatrzymuję i odkrywam, że jedno ogniwko jest odgięte i nie ma szans na jazdę. Bez zastanowienia zaczynam biec z rowerem do mety, co chwila panicznie oglądając się do tyłu gdzie jest Bartek. Na szczęście go nie widzę. Jak tylko jest okazja to wskakuję na rower, odpycham się i zjeżdżam. Tuż przed stadionem ciągle nie widać Bartka, jestem już ogromnie zmęczony, ale wyłączam myślenie i ile sił biegnę do mety.

Na kreskę wpadam totalnie umęczony, ale niezwykle szczęśliwy. Dobiegłem do tej mety z czasem 1:06:30 i jestem zwycięzcą, choć dopiero 3. w elicie i 7 open ;) Z tego wszystkiego śmieję się jak głupi, aż sędziowie zaczynają interesować się sprawą, dopytując czy były jakieś magiczne herbatki. A czy dowiezienie cudem trzeciego miejsce nie jest wystarczającym powodem do radości? ;) Największe minusy tego prestiżowego wyścigu to tym razem kompletny brak fotoreporterów, nie wiem już czy tak trudno dostać akredytację czy o co chodzi, ale kiepsko nie mieć fotki z wyścigu, zwłaszcza jak się stoi na podium (chociaż właściwie w Puławach to się stoi po prostu, bo podium nie ma ;)).

2014.06.01 – Nowiny – ŚLR

2014.06.01Maraton w Nowinach to wyścig, na który czeka się cały rok. Trasa otoczona legendą, uznawana zgodnie przez większość zawodników za najtrudniejszą z cyklu ŚLR. W ubiegłym roku startowałem tutaj po raz pierwszy i zaliczyłem jeden z najlepszych startów w sezonie i w ogóle jeden z najlepszych maratonów w życiu. Tym razem miałem sporą chęć na powtórkę. Trasa została wydłużona, a płaskie odcinki zredukowane do minimum, szykowało się prawdziwe MTB. Do Nowin wyruszyliśmy w uszczuplonym składzie. Śniadanie przedstartowe zjadłem dopiero na miejscu, przebrałem się i wyruszyłem na rozgrzewkę, objechać końcówkę trasy, która zresztą była identyczna z tą sprzed roku.

Po rozgrzewce ustawiam się na starcie, a tam niespodzianka. Sędzia kieruje mnie do drugiego sektora. Trochę zdziwiony wchodzę tam posłusznie, ale średnio mi się chce wierzyć, że jest aż tak słabo. Po chwili widzę jak Tomek Czapla wchodzi do sektora pierwszego i jeszcze bardziej zdziwiony patrzy na mnie. W tym momencie jestem już prawie pewien, że zaszła pomyłka, bo Tomek jest mocny, ale na pewno nie mocniejszy ode mnie. Idę do gościa z listą startową i jeszcze raz proszę o sprawdzenie. Okazuje się, że rzeczywiście zaszła pomyłka. Biorę rower i szybko zajmuję należne mi miejsce z przodu stawki. Wyruszamy dosyć nagle, bardziej przypomina to start w puławskim Czempionacie niż ŚLR :D Po rundce dookoła stadionu stawka się rozciąga, droga wiedzie lekko pod górę, ja przesuwam się do przodu, ale nie jadę tak wysoko jak rok temu. Nie czuję się na siłach i nie pcham zbytnio. W dodatku muszę poprawić w locie rurkę od bukłaka. Jest coraz bardziej stromo, postanawiam jednak trochę przebić się do czuba. Na singlu w lesie jestem na pewno w pierwszej 20, mozolnie podjeżdżamy do góry. Co prawda po pierwszych 10 minutach wyścigu zaczynam się zaklinać, że trzeba przejść na XC, gdzie można zapoznać się z rundą i wyścig jest o wiele krótszy, ale później szybko rozkręcam się i jedzie mi się zaskakująco dobrze.

Po około pół h. przestrzeliwujemy sporą grupą zakręt i wjeżdżamy w straszne błoto. Grupka przed nami zrobiła to samo, przepuszczamy ich, gdy zawracają i jedziemy za nimi. Jest tutaj Branio, Darek Paszczyk i Przemek Koza. Później Darek z Przemkiem odjeżdżają, a ja tasuję się z Braniem, w tej grupie przewija się też Gary. W międzyczasie ubłocona tylna przerzutka odmawia posłuszeństwa i zostaję za nimi. Na szczęście po kilkunastu minutach doganiam. Na pierwszym checkpoincie dostaję info, że jestem 18., dodaje mi to skrzydeł, bo myślałem, że jadę z 10 pozycji niżej. Kręci mi się coraz lepiej, daję radę na podjazdach, uciekam na zjazdach. Doganiamy Darka i Przemka i jedziemy długo razem. Noga mi podaje i gdzieś w połowie trasy odrywam się od chłopaków. Na zjazdach praktycznie frunę, mam poczucie, że tutaj dużo nadrabiam. Na podjazdach utrzymuję przewagę. Na jednym z odcinków w dół słyszę dziwne uderzenie, po chwili okazuje się, że urwałem szprychę w przednim kole, dokańczam trudny techniczny zjazd i zatrzymuję się sprawdzić co z kołem i wyjąć szprychę. Idzie mi to bardzo nieudolnie, wypinam koło żeby był lepszy dostęp, w dodatku tarcza parzy, co utrudnia zadanie. W tym momencie wyprzedzają mnie Darek, Branio i Przemek. Nie chcąc dalej tracić czasu zawijam szprychę na szprychę i ruszam w pogoń. Jest moc, po kilku minutach dochodzę do grupy i poprawiam. Znowu jadę sam i znowu problem z przerzutką.  Chłopaki znowu doskakują.

Jedziemy na 15 i 16 pozycji, nie zatrzymuję się na bufecie i trochę zyskuję, kawałek dalej, w lesie kończą się oznaczenia, doskakuje do mnie Darek. Wybieramy najprawdopodobniejszą drogę, ale strzałek dalej nie ma. Zawracamy, jedziemy w inną stronę. To samo. Dojeżdża do nas Przemek, raz jeszcze próbujemy w to samo miejsce co za pierwszym razem, tylko dalej. Udało się, są oznaczenia. Znowu zostawiamy Przemka i lecimy do mety. Około 15 km przed metą urywam drugą szprychę, sytuacja jest nieciekawa, ale nie mam zamiaru odpuścić Darka, noga zbyt dobrze podaje. Kręcę i słyszę tylko jak szprycha ociera o widelec. Tempo jest mocne, większość jadę na zmianie. Dojeżdżamy do pump tracku przy torach, jestem już bardzo ujechany, teraz Darek wychodzi na przód i daje potwornie mocną zmianę. Zaczynam zostawać, ale zaginam się jeszcze ten jeden raz i dociągam. 5km przed metą zaczynają mnie łapać skurcze, zwalniam i kręcę powoli, żeby przeszło. W tym czasie Darek odjeżdża, bezpowrotnie, ja po kilometrze odzyskuję rytm i ruszam w pogoń, ale nie daję rady dojść. Ostatecznie wjeżdżam na metę z czasem 4:36:37, 5. w elicie i 16. open, czyli jak przed rokiem. Emocji tak dużych jakie były wtedy na mecie nie ma, ale jestem równie wypompowany. Od razu kładę się nogami do góry i leżę tak z 15 minut. Później dokładne mycie roweru, pakowanie i finałowy bufet wyjątkowo na końcu. Gdy kończę jeść idę jeszcze dla formalności sprawdzić wyniki i dopiero wtedy widzę, że jestem 5. w elicie. Rozmawiam z organizatorami i okazuje się, że pierwszy raz w życiu załapałem się na dekorację w ŚLR. Jestem cały zadowolony i do Lublina wracam szczęśliwy. Wygląda na to, że z formą jest dobrze, a co najważniejsze powinno być jeszcze dużo lepiej :D

Starsze posty «