Archiwum miesięczne: Listopad 2014

2014.11.23 – Lublin – Dycha do Maratonu

2014.11.23

Dzień po puławskich przełajach udałem się na lubelski stadion przy Krochmalnej żeby zadebiutować w biegu na 10km. Nigdy w życiu nie przebiegłem takiego dystansu za jednym zamachem, więc zupełnie nie wiedziałem jak to będzie. Jedyne, co było pewne to ból i to nie tylko ten podczas biegu, ale przede wszystkim dzień po nim. Na miejscu przeogromny tłum biegaczy (ponad tysiąc osób – rekord frekwencji lubelskich dych do maratonu) i niezwykle gorąca atmosfera. Odbieram pakiet startowy, przebieram się i zanim wybiegnę na rozgrzewkę rozmawiam jeszcze ze znajomymi biegaczami i wspólnie pozujemy do zdjęć.

Po solidnej rozgrzewce ustawiam się na starcie. Za mną ponad 1000 osób, w takiej sytuacji lepiej się nie przewrócić, bo stratowaliby mnie jak w Mufasę w Królu Lwie ;) Obok mnie  stoi Marta, jedna z najszybszych dziewczyn w tym towarzystwie. Mój plan zakłada  żeby przed nią uciekać, a gdy mnie dogoni trzymać się jak najdłużej :) Ruszamy! Po 300m plan zostaje zweryfikowany, Marta ciągle jest obok, tempo jest kosmiczne. Przypomina mi się tekst Emila Zatopka, który podobno zawsze przed biegiem mawiał do rywali Men, today we die a little . No to ja już umarłem i to bardzo. Teraz chcę tylko jak najdłużej wytrzymać tempo Marty. Pierwszy kilometr robimy w szaleńczym tempie – 3:45, a ja jestem szczerze przerażony i zaczynam obawiać się o własne zdrowie. Już nie biegnę obok mojego prywatnego Zająca. Teraz jak cień podążam z tyłu i czekam kiedy w końcu spuści z tonu, bo wydaje mi się, że lada chwila musi to nastąpić. Dobre żarty. Po głowie chodzą mi myśli, żeby zwolnić, poczekać na Anetę i treningowo pobiec z nią do końca. Na szczęście szybko porzucam te myśli, wiem, że bym sobie tego nie wybaczył, a co gorsza zostałbym zmieszany przez nią z błotem za taki cyrk ;)

Wbiegamy na Filaretów, jest kilka zakrętów, nie wiem dlaczego, ale Marta ich nie ścina, co bardzo mnie irytuje, ale konsekwentnie biegnę za nią. Tylko na podbiegu pod Zana czuję, ze mógłbym biec trochę szybciej, ale postanawiam mądrze trzymać się, za doświadczoną biegaczką. Gdy jesteśmy już na Zana zaczyna się długi, dwukilometrowy zbieg. Tempo ciągle jest szaleńcze. Na Nadbystrzyckiej, tuż za Perfect Runner, na najbardziej pochyłym fragmencie trasy, zaczynam zostawać. Do tej pory motywowałem się jak tylko mogłem i za wszelką cenę trzymałem tempo. Oszukiwałem się, że jeszcze mam siły, że jeszcze kilometr. Niestety po 6km te czary przestają działać. Za wąwozem tracę do mojego Celu jakieś 30 sekund. W dodatku wyprzedził mnie Bigos i Rafał. Biegnę razem z Krzyśkiem Grucą i postanawiam że on mi nie odbiegnie.

Ciągle widzę przed sobą Martę, którą bardzo chcę dogonić, ale dystans się utrzymuje. Pod koniec Krochmalnej trochę przyspieszam, ale sił jest mało. Około 1,5km do mety dobiega do nas Piotrek Drączkowski, „dawaj KermitOZ, dawaj, trzymaj tempo”. Początkowo to właśnie robię, ale dosyć szybko strzelam. Około pół kilometra do mety, już blisko stadionu znowu podkręcam tempo, ale znowu nic z tego. Kilkadziesiąt metrów przed halą rozpoczynam długi finish, żeby przynajmniej Krzysiek przybiegł za mną. Wbiegam na ostatnią prostą i widzę przed sobą zegar, który pokazuje niewiele ponad 39 minut. Wow, w drugiej połowie biegu byłem tak zamroczony, że byłem przekonany, ze mam tempo na jakieś 44 minuty, a tutaj wychodzi na to, że w swoim debiucie na dyszce złamię 40 minut. Jak po zastrzyku energii biegnę mocno już do samej mety, którą przekraczam z wynikiem 39:41. Jestem w szoku, bo przed biegiem nawet najbardziej optymistyczny plan nie zakładał zejścia poniżej 40 minut. To był znakomity bieg, z którego jestem przeogromnie zadowolony.

Ogromne podziękowania należą się Marcie (39:20), bez której na pewno nie osiągnąłbym tak świetnego czasu i pewnie przyczłapałbym ładnych kilka minut później. Jeśli chodzi o tabelę to najambitniejszą wersją planu było zmieszczenie się pierwszej setce i dałem radę tego dokonać (96/1035 open, 41/255 M16). Podziękowania i wiele dobrych słów należą się też organizatorom, bo impreza dopięta była chyba na ostatni guzik. Duży plus za prysznice po biegu. To rzecz na zawodach kolarskich niezwykle rzadka, a bardzo pożądana. Tutaj wydaje się to standardem, dzięki czemu późniejsze oglądanie dekoracji i wymiana wrażeń wśród uczestników odbywa się w bardziej komfortowych warunkach. Dzięki i do zobaczenia w styczniu na nocnej dyszce!

2014.11.22 – Puławy – Godzina w Piekle

2014.11.22

Finał Godziny w Piekle to zawody w puławskiej Marinie. Jadę tam z Karcerem i Anetą, jest zimno, co utwierdza mnie w przekonaniu, że przełaje są jednak nie dla mnie i starty jedynie w lokalnym cyklu tej dyscypliny były jedynym słusznym planem :) Na miejscu od razu czuć atmosferę ścigania, zawodnicy rozgrzewający się na trenażerach, sporo kibiców i profesjonalnie przygotowana trasa sprawiają, że niska temperatura na zewnątrz schodzi na dalszy plan. Przerażenie wszystkich budzi plaża, po której do przebiegnięcia jest kilkaset metrów w kopnym piachu. Taki widok sprawia, że wielu zawodników zamiast trząść się z zimna, zostaje oblanych gorącym potem. Ja podchodzę do tego jeszcze spokojnie – w końcu coś tam biegam, więc tam powinienem tylko zyskiwać.

Przed startem robię dosyć słabą rozgrzewkę i dopiero po objeździe rundy czuję się przygotowany do walki. Znowu jedziemy minutę po Mastersach. Start! Tym razem lepiej niż ostatnio w Lublinie, rozpędzam się na pierwszej prostej i jadę w miarę wysoko, choć Darek jest już kilka sekund przede mną. Niestety zwycięzca ostatniego wyścigu, Łukasz Milewski z Blu Cersanit Team Refleks jest jeszcze dalej i od samego startu stopniowo się oddala, jadąc po zwycięstwo w całym cyklu. Mi pozostaje walczyć z Darkiem o drugą lokatę, ale pierwsze dwa kółka to dla mnie dramat. Kilkukrotnie mam problemy z wpięciem się w pedały, w dodatku plaża także daje mi się we znaki. Góral średnio nadaje się do zarzucenia na plecy, więc muszę biec, prowadząc go po piachu. Katorga. Po dwóch kółkach mam grubo ponad pół minuty straty do Darka i Przemka i jeszcze więcej do Piotrka Sztobryna, który jest piąty. Mam szczerze dosyć, a w głowie kłębią się myśli o zejściu z trasy, jestem tego bliski jak jeszcze nigdy w życiu. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie podjął walki.

Od trzeciego kółka jedzie mi się trochę lepiej, przyspieszam i widzę, że powoli zbliżam się do chłopaków. W połowie wyścigu doganiam najpierw Przemka, a później Darka. Odżywam, ale nie decyduję się na odjazd, ostatnie trzy kółka jedziemy razem. Między plażą (na której wyprzedzamy jeszcze Sztobryna), a ostatnim podbiegiem, znowu mam problemy z wpięciem się w pedały. Przemek odjeżdża daleko, ale Darka doganiam i ostatnią minutę jedziemy razem. Przed finishem siedzę mu na kole, na ostatniej prostej staję w korby i jadę wszystko co mam. Robi mi się ciemno przed oczami, ale na kresce wyprzedzam go o kilka centymetrów i kończę szósty. W generalce mamy równą liczbę punktów, ale to Darek był wyżej w drugiej edycji, która była Pucharem Polski i dlatego to on jest drugi, a ja trzeci.

To były ostatnie 53:55 ścigania na rowerze w tym roku, wynik bardzo słaby, ale i tak jestem ogromnie zadowolony z tego, że pomimo kryzysu potrafiłem wrócić do walki! Teraz okres przejściowy i za około miesiąc pora rozpoczynać przygotowania do nowego sezonu. Jako, że trudno będzie wytrzymać do kwietnia bez rywalizacji to w okresie jesienno zimowym zamierzam wystartować w kilku zwodach biegowych. Rower oczywiście dalej pozostaje w użyciu :) Na koniec podziękowania i gratulacje dla organizatorów. Cały cykl był świetny, wszystko grało i mam nadzieję, że w Lublinie w 2016 będziemy mieli Mistrzostwa Polski w kolarstwie przełajowym. Chyba nikt z zawodników, którzy brali udział w Godzinie w Piekle nie miałby nic przeciwko :) Zresztą film Wojtka Matrasa pokazuje wszystko:

2014.11.15 – Lublin – CityTrail

2014.11.15Jakże różne potrafią być nastroje po zawodach, które odbyły się w odstępie zaledwie czterech dni. Po blamażu w przełajach wystartowałem w pierwszym w tym sezonie biegu. Leśne 5km to coś w sam raz dla mnie, bo kondycja jest, ale doświadczenie biegowe i adaptacja mięśni do takiego wysiłku na poziomie praktycznie zerowym. Pierwszy i ostatni jak do tej pory trening biegowy (półgodzinny) tej jesieni zrobiłem 4. listopada, czyli 11 dni temu. Trochę dawno, więc bardzo obawiałem się, że pobiegnę słabo i tylko spotęguję niezadowolenie po ostatnim wyścigu. Wpisowe na cały cykl jednak już dawno opłacone i nie było odwrotu! Poza tym to ma być przede wszystkim zabawa, więc zawsze można pobiec na luzie :) Po lekkim śniadaniu dotarłem na Dąbrowę, gdzie od razu mnóstwo znajomych twarzy. Przeprowadziłem dobrą rozgrzewkę i ustawiłem się na samym przodzie (a właściwie to w drugiej linii, niech stracę ;)).

Tym razem zaczynamy bez końcowego odliczania, tylko gotowi – start :) Wyruszam jak z katapulty, ostro do przodu, w tym momencie bieg „na luzie” się kończy zanim się w ogóle zaczął ;) Trzymam się w czołowej dyszce i tak gdzieś przez pierwsze pół kilometra. Później oczywiście powolny zjazd coraz niżej. Mimo to biegnę szybko, po pierwszym kilometrze 3:40 i mieszane uczucia – z jednej strony czadowo, z drugiej jestem przerażony, że za mocno zacząłem i zaraz mnie odetnie. Uspokajam tempo, ale ciągle jest szybkie. Wyprzedza mnie pierwsza kobieta, początkowo trzymam się za nią, później odpuszczam, wiem, że jest mocna i jej tempo nie wyjdzie mi na zdrowie. Drugi kilometr w czasie 4:15, jest ok.

Na trzecim kilometrze jest już ciężko, nie tyle fizycznie, co po prostu wiem, że biegnę szybko i mogę nie wytrzymać tempa. Wiem też, że od połowy będzie z górki (w przenośni, o tym, że było też dosłownie minimalnie z górki dowiedziałem się w domu z wykresu), co pozwala mi przetrwać. Jest w końcu tabliczka, trzeci kilometr przebiegnięty w 4:12 – cieszę się, że pobiegłem go równo, co także dodaje mi sił przed końcówką. Na czwartym kilometrze uświadamiam sobie, że za tydzień lubelska dycha do maratonu, na którą już zrobiłem przelew. Jak ja to przebiegnę, w dodatku na drugi dzień, po finale Godziny w Piekle w Puławach? :D Biegnę jednak równo, trzymam mocne tempo i walczę. Walczę tak, jak powinienem był to zrobić na ostatnim wyścigu. Tym razem nie ma kalkulowania, jest tylko nak…wianie!

W końcu jest tabliczka „4km”, poprzedni kilometr przebiegłem w 3:35, widzę, że 15:42 już na zegarku, więc jest ogromna szansa żeby złamać 20 minut. Mission accepted! Dodatkowo zaczynam wierzyć, że dam radę obiec Damiana, który już dawno powinien mnie wyprzedzić. Biegnę mocno, około 500m przed końcem widać już metę. Przyspieszam i po raz pierwszy podczas tego biegu zaczynam wyprzedać. Ostatnie 100m to już prawie sprint, wpadam na metę z czasem 19:36, zadowolony, bo wynik jest powyżej moich oczekiwań. I to znacznie powyżej, nie sądziłem, że jestem zdolny na dzień dobry zrobić taki czas, czad! W dodatku Damian przybiega 14 sekund za mną, mission completed! :)

Pierwszy tegoroczny bieg zakończyłem na 28. miejscu open (na 305 osób)  i 10. w kategorii M20 (na 49). Poziom zawodników w stosunku do ubiegłego roku ogromnie poszedł w górę, rok temu, po dużo słabszych biegach łapałem się pod koniec drugiej dychy. Mimo, że było chłodno to i tak pogoda dopisała, frekwencja także (pierwszy raz ponad 300 osób w lubelskim CityTrail). Atmosfera była super, po biegu fotki ze znajomymi i jaranie się startem. Zupełnie jak w pierwszych sezonach ścigania w MTB. To było świetne przedpołudnie, znakomita odskocznia po kolarskim sezonie. Zostałem naładowany energią na tyle, że po powrocie do domu odbyłem jeszcze trening na rowerze. W końcu kolarzem się jest, a biegaczem się bywa! ;)

2014.11.11 – Lublin – Godzina w Piekle

2014.11.11Przed drugą edycją Godziny w Piekle czuć było już etap roztrenowania i trzy tygodnie bez ścigania. Mimo wszystko liczyłem na dobry występ i łudziłem się, że żółta koszulka lidera w połączeniu z wspaniałym dopingiem lubelskich kibiców doda mi sił i pozwoli na wyrównaną walkę. Niestety już na rozgrzewce było widać, że tego dnia czeka mnie prawdziwe piekło. Mając świadomość, że samopoczucie na rozgrzewce  jeszcze niczego nie przesądza, zmotywowany ustawiłem się na starcie. Jako lider zostałem wyczytany jako pierwszy, co było bardzo miłe, mała rzecz, a cieszy :)

Stoimy na starcie, minutę przed nami wystartowali Mastersi. Końcowe odliczanie i… nie trafiam w pedał. Dopiero gdy chłopaki są już kilka długości roweru przede mną wcelowuję i ogień za nimi. Pierwszy zakręt jest niestety szybko, nie zdążam odrobić strat i wjeżdżam do lasu trochę przyblokowany. Wyprzedzanie jest trudne, właściwie niemożliwe. Może byłoby łatwiejsze, gdybym miał trochę więcej pod nogą, ale niestety w ogóle nie czuję mocy. Mimo to zacięcie przesuwam się do przodu i co chwila przeskakuję kogoś. Na nic się to ma, najwyżej jadę na czwartym miejscu, w dodatku szybko pogoń z pierwszej rundy daje znać o sobie i lekko opadam z sił. Zresztą jadę jakoś bezjajecznie i nie jest to tylko kwestią słabego startu i zmęczenia pogonią. Trudno mi się zmobilizować żeby wejść na wyższe obroty, chociaż bardzo próbuję. Prawie dwie rundy na kole wiezie mi się Filip z LKKG, później odpala i tyle go widzę. Darek jest od samego początku z przodu, jedzie drugi i wygląda na to, że z Rafałem stoczą bój o koszulkę lidera.

Na trzeciej rundzie Rafał urywa łańcuch, ogromny pech, bo widać, że miał pod nogą. Ja natomiast najpierw się przewracam w technicznym zakręcie, a później muszę się zatrzymać, bo złapałem jakiś badyl między szprychy. W drugiej części wyścigu jadę ciągle piąty i próbuję dogonić zawodnika przed sobą. Na ostatniej rundzie przyspieszam i kilometr przed metą, tuż przed piaskownicą widzę, że mam tylko kilkanaście sekund straty. Wrzucam wszystko co mam, ostatnie rezerwy sił i przez piach idę jak burza, później pogoń na technicznej sekcji po trawie, ale na ostatnią prostą wjeżdżam ze zbyt dużą stratą, brakuje dystansu na jej odrobienie i na metę dojeżdżam piąty. Jestem ogromnie zawiedziony swoją postawą i przebiegiem wyścigu. Formy ewidentnie nie ma, ale oprócz tego coś więcej nie zagrało. Nie wiem czy to kwestia złej rozgrzewki, może zbyt słabej koncentracji, może złego startu, który chyba mnie trochę zdemotywował. Nie mam pojęcia, w każdym razie było bardzo źle i nie mogę uwierzyć, że pojechałem taką padlinę. W dodatku w klasyfikacji generalnej spadłem na drugie miejsce i tracę punkt do Darka. Tylko i aż punkt. Sprawa końcowej klasyfikacji Godziny w Piekle rozstrzygnie się więc na finale w Puławach, czyli na terenie, który tak dobrze mi się kojarzy. Oby po ostatnim wyścigu w tym roku było tak samo, będę o to walczył ile sił w nogach, to dopiero będzie piekło!

PS. Ogromne podziękowania dla kibiców, dzięki którym ze zdwojoną siłą chce się walczyć na trasie :) Szczególne podziękowania dla Anety oraz Elizy i Marzeny z Rowerowego Lublina, które wręcz zdzierały sobie gardła na plaży. Już z daleka słyszałem ich doping, który pozwolił mi jakoś dojechać do tej mety :) Na koniec film Wojtka Matrasa, który chociaż trochę oddaje to, co działo się w ten piękny, słoneczny dzień w Lublinie :)