Archiwum miesięczne: Listopad 2015

2015.11.22 – Lublin – Druga Dycha do Maratonu

2015.11.22Plan na drugą dychę był bardzo prosty: umrzeć na mecie i poprawić rekord życiowy. Został on wykonany tylko połowicznie. Na mecie byłem prawie trupem, niestety do życiówki minimalnie zabrakło. Ale zacznijmy od początku.

Ładna pogoda i uwielbienie dla jazdy rowerem, która jest znacznie ciekawsza od biegania, nie sprzyjają treningom biegowym. Tej jesieni odbyłem trzy treningi biegowe: 23X, 29X i 17XI, które łącznie dały 17,3km :) Po zerowym kilometrażu wiosną i 19,7km zrobionych w lecie (2 duathlony + jedna przebieżka) moje konto nie było zbyt imponujące. W planie jednak miałem pobiegnięcie tej dyszki, a że nie należę do osób, które łatwo się zrażają to postanowiłem spiąć poślady i walczyć o dobry wynik. Po rozmowie z Martą Kloc, która miała biec na czas poniżej 39 minut opracowałem naprędce strategię na bieg. Polegała ona na tym, żeby trzymać się Marty tak długo jak się da. Życie pokazało, że plany sobie, a rzeczywistość sobie. I ta rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż się spodziewałem.

Po ustawieniu się z przodu (nie używam Endomondo, nie zabrałem telefonu na bieg – pozdro dla kumatych) ruszam mocno za pierwszą grupą nie oglądając się na „Zająca”. Pierwszy kilometr to dobre złego początki. Biegnie się super lekko, flagę 1km mijam z czasem 3:36 i jestem zaskoczony swoją dyspozycją. Po chwili kolejne zaskoczenie: drugi kilometr nie idzie już tak dobrze jak pierwszy. Hmm, klasyka w moim przypadku, młody człowiek to i głupi ;) Przy fladze 2km dobiega do mnie Marta, na zegarku ok 7:30. Od razu zajmuję grzecznie miejsce za moim pacemakerem i włączam tryb „zesraj się, a nie daj się”. Tryb działa mniej więcej do 4,5km kiedy to nieproszony włącza się „energy saving”. Głowa chce biec, ale ciało krzyczy: „stop!”. Na półmetku mam czas 19:40. Teoretycznie ok, druga połówka jest łatwiejsza, więc jak utrzymam tempo to będzie kozak czas. Jestem już jednak ujechany na maksa i zdaję sobie sprawę, że przegiąłem na początku.

Zbieg na Zana i Nadbystrzyckiej pozwala podciągnąć trochę tempo, ale nie ma mowy o złapaniu drugiego oddechu. Za Polibudą dogania mnie Konrad Kawala, którego kojarzę z Chęć na Pięć, bo wbiegliśmy razem na metę. Postanawiam drugi raz podczas biegu odpalić tryb „zesraj się, a nie daj się”. Tempo jest mocne, ale nie odpuszczam i jak przyklejony biegnę za rywalem. Na ostatnim podbiegu minimalnie zostaję, ale swoje odrobiłem. Na zegarku widzę, że życiówki nie będzie, ale jest jeszcze szansa na złamanie 40 minut. Niestety zamiast ostatnie pół kilometra iść w trupa zbyt często spoglądam na zegarek i ostatecznie wpadam na metę z czasem netto równo 40 minut. Bardzo zmęczony, trochę wkurzony, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności czas uznaję za przyzwoity.

To był na pewno lepszy bieg niż przed rokiem, kiedy miałem 39:40, ale na łatwiejszej i krótszej trasie. Na życiówkę przyjdzie poczekać do nocnej dychy, jak dowali śniegu i mrozu to może nawet coś tam wcześniej potrenuję ;)

2015.11.11 – Puławy – Godzina w Piekle – PP

2015.11.11Miesięczny okres roztrenowania mam już za sobą i z niecierpliwością wyczekiwałem przełajów. Specjalnie na sezon poskładaliśmy w Metrobikes.pl przełajówę na wypasionej ramie Speca. Pierwszym startem w CX miała być puławska edycja Godziny w Piekle.  Do końca czekałem na ostatni element układanki sprzętowej – carbonowe obręcze, na których mają być zaplecione ultra-lekkie przełajowe koła, ale się nie doczekałem i musiałem przełożyć kółka z szosy.

Jako, że planuję start w styczniowych mistrzostwach Polski w Lublinie mam w planie wyrobienie licencji, ale w puławskim wyścigu jadę jeszcze w kategorii „amator”. Startujemy razem z cyklosportem i masters I. Niestety moja kategoria zostaje ustawiona z tyłu. Nadchodzi godzina startu i ogień! Przechodzę stopniowo do przodu, czuję, że noga jest dobra, ale zamiast „docisnąć śrubę” jadę zbyt zachowawczo.

Trasa jest fajna, szybka, nie sprawia problemów. Mimo, że coś tam biegam to piach daje mi mocno w kość. Oprócz tego dwa strome podbiegi, ale to łatwizna, podobnie jak przeszkody. Runda jest lekko wydłużona w stosunku do ubiegłego roku. Organizatorzy dołożyli trochę agrafek, na dwóch z nich jest dosyć ślisko i pod górkę, na każdym okrążeniu muszę walczyć o utrzymanie się na rowerze, ale daję radę. Szkoda tylko, że nie wiem z kim walczę bezpośrednio w kategorii, co na pewno zmotywowałoby do jeszcze mocniejszej jazdy. Mimo to wyścig upływa bardzo szybko, na metę wjeżdżam z czasem 50:47, jak się później okazuje: trzeci w kategorii „amator”. To dobre miejsce na początek, chociaż z samej jazdy nie jestem do końca zadowolony. Super spisał się za to sprzęt, mimo, że pierwszy raz w życiu jechałem na rowerze przełajowym to czułem się jak ryba w wodzie. Chyba się zaprzyjaźnimy :D

Fajnie, że mamy na Lubelszczyźnie wyścigi, dobrze zorganizowane, na które zjeżdża cała krajowa czołówka :) W dodatku przełaje ewidentnie przeżywają w Polsce renesans i Mistrzostwa Polski zapowiadają się niezwykle ciekawie. Nie mam ciśnienia na sezon zimowy, ale postaram się podciągnąć nogę do stycznia, trochę objeździć w Pucharze Polski i dać z siebie wszystko w MP. Zanim to jednak nastąpi do przebiegnięcia jest lubelska dycha. Bieganie samo w sobie jest nudne, ale gdy dochodzi element rywalizacji to sytuacja zmienia się o 180 stopni. Trzymajcie kciuki!