2021.10.02 – Zwierzyniec – Ultraroztocze

O Ultraroztoczu MTB usłyszałem w ubiegłym roku kilkanaście godzin przed startem. Do późnego wieczora zastanawiałem się nad pojechaniem w nocy z Kielc do Zwierzyńca i nad startem, ale niestety zamiast się po prostu zebrać i pojechać zacząłem sobie racjonalizować, że za późno, że na wariata, że tak bez sensu itd. Chyba robię się stary, bo kilka lat temu po prostu wsiadłbym w auto i pojechał. Jak zwykle w tego typu sytuacjach bywa zamiast żałować, że pojechałem w ostatniej chwili i coś tam nie poszło do końca tak jak trzeba to żałowałem, że nie pojechałem. Postanowiłem więc od razu, że kolejnej edycji już nie odpuszczę i jak tylko sezon wyścigowy ruszył to wpisałem Ultraroztocze do kalendarza startowego.

Do wyścigu nie przygotowywałem się jakoś szczególnie, przystąpiłem do niego właściwie z marszu. Moim zdaniem na tego typu maratony ważne jest raczej wypracowana na przez lata wytrzymałość i doświadczenie oraz porządna logistyka. W związku z tym dzień przed wyścigiem pojechałem z Anetą na przejażdżkę zaliczając pierwsze 21km i ostatnie 4km, dzięki czemu znałem sporą część trasy, a zwłaszcza przez pierwszą godzinę mogłem jechać mocno i pewnie, co miało pozwolić na zbudowanie odpowiedniej przewagi nad resztą stawki oraz ułożenie sobie taktyki na ewentualny finisz.

W dzień wyścigu po szybkim śniadaniu jadę na start, który jest o 7 rano. W związku z tym decyduję się na jazdę w spodenkach 3/4 a na górę w ostatniej chwili dodaję kamizelkę. Rękawiczki oczywiście jesienne – w moim przypadku lepiej mocno zapocić ręce niż pozwolić im zmarznąć. Chwilę po 7 startujemy. Pierwsze kilka kilometrów prowadzi asfaltem, nie forsujemy tam tempa, ale już widać jakiś mały zarys czołówki. Gdy wjeżdżamy w teren od razu jest dosyć mocno pod górę. Długa droga przed nami, więc staram się wjeżdżać spokojnie. O dziwo zostaje za mną tylko Darek Paszczyk, który także zaskoczony jest taką sytuacją. No cóż, można powiedzieć, że po czterech kilometrach wyścig z grubsza jest rozstrzygnięty. Kontrolnie podkręcam tempo żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nikt groźny w grupie za nami nie jedzie. Widzę, że Darek też niekoniecznie będzie w stanie trzymać moje tempo, ale nie za bardzo uśmiecha mi się jazda samemu na tak długim dystansie, więc nie szastam nadmiernie siłami.

Pierwsza godzina mija szybko, mimo, że trasa jest oznaczona dosyć przeciętnie to dzięki wcześniejszemu objazdowi ten fragment jadę płynnie, jedyne na co muszę uważać to żeby nie zerwać zbyt wcześnie Darka. We dwóch jedzie nam się dobrze, można powiedzieć, że jak za dawnych lat, kiedy to na maratonach wielokrotnie kręciliśmy się w tych samych okolicach na liście wyników. Po 22km jest rozjazd, w którym strażak kieruje nas w lewo. Obydwaj mamy wgranego tracka i jasno wychodzi, że powinniśmy jechać prosto. W tym miejscu trasa biegowa i rowerowa chwilowo się rozmijają. Mimo, że oznaczenia na asfalcie są niejasne to jesteśmy świadomi tych różnic, jedziemy więc zgodnie z wskazaniami Garminów.

Już od dawna nikogo nie widzimy za sobą, więc nie podpalamy się na super mocne tempo. Od kilku kilometrów zaczynamy już wyprzedzać biegaczy, którzy wystartowali wcześniej. W pewnym momencie dostrzegamy przed nami dwóch gości na rowerach. Ewidentnie wyglądają na turystów, ale gdy do nich dojeżdżamy okazuje się, że mają numery startowe. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że przed nami jest co najmniej kilku zawodników. Wychodzi na to, że strażak, który chciał nas zmylić źle pokierował pozostałych zawodników i nieświadomie skrócili trasę. Jesteśmy w plecy jakieś 7-8km. Nie pozostaje nic innego jak gonić.

Zwiększamy więc tempo, ale nie jest to szaleńcza pogoń. Nie wiem za bardzo co zrobić w tej sytuacji. Z jednej strony mam chęć olać wspólną jazdę i spróbować jechać na fulla byle tylko dojść zawodników przed mną, z drugiej czuję, że nie jest to niezbędne i staram się trzymać nerwy na wodzy. Co chwilę dopytuję biegaczy ilu zawodników przed nami. W końcu zaczynamy doganiać kolejnych kolarzy, ale gdy pada liczba, że przed nami jest pięciu i dochodzimy kolejnych trzech to kolejne info jest, że z przodu jest siedmiu. Załamka po całości.

Po drodze na słynnych torfowiskach wyprzedzamy kolejną kilkuosobową grupkę. To miejsce, którego wszyscy bali się przed startem, chodziły opowieści, że jest pół kilometra brodzenia po kolana w wodzie, ale jak zwykle okazało się, że historia mocno ubarwiona. Finalnie było kilka minut spaceru, czasem może po kostki jak źle postawiło się nogę, ogólnie rzecz biorąc – luzik :) Gdy wyprzedziliśmy już grubo ponad dziesięć osób dojeżdżamy do punktu kontrolnego w Suścu. Tam zostawiam kamizelkę i tankuję bidon. Dostajemy info od ludzi na punkcie, że jesteśmy pierwsi, ale jeden z zawodników twierdzi, że jednak z przodu ktoś jeszcze jedzie. Gdy wyprzedzamy kolejnych biegaczy tuż za Suścem to opinie także są podzielone. Zupełnie nie wiem co się tutaj odwala :D

Po kolejnych kilku kilometrach zaczynamy kombinować, że może ktoś jedzie trasą rajdu przed nami. I rzeczywiście trop okazuje się słuszny. W końcu doganiamy jakąś dziewczynę na przełajówce, która potwierdza, że od kilkunastu kilometrów jedzie po trasie i że przed nami nikogo nie ma. Do mety zostało niecałe 40km, znowu można trochę odpuścić z tempem, chociaż tak naprawdę jakoś specjalnie mocno go nie podkręcaliśmy.

Dojeżdżamy do Rezerwatu Święty Roch, który znajduje się około 25km przed metą. Tutaj czeka na nas bardzo długie i strome podejście po schodach. Z rowerami na plecach i ponad 80km w nogach nie jest to przyjemna wspinaczka, ale powoli wdrapujemy się na górę. Szybki zjazd do Krasnobrodu i stąd już tylko kilkanaście kilometrów po płaskim w kierunku mety. Postanawiam poruszyć z Darkiem temat ewentualnego finiszu. Wspólny wjazd na metę w tym przypadku mnie nie interesuje i jestem gotów się pościgać, ale w końcu ustalamy, że skoro dużo więcej pracowałem z przodu to uczciwie będzie jak wjadę pierwszy. Gdy mamy już jasność w zakresie finiszu i wyjeżdżamy z Guciowa (103,5km) jest ponad 5km odcinek asfaltem. Jadę go w całości na zmianie, gdyż nie ma już sensu jakiekolwiek oszczędzanie się, a lepiej skończyć wyścig wcześniej i zacząć odpoczywać niż się ociągać i jechać do nocy ;)

Jakieś 3,5km przed metą, przy zjeździe z asfaltu, jest ostatni punkt kontrolny, ale jesteśmy tak rozpędzeni, że nawet go nie zauważamy i przejeżdżamy obok :D Dopiero gdy zobaczyłem wyniki i brak naszych międzyczasów zacząłem się zastanawiać o co chodzi i po dłuższej chwili zaczaiłem, że tam były maty z pomiarem czasu. Ostatnie kilometry prowadzą przez las, w pewnym momencie mocno dotknięty wycinką i nieuprzątniętymi gałęziami, w dodatku trochę podmokły. Konieczne jest noszenie roweru, ale znam już ten fragment i jestem na to przygotowany. Ostatnie 1,5km to już asfalty w Zwierzyńcu. Kilometr przed metą, zgodnie z ustaleniami przyspieszam, ale w taki sposób żeby nie było żadnych wątpliwości.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Na metę wpadam kilka sekund przed Darkiem. 112,5km i 5h48min jazdy za nami. To był bardzo sympatyczny poranek na roztoczańskich trasach, zakończony moim drugim zwycięstwem Open w tym sezonie i drugim na Roztoczu. Dzięki Darek za wspólną jazdę, razem szybko zleciało! :) Polecam wszystkim ten wyścig ze względu na rodzinną atmosferę i bardzo dobrą organizację. Mocną stroną imprezy są kapitalne zdjęcia, gdyż Organizator jak co roku opłacił i umieścił na trasie kilku profesjonalnych fotografów. To naprawdę kapitalny ruch i za to wielkie brawa dla ekipy Tour de Zbój! Na tych fotografiach nie tylko widać trudy i piękno rywalizacji, ale także piękno Roztocza. To uroczy i bardzo niedoceniany region, przez co też jeszcze niezadeptany jak chociażby Bieszczady. Z jednej strony fajnie jakby zyskał na popularności, ale z drugiej strony może lepiej żeby pozostał taki nieznany i dziki, bo to jedna z największych zalet Roztocza.

Sam wyścig to było takie trochę The Best of jeśli chodzi o Roztocze Środkowe i bardzo cieszę się, że mogłem tam trochę pokręcić, zwłaszcza, że pogoda wybitnie dopisała. Aneta także jest zachwycona i o ile co roku w ostatniej chwili wybieramy miejscówkę na urlop, który trwa w porywach tydzień za jednym zamachem to na przyszły rok na pewno meldujemy się na Roztoczu i nie sądzę, że skończy się na tygodniu :)