Archowum tagów: Cyklokarpaty

2013.08.03 – Komańcza – Cyklokarpaty

2013.08.03

Maraton w Komańczy zapowiadał się niesamowicie ciekawie, niestety do czasu. Kilka tygodni przed startem organizatorzy podali dystanse i zdębiałem gdy zobaczyłem, że Mega będzie liczyć 38km. Po wymianie kilku uwag na forum i kolejnym objeździe trasy stanęło na 43km, co i tak nie zmieniało wiele. Jako, że generalka CK miałem w planie na ten rok, to postanowiłem, że dociągnę do końca, mimo tego, że dużo rzeczy w tym cyklu mi się nie podoba, na czele z trasami, które krótko mówiąc lekko mnie rozczarowały.

Do Komańczy wyjechaliśmy w piątkowe popołudnie, bo wyjazd w sobotni poranek już na starcie przekreśliłby szanse na dobry wyścig. Okazało się to bardzo dobrym rozwiązaniem, z rana ogarnęliśmy wszystko na luziku i przebrani pojechaliśmy do oddalonego 300m biura zawodów. Dzięki Kasi ominęło nas stanie w kolejce (wielkie dzięki) i na spokojnie mogliśmy się udać na rozgrzewkę, w dodatku start miał być opóźniony o pół godziny, co bardzo mi pasowało, bo dosyć późno zjadłem śniadanie. Postanowiłem objechać ostatnie 2km trasy i zostałem oczarowany. Końcówka składała się niemalże z samych singli w lesie, całkiem wymagających technicznie, po prostu bajka. Po powrocie ustawiłem się pod samą taśmą w pierwszym sektorze i spokojnie czekałem na start, który opóźnił się o kolejne kilka minut.

Ruszamy, na początku długa, 5km rozbiegówka po asfalcie. Kręcimy za autem, jadę bardzo mądrze, trzymam się na samym przedzie, nie ma mowy o trzepaniu się jak w Urszulinie. Na końcu asfaltu zakręt 180 stopni, wjeżdżamy w teren, przejeżdżamy przez rzeczkę i zaczyna się długi podjazd na odkrytym terenie. Wypracowana na początku pozycja nie przydaje się do niczego, chłopaki kręcą mocno a ja stopniowo spływam coraz niżej i niżej. Jest bardzo, bardzo źle. Z terenu wyjeżdżamy na dosyć długą wspinaczkę po asfalcie. Staram się złapać w jakiejś grupce, ale z każdej odpadam. Chwilę jadę za Damianem, później za Pawłem i Damianem, ale w końcu nie wytrzymuję ich tempa. Wjeżdżamy z powrotem w teren, nie ma jednak mowy o odpoczynku, droga wiedzie cały czas pod górę, jesteśmy już na odcinku wzdłuż granicy ze Słowacją. Przepycham niezdarnie korby patrząc jak wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Na szczęście jest sucho, więc na zjazdach mogę sobie poszaleć jak nigdy i sporo w ten sposób nadrabiam.

Po 15km jedzie mi się już trochę lepiej, niestety daleko od ideału, w dodatku na jednym ze zjazdów muszę się zatrzymać, bo jakiś patyk utknął mi w tylnej przerzutce. W drugiej części dystansu trasa jest nieco łatwiejsza, kilka kilometrów przed rozjazdem wpadam w niezły trans, doganiam Dungora i jeszcze kilku zawodników, jest coraz lepiej, ale nagle okazuje się, że to już końcówka. Wjeżdżam na ostatnie 2 kilometry, które tak spodobały mi się na rozgrzewce. Gubię ogon i dochodzę jeszcze jednego zawodnika, widzę też jak Kamikadze, dziś wyraźnie szybszy ode mnie, zmienia dętkę. Na ostatnim małym podjeździe dochodzę ostatniego zawodnika, lekko odjeżdżam i gdy myślę, że już dał za wygraną widzę jak z ogromną prędkością sunie koło mnie na zjeździe do mety. W ostatni zakręt wchodzę minimalnie z tyłu, szykuję się na finish, ale podczas redukcji spada mi łańcuch. Tym razem nie dane mi jest powalczyć i wjeżdżam sekundę za rywalem z czasem 2:01:59, 33. Open i 18. w kategorii. Wyjazd do Komańczy kończy się najgorszym miejscem w sezonie. Miałem przyjeżdżać regularnie w 20, a pierwszy raz w tym roku nie załapałem się nawet do 30.

Duży wpływ na tak słaby wynik ma na pewno zmęczenie bardzo częstymi startami, ale jest też drugi czynnik, o którym chcę napisać trochę szerzej. Przygotowując się do obecnego sezonu nastawiałem się na walkę w generalce dwóch cykli: ŚLR i Cyklokarpat. Bojąc się nadmiernej eksploatacji organizmu na najdłuższych dystansach zarówno w ŚLR jak i CK zdecydowałem, że w tym drugim cyklu pojadę Mega. Poprzedzone to było oczywiście analizą dystansów i czasów z poprzedniego sezonu. Wychodziło na to, że Mega powinno trwać dla mnie w granicach 2:45-3:30, w zależności od trasy i pogody, co przy treningu pod długie maratony było jeszcze rozsądnym odstępstwem. Niestety w ostatnich latach można zaobserwować tendencję do drastycznego skracania tras. I tak moje wyniki w Mega w tym roku to: 1:47 (37km), 2:17 (54km), 3:21 (56km), 2:15 (42km) i 2:02 (39km). Jak widać tylko jeden maraton (Strzyżów) rozegrany został na dystansie godnym Mega (3:21, 56km). Pozostałe to średnio 43km i 2:05. Zwycięzcy oczywiście mieli czasy kilkanaście minut lepsze (1:33, 2:03, 1:56, 1:48, co daje średnią 1:50). Hasło przewodnie Cyklokarpat „Tutaj przekonasz się czym jest prawdziwe kolarstwo górskie” w obliczu powyższych liczb jest jedynie pustym sloganem. Dodam, że w Komańczy dystans Giga Arek Krzesiński pokonał w 2:21. Giga w 2:21! Gość jest kozakiem, ale takie okrojenie tras to totalne przegięcie.

Nie wiem co mam o tym myśleć, rozumiem, że każdy chce zarabiać, więc idzie w masówkę, pragnąc zainteresować ofertą jak największą liczbę kolarzy-amatorów, ale są pewne granice. Moim zdaniem zostały one drastycznie przekroczone. I nie piszę tutaj tylko o Cyklokarpatach. Na Mazovii już nawet nie zawsze jest dystans Giga, czasy kiedy na Skandii Giga miało 100km a Mega blisko 70 już także minęły. Zarówno organizatorzy jak i uczestnicy idą na łatwiznę. Ktoś powie: trzeba było jeździć Giga. Jasne, teraz pewnie bym tak zrobił, nawet pomimo niskiej frekwencji i dużych różnic czasowych między zawodnikami. Wybrałem jednak Mega, ufając, że będzie on swoją atrakcyjnością zbliżony bardziej do Giga niż do Hobby, że będzie niejako zapleczem ekstraklasy, w której jeżdżą najmocniejsi. Niestety pod względem dystansów Mega okazało się takim wzbogaconym Hobby, nieco wydłużonym XC. Maraton MTB, który trwa krócej od maratonu biegowego nie jest godzien nazywać się maratonem! Ja tego nie kupuję! Dokończę generalkę w Jaśle i nie bez żalu, ale jednak pożegnam się z CK, a jak podpasują terminy to może za rok zawitam na jakąś wybraną edycję, na przykład do Strzyżowa, który wspominam najmilej :)

2013.07.06 – Pruchnik – Cyklokarpaty

2013.07.06O maratonie w Pruchniku słyszałem przed wyścigiem wiele legend. Mówili, że trudny i męczący. Po weekendzie odpoczynku noga podawała nieźle i czułem się stosunkowo wypoczęty. W piątek na błysk wyczyściłem rower, z napędem na czele, Paweł reanimował amortyzator i optymistycznie nastawiony jechałem zmierzyć się z trudną trasą. Na miejscu wszystko szło sprawnie i dosyć wcześnie wyruszyłem na rozgrzewkę. Przejechałem z Dawidem ostatni kilometr trasy, pokręciłem się trochę po asfalcie i stadionie i zaraz po otwarciu sektora wjechałem na sam jego przód, ustawiając się w pierwszej linii w nadziei załapania się na fotki ;)

Wybija 11, spiker co kilkadziesiąt sekund powtarza, że do startu już tylko 2 minuty, jeszcze się wyścig nie zaczął a już zaginamy czasoprzestrzeń. W końcu odliczanie i ruszamy. Wycofuję się lekko, ale tak, żeby być kilka metrów za czołem wyścigu i na samym przodzie peletonu wdrapuję się na pierwszym, 2km podjeździe. Chłopaki kręcą mocno, grupa się rozciąga, czuję nogi, ale nie odpuszczam i ciągle jadę z przodu. W 2/3 podjazdu patrzę na pulsometr, tętno sięga 196 bpm i jednak decyduję się trochę zwolnić żeby nie spalić się już na samym początku. Stopniowo wyprzedzają mnie kolejne osoby, mam nadzieję, że za chwilę je dojdę. Dojeżdżamy do szutrowej drogi, wyprzedza mnie Dungor, przyspieszam, ale w lesie jedzie się ciężko, nie tak to miało wyglądać. Staram się zachować spokój, zazwyczaj potrzebuję dużo czasu żeby wejść w rytm. Po 8 km licznik odmawia posłuszeństwa i przestaje mierzyć prędkość i dystans, czekam chwilę, po czym zatrzymuję się poprawić czujnik. Wyprzedza mnie trzech zawodników, doganiam, ale licznik znowu nie działa, no cóż, będę jechał bez. Dystans krótki, pamiętam na których kilometrach są bufety, więc jakoś dam radę.

Szybkie i twarde odcinki przeplatają się z błotnymi, na których kolejny raz mi nie idzie, więc próbuję odrabiać pod górę i na szybkich zjazdach. Zwłaszcza to drugie całkiem dobrze mi wychodzi, amor robi robotę. Na jednym z punktów kontrolnych dostaję informację, że jestem ok. 50 miejsca Mega-Giga. Staram się sprężyć, ale mimo to na błocie wyprzedza mnie jeszcze kilku zawodników, w tym stylowi „profesjonaliści” w skarpetkach do połowy łydki, to boli! Zupełnie nie wiem co się dzieje, staram się zmusić do wysiłku, ale ciągle mam wrażenie, że nie kręcę na maksa. Dopiero gdy trasa robi się mniej grząska przyspieszam i zaczynam pogoń. Jest około 15 kilometrów do mety, wpadam w rytm i wyprzedzam kolejnych zawodników. Zaczyna się doganianie Hobbystów, na szczęście nie ma żadnych trudności z wyprzedzaniem. Kilka kilometrów przed metą ostatni podjazd, tzw. Golgota, z daleka widzę sporo osób, które podprowadzają, co budzi grozę, bo nie mam zamiaru drzeć taki kawał z buta. Okazuje się, że większość z nich to kolejni zawodnicy z Hobby. Zaginam się na maksa i wjeżdżam całość dosyć dobrym tempem, walczę z zawodnikiem z Przeworska, któremu uciekam na zjeździe a jednocześnie już prawie doganiam następnego kolarza. Niestety tracę rytm na nierównościach, ledwo utrzymuję się w pionie, hamuję i wjeżdżam w krzaki. Jest kilometr do mety i rywale uciekają. Próbuję ich dogonić odważnie jadąc odcinek znany z rozgrzewki, ale brakuje dystansu. Kończę wyścig na 27. pozycji Open i 19. w M2 z czasem 2:15:04. Ostatnio w Strzyżowie byłem 14. i 6., więc mega porażka, najgorszy maraton w sezonie. Jedyne wytłumaczenie dla tak słabego wyniku to dosyć krótka trasa, pewnie dodatkowa godzinka zrobiłaby sporą różnicę na moją korzyść. No cóż, taki urok Cyklokarpat, może w Komańczy będzie dłużej i sobie to jakoś odbiję.

Jeśli chodzi o podsumowanie maratonu to mimo, że w Strzyżowie podobało mi się dużo bardziej, to impreza w Pruchniku także była zorganizowana bardzo dobrze. Nigdy na maratonie nie widziałem tylu taśm, sznurków itd. wzdłuż trasy. Zgubienie się tutaj było dużą sztuką, brawa za tak świetne oznaczenie. Sama trasa jak dla mnie trochę za krótka i zbyt błotnista, ale wystarczająco ciekawa i wymagająca fizycznie, chociaż myślałem, że będzie dużo trudniej :) Na mecie znowu smaczne pierogi i piwo w zestawie, więc jak ktoś lubi i nie prowadził to na pewno był zadowolony, niestety owoców brakowało. Poza tym wszystko w porządku, nawet mały deszcz po maratonie nie był w stanie zmącić dobrej atmosfery, która rzeczywiście na Cyklokarpatach jest dosyć rodzinna, zawsze jest z kim pogadać i to mi się podoba! :)

2013.06.08 – Strzyżów – Cyklokarpaty

2013.06.08Kolejna edycja Cyklokarpat odbyła się w Strzyżowie. Wybraliśmy się tam aż w pięć osób: Kaśka, Patrycja, Damian, Paweł i ja. Niestety przez korek i objazd spowodowane wypadkiem dojechaliśmy do Strzyżowa tylko godzinę przed wyścigiem. Kolejny raz okazało się, że wyjazdy o wczesnej porze popłacają :) Praktycznie bez rozgrzewki ustawiłem się na początku pierwszego sektora i pewien, że będzie ciężko czekałem na start. Moje obawy były spowodowane przede wszystkim połączeniem niedziałającego amortyzatora i bardzo wymagającej, wyboistej trasy. Nie wiedziałem także jak po etapówce zachowa się mój organizm.

Nadeszła godzina 11 i startujemy. Na początku trzymam się nieco z tyłu, ale później przeskakuję na sam przód, jadę w pierwszej 10 i tak pokonuję pierwszy asfaltowy podjazd. Tempo nie jest mocne, więc mogę się spokojnie rozgrzać. Gdy wjeżdżamy w teren sielanka się kończy i zaczynam spływać w dół stawki, wyprzedza mnie Damian, Paweł już dawno jest z przodu. Nogi nie podają jak należy, ale robię co w mojej mocy, żeby utrzymać przyzwoitą pozycję. Pierwsze błoto daje mocno popalić, opony są totalnie zalepione, nie jest stromo a mimo to na podjazdach muszę bardzo uważać, żeby się nie ślizgać. Gdy zaczynają się zjazdy jest już naprawdę niewesoło. Jadę jak baba i oglądam jak wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Brak amora i umiejętności zjeżdżania w błocie robią swoje. Wyjeżdżamy na asfalt, dłuuuga prosta w dół, przy prędkości 77km/h! opony oczyszczają się rewelacyjnie a radość z jazdy jest ogromna :) Mimo, że nie jestem tak szalony jak Nibali to doganiam kilku zawodników.

Znowu wjeżdżamy w teren i zaczyna się kolejny odcinek męki. Jadę z Kamikaze, a w oddali przed sobą ciągle widzę Damiana. Nie jest już tak błotnie, ale i tak jedzie mi się bardzo ciężko, nie mogę złapać rytmu. W lesie zaczynają się naprawdę wymagające podjazdy. Niektóre musimy pokonywać z buta, nie da się tam wjechać. Dopóki jest sucho wszystko idzie ok, po prostu kolejne odcinki do zaliczenia, tyle, że bardzo strome. Wjeżdżamy do rezerwatu Herby, piękny fragment trasy, miejscami tylko dzięki taśmom wiadomo którędy jechać, gdyż często nie ma typowych ścieżek, jest po prostu las. Zjazdy super, nawet bez amora spokojnie daję radę, po prostu trochę wolniej i ostrożniej, ale nie jest źle. Rzeźnia zaczyna się za to na długim błotnistym zjeździe, czasami cudem utrzymuję się w pionie, jest tak ślisko, że wielokrotnie muszę asekurować się nogą. W dodatku nie da się jechać środkiem, jedynie przy którejś ściance wąwozu, co zdecydowanie utrudnia bezpieczny zjazd. Na jednym z zakrętów zwalniam prawie do zera i przelatuję przez kierę. Dobrze, że jest tam sucho i zawodnik za mną jest na tyle daleko, że zdąża mnie ominąć. Szybko wskakuję na rower i gonię. Wyjeżdżamy z brei, mijamy bufet i moim oczom ukazuje się stromy, lessowy wąwóz, prowadzący pod górę, w dodatku wymyty po środku, wiec nawet podprowadzanie jest trudne, o jeździe oczywiście nie ma mowy. Wdrapuję się krok po kroku z prędkością 2km/h, buty mam coraz bardziej zalepione, co mocno utrudnia wspinaczkę. Jestem pierwszy w kolejce, ale za mną ciągnie się długi sznur kolarzy. Daje się wyczuć napiętą atmosferę. Z każdym krokiem mam coraz bardziej serdecznie dosyć tego wąwozu i tego wyścigu. Chcę po prostu dotrzeć do mety z jak najmniejszą stratą, żeby nie zawalić generalki. Gdy w końcu jestem na górze podchodzę do najbliższego drzewa, stukam podeszwami, i patykiem oczyszczam bloki, udaje się wpiąć i jadę dalej.

Mijamy rozjazd Mega/Giga, dostaję informację, że jestem 31. Open na Mega. Na 30 km zaczyna się jeden z trzech 0,5km podjazdów. Lepiej późno niż wcale, ale w końcu się rozkręcam, noga zaczyna coraz lepiej podawać i odliczam odrabiane pozycje. Widzę przed sobą Damiana. Dochodzę go na podjeździe, ale jest tak błotniście, że obaj prowadzimy. Wypłaszcza się, wskakuję na rower, odskakuję i jestem już 20. Zjazd jednak idzie słabo, Damian ponownie mnie wyprzedza, ale ostatecznie doganiam go przed ostatnim bufetem, w locie łapie dwa banany i na asfaltowym podjeździe dochodzę kolejnych trzech zawodników, m.in Bartka z RKK. Jadę równo i mocno, nie są w stanie siąść na koło, ale kilka minut później doganiają na zjeździe. Gdy dojeżdżamy do kolejnego, tym razem szutrowego podjazdu staję na pedały i ponownie odjeżdżam, wypracowując tak dużą przewagę, że na prostej nie widzę już chłopaków za sobą. Na asfaltowym podjeździe dochodzę kolejnego zawodnika, który niestety ucieka mi po wjeździe w las. Cztery kilometry przed metą zaczyna się ostatni podjazd, początkowo w terenie, później przechodzi w asfalt. Naduszam mocno na pedały, żeby nie dać rywalom złapać kontaktu wzrokowego. Na szczycie już wiem, że mnie nie dogonią, zaczyna się piękny, kręty zjazd asfaltem prawie do samej mety, wspaniała nagroda za ponad trzy godziny trudu. Jadę szybko, dojeżdżam do kładki, gdzie nie wiem jak jechać, jednak stojący w pobliżu ludzie kierują mnie do mety. Ostatni kilometr po płaskim, wjeżdżam do miasteczka zawodów i z czasem 3:21:29 kończę maraton na 14. pozycji Open i 6. w kat M2. Nie mogę uwierzyć, że z początku tak słabo układający się wyścig kończy się dla mnie tak dobrze :)

Miłym akcentem na zakończenie maratonu jest pakiet dla tych, którzy ukończyli, w postaci krówek i izotonika w butelce. Poza tym oczywiście bogaty bufet z wafelkami, pomarańczami i bananami, gdzie goszczę dłuższą chwilę, w międzyczasie rozmawiając ze spikerem i pozostałymi zawodnikami. Gdy docieram do auta odczytuję SMSa z wynikiem, upewniam się co do pozycji Open i kolejny raz miło zaskakuję, bo dopiero teraz dowiaduję się, że jestem 6. w kategorii, zatem będzie pierwsza dekoracja na Cyklokarpatach :) Dobra seria trwa. Pozostały czas upływa na staniu w potwornie długiej kolejce do myjki (nic dziwnego, wszystkie rowery są totalnie zalepione błotem) oraz rozmowach z kolarzami. Atmosfera jest znakomita, wszyscy w dobrych nastrojach czekają na dekorację, która tym razem odbywa się punktualnie. W międzyczasie zajadam się ogromną porcją makaronu, po dekoracji pakujemy rowery na dach i w doskonałych humorach wracamy do Lublina. Gdyby to ode mnie zależało to nie prowadziłbym trasy nieszczęsnym wąwozem, w którym nawet pchanie roweru pod górę było trudne, ale poza tym impreza była świetna. Przemyśl to była totalna porażka pod każdym względem, Wojnicz organizacyjnie był już bardzo dobry, ale w Strzyżowie doszła jeszcze bardzo ciekawa i wymagająca trasa oraz piękna pogoda, co sprawiło, że właściwie był to maraton idealny. Właśnie takich Cyklokarapat oczekiwałem przed sezonem, brawo!

2013.05.12 – Wojnicz – Cyklokarpaty

2013.05.12Wpis ten powinien mieć jeszcze w tytule dopisek „Maraton BEZ blatu, czyli jak przegrać finish 2.0”, ale jako, że przyjąłem inny sposób tytułowania to miał go nie będzie. Może jak kiedyś coś wygram (czyli zapewne nieprędko) to pozwolę sobie na taką ekstrawagancję. Przechodząc do rzeczy to dobry start w Wojniczu wymagał odpuszczenia maratonu w Lublinie, który odbywał się dzień wcześniej. Nie było to zbyt przyjemne rozwiązanie (walczyłbym o podium), ale jedynie słuszne, w przeciwnym razie do Wojnicza jechałbym jako typowy turysta.

Po objeździe przez Tarnów i niesmerfnej przygodzie za Sandomierzem dojeżdżamy do miejsca zawodów, które wita nas niską temperaturą i mżawką. Po sprawnym potwierdzeniu startu w biurze zawodów, leniwie przygotowuję się do startu i wyjeżdżam na rozgrzewkę. Jest tak zimno, że zastanawiam się nad startem w długim rękawie, ale ostatecznie ściągam bluzę i jadę w rękawkach i nogawkach. Wyruszamy punktualnie, od samego początku trzymam się w czubie. Tempo jest spokojne, dzięki temu mogę się dobrze rozgrzać zanim pójdzie ogień. Już po kilkuset metrach zdaję sobie sprawę, że założenie nogawek to nie był dobry pomysł. Peleton się powoli rozpędza, po 10 km zaczynam nieco zostawać, po 12 km jeszcze jestem niedaleko za czołówką, ale z czasem najlepsi znikają mi z pola widzenia. Tasuję się z kilkoma zawodnikami, którzy jadą trochę bez sensu – wychodzą na zmianę próbując zerwać innych z koła, ale nie mają siły utrzymać tempa. Zaczynają się pierwsze podjazdy, gdzie muszę mocno kręcić żeby nie odpaść. Na zjazdach i szerokich odcinkach po płaskim odrabiam jeśli coś wcześniej straciłem i spokojnie łapię się do pociągu. Bardzo parują mi okulary, często mało co widzę, na kamienistej drodze uderzam w jakąś cegłę i chyba tylko jakimś cudem nie łapię snejka. Jeszcze przez kilkanaście minut co chwilę zerkam na tylne koło, zdejmuję też okulary, wychodząc z założenia, że lepiej dostać błotem po oczach niż w końcu przywalić głową w drzewo.

W przeciwieństwie do Przemyśla jest sporo szybkich zjazdów singlami, gdzie na tle konkurentów idzie mi zadziwiająco dobrze. Niestety odkrywam, że nie wskakuje mi blat, więc o ile na technicznych odcinkach w dół jest ok, tak na szybkich zjazdach nie ma mowy o dokręcaniu, przez co wlokę za sobą ogony. Na dosyć długim i stromym podjeździe w lesie wrzucam najwolniejsze przełożenie i wspinam się do góry. Gdy się wypłaszcza chcę wrzucić nieco twardziej, ale mimo oszalałego kręcenie gripshiftem przerzutka ani drgnie. Zatrzymuję się tuż za błotną kałużą, szarpię za wózek, wskoczyło. Tracę jedną pozycję, ale doganiam. Sytuacja powtarza się kilkukrotnie i dwa razy podobna interwencja jest niezbędna. W jednym przypadku nawet ta awaria tylnej przerzutki mi pomaga, gdyż zamiast się zatrzymywać wrzucam środkową tarczę, wstaję na pedały, kilka obrotów na twardo i chłopaki za mną zsuwają się z koła. Jest moc :D Są też niestety kolejne szybkie zjazdy, gdzie mielę ile wlezie na środkowej tarczy (duża wskakuje może ze dwa, trzy razy na całym wyścigu). Nie pomaga to zgubić rywali, nie mówiąc już o gonieniu tych przede mną. Jedyna szansa to atakować pod górę, więc na podjazdach kilka razy mocno staję na pedały.

Przed rozjazdem Mega/Giga dochodzimy kilkuosobową grupkę, trochę się to rwie i po rozjeździe mam ponad 100 metrów przewagi nad następnymi kolarzami. Jadę ostro, wiedząc, że meta już niedaleko, mijam ludzi z Hobby; doskakuje do mnie Wojtek Szustak, który sporą część trasy jechał w okolicach mojej grupki i tak jedziemy do mety. Widzę, że jest słabszy i kombinuję jak rozegrać finish. Jesteśmy już na uliczkach Wojnicza – ostatni kilometr pamiętam z rozgrzewki i na 500m przed metą decyduję się na atak. Zrywam Wojtka z koła, ale 300m przed metą nie wyrabiam się w zakręcie i z powrotem jedziemy we dwójkę. Na końcówce szachy, 100m przed kreską konkurent atakuje, ja młynkuję ile sił, ale ostatecznie przegrywam o pół długości roweru. Jakbym zaatakował dopiero na zakręcie, w którym się nie zmieściłem, to może udałoby się urwać jeszcze jedną pozycję a tak z czasem 2:17:02 skończyłem na 17 miejscu open i 12 w kategorii. Szału niestety nie ma, a szkoda, bo znowu była szansa żeby wylądować gdzieś tuż za czołową 10 open.

Wrażenia po maratonie mam nieco mieszane. Przez problemy ze sprzętem nie wyglądało to do końca tak jak powinno, pozostaje usunąć usterki i walczyć na następnym wyścigu. Co do organizacji maratonu to tym razem zdecydowanie zasługuje ona na pochwałę.  Trasa była ciekawsza niż w Przemyślu i dobrze oznaczona. Z bufetów podczas wyścigu nie korzystałem, ale widziałem, że izotoniki były, więc z pragnienia raczej nie dało się umrzeć. Posiłek na mecie także „eleganski” – banany, pomarańcze i smaczne wafle – tak powinno być za każdym razem. No i ta ogromna porcja przepysznych pierogów – niebo w gębie :) Nie było już na szczęście problemów z wynikami, które dosyć szybko zostały wywieszone. Żenujące jest natomiast, że najlepsi zawodnicy „w nagrodę” znowu musieli czekać bardzo długo na dekorację, podczas, gdy pozostali byli już w drodze do domu. Dziwi mnie, że kolejny raz powtarza się taka sytuacja, mam nadzieję, że organizatorzy w końcu wyciągną wnioski i znacznie przyspieszą ten element imprezy. Następną edycję Cyklokarpat w Kluszkowcach odpuszczam, bo pokrywa się z legendarnymi Nowinami w ŚLR, które chcę w końcu zaliczyć. Powracam w Strzyżowie, gdzie trasa podobno także jest świetna, a ja nabrałem apetytu na jeszcze lepszy wynik. Mocy przybywaj!

Starsze posty «