Archowum tagów: Maratony Kresowe

2014.07.06 – Chełm – Maraton Kresowy

2014.07.06Po kraksie na lubelskiej Vuelcie musiałem opuścić Mazovię 12h i poczekać aż szlify się trochę podgoją. Wystarczyły na to dwa tygodnie, niestety w tym czasie odbyłem zaledwie trzy treningi, w tym dwie półtoragodzinne jazdy w dniach poprzedzających chełmski maraton. Czułem, że nie będzie to dobry start w moim wykonaniu, ale bardzo chciałem wystartować w ten weekend w Maratonach Kresowych. Najlepiej w obu (dzień wcześniej Siennica Różana – Kraśniczyn), ale w piątek po treningu stwierdziłem, że niestety będzie to ponad moje siły i sobotni maraton był pierwszym MK na Lubelszczyźnie, w którym nie wziąłem udziału. Chełma jednak z wielu powodów odpuścić nie mogłem. Po pierwsze dlatego, że potrzebowałem w końcu jakiegoś bodźca po przerwie, mocnej jazdy, dzięki której będę mógł sprawdzić nogę, a do ciężkiego treningu jakoś nie mogłem się ostatnio zmusić. Po drugie dlatego, że od 2011 co roku startuję w chełmskim Maratonie Kresowym, bardzo lubię tę trasę i atmosferę i szkoda byłoby mi z tego zrezygnować. Po trzecie w końcu dlatego, że kilka dni przed startem dostałem od Pani Ani z biura zawodów przemiłego maila z zaproszeniem na weekend z MK. Poczułem się bardzo wyróżniony i już nie było opcji żeby zostać w domu :)

Z małymi przygodami dojechaliśmy do Chełma, gdzie w biurze zawodów zapisałem się i pobrałem gigantyczny chip, który przypominał raczej czarną skrzynkę. Żeby zamontować to stabilnie na widelcu potrzebowałem czterech zipów, ale w końcu ogarnąłem temat. Rozgrzewka przebiegła pomyślnie, tradycyjnie zapoznałem się z końcówką trasy i kilka minut przed startem wjechałem do pierwszego sektora, gdzie stali już m.in. Marek Kulik, Darek Paszczyk i Ola Wnuczek. Chłopaki poza zasięgiem, ale pomyślałem sobie, że jeśli tylko objadę Olkę, która też jest w gazie to już będzie całkiem ok. Odliczanie i jak z procy ruszamy asfaltem lekko pod górę. Ruszam z drugiego rzędu, więc już na początku muszę trochę przycisnąć żeby czołówka mi nie uciekła, ale już na szczycie krótkiego podjazdu wszystko jest pod kontrolą. Wjeżdżamy do lasu, jest trochę błotka, ale tempo wydaje się być spokojne, co mi odpowiada. Spoglądam na pulsometr, 190+, wtf? Owszem, jest ciepło, wręcz upał, co lubię, ale puls i tak jest zbyt wysoki. Droga pnie się lekko do góry, jedziemy singlem, jest dobrze. Dopiero na poważniejszym błotku grupa się trochę rozciąga i zostaję nieco z tyłu. Wysokie tętno się utrzymuje, czuję się jeszcze w miarę ok, ale już widzę, że to będzie bardzo ciężki wyścig.

Sporą część maratonu jadę sam, widzę grupkę przed sobą i za sobą. Gdzieś w 2/3 pierwszej pętli, na podjeździe, oglądam się i widzę jakieś 200m za sobą grupkę z Olą Wnuczek. Wjeżdżam w las, szybkie zjazdy, udaje mi się im uciec. W dół kręci mi się dobrze, pamiętam trasę z poprzednich lat i jadę szybko. Trochę przytyka mnie na podjazdach, ale radzę sobie. Pierwsza pętla pociśnięta, na drugiej zjeżdżamy się we trzech i współpracujemy. Na piaszczystym odcinku jednak muszę odpuścić, bo zaczynają się pierwsze skurcze. Kręcę powoli i miękko, chłopaki odjeżdżają, a ja już nie daję rady dojść. Znowu jadę sam, widzę kilkaset metrów za sobą sporą grupkę. To znowu grupa z Olą. Tym razem prawie dochodzą mnie na brukowym odcinku, ale znowu się spinam, przy okazji dochodzę Marka Kulika, który ewidentnie nie ma dnia, odpalam rakietę i na zjeździe znowu powiększam przewagę.

Niestety nogi coraz bardziej dają o sobie znać. Znowu jestem w lesie, do mety 5-6km, 100m. przed podjazdem skurcze dopadają mnie na dobre. Zeskakuję szybko z roweru, kładę się na ziemi i wprost wyję z bólu. Skurcze są potworne, gdy odpuszcza jeden mięsień to zaczyna drugi, gdy jedna noga się uspokaja, druga rwie z całej siły i tak w kółko. Nogi mam twarde jak kamień, krzyczę na cały las, mijają mnie kolejni zawodnicy: Marek, Grzesiek Orzeł, Olka i jej cała grupka, dublowani wcześniej zawodnicy z półmaratonu. Dramat, nigdy czegoś takiego nie miałem. Ogarniam się dopiero po jakichś 5 minutach, ale mam wrażenie, że straciłem wieczność. Zaczynam powoli jechać, po kilku minutach doganiam Marka, jedziemy razem, świetnie mi się za nim zjeżdża, na jednym z podjazdów go nawet poganiam, żeby za chwilę doświadczyć nawrotu skurczów. Na szczęście nie w tak ekstremalnej postaci. Wystarcza zejście z roweru i chwila prowadzenia. Wskakuję na maszynę i kontynuuję jazdę, do mety jest około 1-2km. Kreskę przekraczam z czasem 3:02:12, co jest jakimś totalnym nieporozumieniem. Jestem 33. open i 17. w elicie. Po prostu dramat, jestem załamany i mam wisielczy humor do końca dnia.

Pierwszy start po przymusowej przerwie, wymuszonej przez kraksę w Parczewie okazał się pomyłką. Mam nadzieję, że więcej takich wpadek w tym sezonie nie będzie. Na plus zaliczam jak zwykle świetną atmosferę Maratonów Kresowych i jeszcze raz dziękuję Pani Ani z biura zawodów za zaproszenie :) Mimo słabego wyniku fajnie było poczuć ten klimat, jeśli za rok wszystko dobrze się ułoży to na pewno z przyjemnością zaliczę kolejne Maratony Kresowe na Lubelszczyźnie.

2013.09.28 – Mielnik – Maraton Kresowy

2013.09.28Ponieważ miałem już pewne I miejsce w generalce elity w Pucharze Lubelszczyzny to start w Mielniku uzależniałem od samopoczucia przed wyścigiem. Spakowałem wszystkie graty, wstawiłem rower na dach i z Łukaszem i Kaśką wyruszyłem nad Bug. W trakcie podróży aura nie zachęcała i byłem prawie pewien, że odpuszczę start i nie będę męczył nogi przed finałem ŚLR. Na miejscu zaczęło się jednak powoli przejaśniać, a atmosfera wyścigu zaczęła mi się coraz bardziej udzielać. Pół godziny przed wyścigiem wyszło piękne słońce i nie było już żadnej wymówki: jadę, ale dla odmiany półmaraton, 30km! Ponieważ nie jadłem śniadania szybko wpakowałem w siebie dwa banany, przebrałem się i pokręciłem chwilę, bo na prawdziwą rozgrzewkę nie było już czasu. Przy zapisach udało mi się załatwić u sędziów pierwszy sektor, niestety z zastrzeżeniem, że staję na końcu.

Najpierw startuje długi dystans, dziwne uczucie, że mnie tam nie ma. Podjeżdżam do sektora i razem z Andrzejem i Filipem czekam na start. Przed nami kilkadziesiąt osób, które jak najszybciej trzeba będzie wyprzedzić. Kilkadziesiąt metrów po płaskim i na dzień dobry sztywny, terenowy podjazd. Zaraz po starcie przebijam się trochę do przodu, na podjeździe ogień i na szczycie jestem już w Top5 :) Łatwo poszło, ale dwóch pierwszych odjeżdża. Po krótkim wypłaszczeniu ciąg dalszy wspinaczki, tym razem dużo dłużej, ale mniej stromo i po asfalcie. Mam trochę straty do Andrzeja, ale sprężam się i łapię koło, za mną Filip, tempo jest mocne.

Wjeżdżamy w teren, doskakuje do nas jeszcze kilka osób, m.in Branio, zjeżdżamy. Na kolejnym podjeździe Andrzej odskakuje, my jedziemy we czterech, ciągle jest piekielnie szybko. Na łatwym zjeździe, przy ok. 40km/h tuż przede mną kolizja, rower Filipa zalicza kilkumetrowy lot, udaje mi się nie wjechać w chłopaków, ale muszę bardzo zwolnić żeby ich ominąć. W tym momencie dojeżdża i wyprzedza mnie Branio z kimś na plecach. Zaginam się i po kilku minutach doganiam, długo jedziemy we trzech i zaczynamy dochodzić tyły długiego dystansu, co nie ułatwia płynnej jazdy. Dogania nas dwóch zawodników, cały czas jest bardzo szybko, ale jadę bardzo mądrze i zaczynam czuć się coraz lepiej. Staram się utrzymywać wysokie tempo, żeby trochę przerzedzić grupę, a przede wszystkim nie dopuścić do jej powiększenia. Mocne zmiany dużo mnie kosztują, ale kilka kilometrów do mety Branio daje bardzo dobrą i długą zmianę i mogę chwilę odpocząć.

Jakieś 2km przed kreską jest lekki terenowy podjazd, jadę tuż za Tomkiem, gdy jesteśmy już prawie na szczycie momentalnie przyspieszam i w dół jadę już pierwszy, dokręcając ile sił. Terenowa ścieżka przechodzi w asfalt, na liczniku grubo ponad 50km/h, oglądam się za siebie i widzę, że zrobiłem sporą przewagę. Koniec zjazdu, agrafka, wjeżdżamy na ostatnią prostą, znowu teren. Za sobą widzę pogoń, nogi płoną, ale nie zamierzam dać się wyprzedzić na ostatnich metrach. W myślach krzyczę powiedzenie Voigta: Shut up legs! Pomaga, przede mną ostatni podjazd, w połowie doskakuje do mnie jeden zawodnik i wyprzedza o koło, ale ja naprawdę nie zamierzam dać się wyprzedzić na ostatnim podjeździe. Shut up legs! po raz kolejny, dwa szybsze obroty korbą i gość spływa. Mocno kręcę do końca i wjeżdżam na metę 2sek przed Braniem, z czasem 1:07:58, 5. open i 2. w elicie. Za kreską bardzo szczęśliwy z wyścigu staram się dojść do siebie. Dochodzę do wniosku, że chyba dobrze, że nie zjadłem śniadania, bo pewnie wylądowałoby gdzieś na ziemi, a tak po kilku minutach wsiadam na rower i udaję się na krótki rozjazd ;) Cieszę się, że zdecydowałem się na start, niespodziewane podium to bardzo miły akcent na zakończenie sezonu.

W Mielniku może nie było szczególnie trudno i pagórkowato, ale mimo wszystko jechało się bardzo przyjemnie, a trasa bardzo przypominała mi ścieżki z Gwiazdy Mazurskiej. Sama organizacja maratonu na piątkę. Bardzo ładne położenie, dobrze oznaczona trasa. Na minus można zaliczyć brak oznaczeń dojazdu do biura zawodów, wiele ekip długo kluczyło po Mielniku, warto to poprawić na przyszłość. Na koniec chcę napisać kilka słów o nagrodach. Uważam, że jeśli ktoś nie ma kasy na nagrody godne takiej imprezy to niech lepiej pozostanie przy samych pucharach i nie robi sobie ani zawodnikom wstydu wsadzając do torby podkładkę pod mysz i jakiś „kalkulator”. Nie jeżdżę na wyścigi dla nagród, ale gdy zszedłem z podium i zacząłem oglądać nagrody to poczułem się po prostu zażenowany. Jeśli organizator to czyta to niech sobie weźmie do serca tę uwagę i na przyszłość nie ośmiesza siebie i zawodników. Do tego przydałoby się rozdzielić start maratonu od półmaratonu o co najmniej pół godziny, bo dystanse zbyt szybko się zjeżdżają. Nie licząc tych kwestii to Maratony Kresowe zrobiły na mnie dobre wrażenie. To impreza dosyć niszowa, ale jednocześnie profesjonalnie zorganizowana i z roku na rok ciesząca się coraz większą popularnością. Jeśli kalendarz na przyszły rok będzie mi pasował to chętnie stanę do walki o obronę Pucharu Lubelszczyzny XCM w elicie :)

2013.08.18 – Kraśniczyn – Maraton Kresowy

2013.08.18Kraśniczyn czy Łagów, Łagów czy Kraśniczyn?  To pytanie zadawałem sobie przez kilka dni. Obie miejscowości debiutowały na mapie maratonów i w obu ściganie zapowiadało się wyjątkowo. Z jednej strony zapowiedź najtrudniejszej w sezonie trasy i gwarancja świetnej organizacji spod znaku ŚLR. Z drugiej strony wielka niewiadoma, której największym atutem miała być wymagająca (podobno nie tylko jak na warunki Lubelszczyzny i Maratonów Kresowych) trasa. W piątek zapada decyzja: trzeba wspierać lokalne inicjatywy, jadę do Kraśniczyna na trzeci wyścig Pucharu Lubelszczyzny w maratonie MTB :)

Na miejscu mnóstwo znajomych twarzy (Rowerowy Lublin, Nocny Patrol, MayDay, Erkado, Obst) i świetna pogoda, zapowiada się super ściganie. Ustawiam się na przedzie sektora i ruszamy. Początek w miarę spokojny i po asfalcie, jadę w czubie i po wjeździe w teren się w nim utrzymuję. Na szczycie podjazdu jadę około 10 miejsca, ale podczas zjazdu kurzy się niesamowicie, niewiele widzę i na dole dochodzi mnie kilka osób. Zaczynają się podjazdy w wąwozach i zjazdy leśnymi singlami, jest bardzo malowniczo. Po kilkunastu kilometrach formuje się pięcioosobowa grupka, z Robertem Turakiem i Tomkiem Małasiewiczem. Co jakiś czas odjeżdżam do przodu, ale się zjeżdżamy. Jadę naprawdę mocno, noga podaje jak mało kiedy. Rzadko schodzę ze zmiany, bo zależy mi na dogonieniu zawodników przed nami, a reszta grupy nie pracuje aż tak mocno i czuję, że mnie spowalnia. Zaczynam coraz bardziej myśleć o tym, żeby zerwać ich z koła i gdy tylko nadarzają się okazje przyspieszam, szarpię, poprawiam, ale na niewiele się to zdaje. Odjeżdżam na jednym z niebezpiecznych zjazdów, gdzie jadę na pograniczu ryzyka i głupoty, wpadając co chwilę w koleiny i ledwo broniąc się przed upadkiem. Tam robię ze 20-30 sekund przewagi, ale po kilku minutach pociąg mnie dochodzi i znowu jedziemy razem.

Nie rezygnuję ze skoków i na krętym odcinku ponawiam atak, zachęcając Roberta do pomocy. Ten daje mocną zmianę i znowu odjeżdżamy, ale maksymalnie na kilkanaście sekund, po czym grupa się zjeżdża. Za ostatnim bufetem trasa wiedzie lekko pod górę i tam wychodzi agresywna jazda przez cały maraton. Pierwszy raz w sezonie dopadają mnie skurcze, muszę zwolnić a grupa odjeżdża. Do mety zostaje 10km, a ja walczę o jak najszybsze odblokowanie nóg. Wiem, że już nie dogonię mojej grupy, ale staram się przynajmniej zredukować stratę i uciec zawodnikom za mną. Tuż przed długim zjazdem w wąwozie dogania mnie Владимир Богуш ;) i w dół lecimy obaj na pełnym gazie. Na dole wjeżdżamy na asfalt, gdzie motywacyjny okrzyk spośród kibiców rzuca ArtiArt. Siadam na koło Białorusinowi, który jedzie na tyle szybko, że w połowie kolejnego podjazdu znowu odzywają się skurcze, zwalniam ponownie. Gdy problemy mijają przede mną i za mną nie widzę już nikogo i myślę tylko o dowiezieniu swojego miejsca do mety.

Pedałuję mocno, dojeżdżam do zjazdu, a tam cała naprzód. Niestety na dole okazuje się, że pomyliłem trasę. Wściekłość miesza się ze zwątpieniem, ale postanawiam wdrapać się z powrotem na górę i walczyć do końca. Po dwóch minutach jestem z powrotem na trasie na długim i szybkim zjeździe. W oddali widzę charakterystyczną sylwetkę Oli Wnuczek, co natychmiast motywuje mnie do szybszej jazdy. Ani razu w tym sezonie nie objechała mnie kobieta i wolę żeby tak zostało. Kręcę jak oszalały i stopniowo zbliżam się do Olki, licząc na to, że wystarczy mi sił i dystansu, żeby ją dogonić. Udaje mi się to na ostatnim terenowym odcinku, około kilometr przed kreską. Rozmawiamy chwilę, wyjeżdżamy na asfalt, przyciskam mocniej, zyskuję małą przewagę i na metę wjeżdżam dosłownie kilka sekund przed zawodniczką Hetmana Lublin. Jestem 14. w elicie i 24. open z czasem 2:57:12. Zgubienie trasy kosztowało mnie około trzy minuty i stratę dwóch pozycji, taktyka polegająca na szarpaniu i próbie zgubienia konkurentów znacznie więcej. To jednak na na takich wyścigach jest okazja do pojechania w nietypowy sposób i wypróbowania nowych rzeczy. Mimo, że czułem się bardzo dobrze to tym razem się nie udało. Cieszy natomiast to, że praktycznie zapewniłem sobie I miejsce w elicie w Pucharze Lubelszczyzny :)

Osobny wpis należałoby poświęcić organizacji tego maratonu. Przed startem dało się słyszeć huczne zapowiedzi epickiej trasy i tego, że organizacja będzie stała na wysokim poziomie. Co do trasy to Gello1 (Grzesiek Szpak) wykonał kawał świetnej roboty. Okolice Kraśniczyna i Skierbieszowski Park Krajobrazowy są piękne i znakomicie nadają się na rower. Przez cały maraton miałem poczucie, że wszystko co najlepsze w zasięgu wzroku znajduje się właśnie na trasie. O to chodzi! Co do całej otoczki wyścigu to rzeczy, które zastałem w Kraśniczynie przeszły moje najśmielsze oczekiwania, a przecież zaliczyłem już w życiu trochę wyścigów. Dziesiątki wolontariuszy na trasie i w miasteczku kolarskim, suto zastawione bufety z ciastami, upieczonymi przez lokalne gospodynie i w ogóle całe zaplecze i zaangażowanie wszystkich ludzi robiły ogromne wrażenie. Wisienką na torcie była możliwość skorzystania z bezpłatnego masażu, z czego nie omieszkałem skorzystać :) Ogromne podziękowania dla Ani Kędry, która koordynowała to ogromne przedsięwzięcie, była wszędzie i pilnowała, żeby wszystko zagrało tak jak trzeba. I zdecydowanie zagrało, brawa! Jeśli kiedyś podejmę się organizacji jakiejś dużej imprezy sportowej to będę chciał, żeby wyglądała właśnie jak Maraton Kresowy w Kraśniczynie! Na pewno zostanie on w pamięci wszystkich zawodników bardzo, bardzo długo :)

2013.07.28 – Urszulin – Maraton Kresowy

2013.07.28

Żar z nieba, piasek, pojezierze. To nie jest wstęp do opisu wakacji, ale pierwsze wrażenia jeśli chodzi o maraton w Urszulinie. Do tego nuda, płasko jak na stole i jeszcze więcej piasku, jeszcze więcej żaru i jeszcze więcej nudy. 67 kilometrów i jeden dwumetrowy podjazd (pokonywany dwukrotnie) mówią same za siebie. 65 metrów przewyższenia, które wskazał Polar to wynik, który wydaje mi się dziesięciokrotnie zawyżony. Mimo płaskiej trasy zaplanowałem start w Urszulinie, bo to kolejna edycja Pucharu Lubelszczyzny w maratonach MTB. W dodatku Urszulin leży blisko, więc startuje wielu znajomych, co zawsze działa mobilizująco i dodaje maratonowi uroku.

Na miejsce maratonu zajeżdżam z Maćkiem i Weroniką, klimatyzowanym Accordem kombi, zakupionym specjalnie do wożenia się na wyścigi. Trzy osoby i trzy rowery w środku wchodzą bez specjalnych pieszczot. Wiadomo, że do prestiżu Paska od Mirasa z placu jeszcze daleko, ale już Astra się nie umywa ;) W Urszulinie sauna, grzeje mocno, zapowiada się wyścig w moich ulubionych warunkach. Strategia na maraton jest prosta, ogień od startu i jak najdłużej w pierwszej grupie. Tym razem już pierwszy sektor, kładę rower na ziemi, prawie pod samą taśmą, staję w cieniu i popijam izo z kubeczka. Bukłak zatankowany pod korek czeka na wyścig. W taki upał liczy się każda kropla. Wyliczenia prawie jak w Formule 1, planuję max. 2,5h jazdy i na tyle musi mi wystarczyć prowiantu.

Start chwilę po 11 i od razu pierwszy bufet, składający się z tumanów pyłu, wzbijanego przez pędzący peleton. Jadę jakoś mało agresywnie, tu wpuszczam jedną osobę, tam dwie i po kilku minutach z przodu jedzie już ponad 30 chartów, którzy naciągają coraz mocniej. Chłopaki przede mną puszczają koło i nie ma szans dospawać, robi się nieciekawie. Tradycyjnie na początku maratonu mi nie styka i jedzie się jak w piekle. Widok Ifsona i Gella w mojej grupie także nie napawa optymizmem, ale może dzięki temu mam siłę żeby kręcić. W drugiej połowie pierwszej pętli formuje się kilkuosobowy skład i tak jedziemy przez kilkanaście kilometrów. Około 30. kilometra zaczynam dochodzić do siebie, na piaszczystym odcinku w lesie wychodzę na zmianę i podkręcam tempo. Chłopaki nieco zostają, ale trzech jeszcze doskakuje i tak gonimy przez kolejne kilkanaście kilometrów, dochodząc najszybszego zawodnika Obsta.

Na bufecie chwytam w locie kubeczek z izo, piję do dna i postanawiam urwać chłopaków, którzy chyba za bardzo wiozą się po kołach. Kilka mocniejszych obrotów korbą i oddalam się nadspodziewanie łatwo. Plan okazuje się genialny w swojej prostocie, podkręcam jeszcze tempo i po kilku minutach widzę przed sobą kolejnych zawodników. Dojeżdżam, wyprzedzam, odjeżdżam, sytuacja powtarza się jeszcze ze dwa razy. Na zjeździe z pętli doganiam ostatnią dwójkę, siadam na koło i odpoczywam przed finishem. Chłopaki są już mocno ujechani, bo ich tempo nie powala, wybieram odpowiedni moment, na kilometr do mety wyskakuję im zza pleców i niezagrożony dojeżdżam do mety. 2:32:43, 17. Open i 8. w Elicie. Jak na taką trasę jestem umiarkowanie zadowolony, szkoda jednak przespanego początku, byłaby szansa na kilka oczek wyżej.

Dekoracja i tombola niestety nie upłynęły w sielankowej atmosferze. Maciej Gąsiewski, jeden z zawodników drużyny Mapei, nie dał rady trasie, zasłabł i zmarł po długiej reanimacji. O tragedii dowiedzieliśmy się od innych zawodników w trakcie oczekiwania na dekorację. Niepoinformowanie o tym zdarzeniu było poważną wpadką organizatora, zabawa toczyła się dalej a prowadzenie imprezy odbywało jak gdyby nigdy nic. Myślę, że nie tak powinno było to wyglądać. Jeśli już mowa o niedociągnięciach organizatorskich to na krytykę zasługuje totalny brak owoców i napojów na mecie. W dodatku końcówka zawodników na dystansie Maraton nie załapała się na wodę na drugim bufecie. Niedopilnowanie tak podstawowej sprawy jest po prostu skandalem, jeśli mnie by spotkało coś takiego to na wzmiance w relacji na podrzędnym blogu rowerowym by się nie skończyło. Maraton zaliczam do udanych tylko ze względu na przyzwoity wynik, ładną pogodę i przede wszystkim ludzi, których miałem okazję spotkać w miasteczku kolarskim. Bardzo fajnie, że kolejny raz sporo osób skorzystało z okazji sprawdzenia swoich możliwości w lokalnym wyścigu, to naprawdę cieszy :)

Starsze posty «