Archowum tagów: Podium

2017.06.18 – Nowiny – Poland Bike

Dzień po triathlonie w Białce kolejna odsłona Poland Bike’a, można powiedzieć, że tym razem także maraton w domu, bo koło Kielc, w kultowych Nowinach :) Bardzo zależało mi żeby dobrze na nim wypaść i parząc na profil była na to większa szansa niż na płaskiej trasie w Lublinie.

W Nowinach pojawiłem się bardzo wcześnie i zacząłem leniwe przygotowania do startu. O tym, że wyścig startuje o 12:30, a nie o 12 przypomniałem sobie dopiero podczas rozgrzewki. Tym razem pilnowałem już wejścia do pierwszego sektora, żeby nie popełnić błędu z Lublina, gdzie stałem daleko i już na początku niepotrzebnie straciłem wiele sił na przebijanie się do czuba. Skończyło się na pierwszej linii, więc na fotkę też się załapałem.

I stoję tak sobie w tym sektorze, smażę się na słońcu i myślę sobie: „po co ci to?” :) Łeb mnie boli od rana, może nie jakoś bardzo, ale coś jest jednak nie tak. W dodatku zaczyna mi się robić jakoś słabo, nie przejechałem jeszcze ani metra, a już jestem zmęczony. No jak w Dniu Świra zaraz po przebudzeniu. K*** mać. Szybka analiza samopoczucia: raczej nie padnę, więc trzeba jechać, jak wyścig ruszy to będzie lepiej.

Start, organizm się rozkręca, będę żył. Na pierwszym, asfaltowym podjeździe jest ciężko, ale na singiel prowadzący na górę Trupień wjeżdżam niedaleko za pierwszą dychą. Wszyscy grzecznie, nikt nie próbuje wyprzedzać po krzakach. Mielimy. Na pierwszych kilometrach szału nie ma, staram się trzymać fason, ale wymaga to sporo wysiłku. Długo jadę z Tomkiem Posadzy. Tomek jak kopara, ma zdrowie, ja trzymam mu koło, czasami daję krótkie zmiany. Stawka jest rozciągnięta, oprócz nas w grupce w porywach do trzech osób. Po kilkudziesięciu minutach dochodzimy na jednym ze sztywnych i piaszczystych podjazdów kilku zawodników, którzy muszą skapitulować. Wyprzedzamy, przy trasach ŚLR takie sztajfy nie robią na nas wrażenia :D

 

Kilka kilometrów przed rozjazdem zaczyna kusić mnie zjechanie na krótszy dystans i łatwe podium Open. Średnio czuję się na siłach dymać drugie kółko. Na szczęście nie pękam i ambicja bierze górę. Lecę planowo na najdłuższy dystans. I tutaj niespodzianka: z kilometra na kilometr zaczynam się wkręcać. Noga podaje coraz lepiej. Dochodzimy grupkę z Łukaszem Góralewskim. Kolejne mocne i silne chłopaki muszą stawić czoła grawitacji, co sprawia, że szanse nieco się wyrównują :) Tomek strzela, jeden z zawodników na podjeździe odjeżdża i na ostatnie kilometry zostaję sam z Łukaszem.

5km przed metą zaczynam zostawać i Łukasz też odjeżdża. Do ostatniego zjazdu dowożę bezpiecznie swoją przewagę na kolejnymi zawodnikami, później już praktycznie tylko zjazd do mety, runda po stadionie i wpadam na metę z czasem 2:14:47. Jestem 10. open i 3. w M3. O ile open można powiedzieć, że plan minimum został wykonany, tak M3 jest tak silnie obsadzona, że w ogóle nie liczyłem na pudło, a tutaj taka niespodzianka. Było warto zostać na trasie zamiast zjeżdżać na krótki dystans :)

Podsumowując: nie zapowiadało się, że pojadę tak dobrze, ale trasa w Nowinach po raz kolejny okazała się szczęśliwa. To mój trzeci maraton Poland Bike w tym sezonie i jestem pod wrażeniem jak profesjonalnie jest to zorganizowana impreza. Ogromne brawa dla Grześka Wajsa i całej ekipy, wasze maratony to prawdziwe kolarskie święto dla całych rodzin. Można dyskutować czy trasy nie są zbyt łatwe (nawet ta w Nowinach) i czy to prawdziwe MTB, ale ja rozumiem, że jest to robione dla określonej grupy docelowej. Ja wolę jak jest trochę trudniej, ale profesjonalizm tego przedsięwzięcia i atmosfera sprawiają, że i tak chce się na Poland Bike przyjeżdżać. Na końcu i tak wygrywa najlepszy :)

2017.01.15 – Janów Lubelski – Biały Kruk MTB

Od kilku lat kalendarz zawodowców staje się coraz bardziej napięty także w okresie zimowym, który tradycyjnie przeznaczony był na odpoczynek i budowanie formy przed nowym sezonem. Amatorskie wyścigi także idą tym tropem i mimo mrozu i śniegu wyścigowa karuzela trwa w najlepsze. Przy dalekich wyjazdach na przełaje maraton w Janowie Lubelskim to praktycznie impreza pod domem.

Na wyścig jadę z Damianem, z którym pracuję na co dzień w MetroBikes.pl. Na miejscu liczne grono naszych klientów z Janowa, którzy nam zaufali i postawili na rowery Speca :) Rozpoznajemy się i jest bardzo miło. Tym bardziej chcę się pokazać z dobrej strony i wygrać ten wyścig. Objeżdżamy początek i koniec trasy, miejscami śniegu jest tyle, że trzeba biegać. Trochę stresuje mnie fakt, że nie zmieniłem opon na agresywniejsze, ale i tak jestem dobrej myśli.

Na starcie obok kilku mocnych zawodników z Lublina staje też zwycięzca Tour de Pologne z 2003 roku i szef Mazovii – Cezary Zamana. Daleko mu do dziadka, który po zakończeniu kariery nie wsiada na rower – widać, że gość regularnie jeździ i będzie się dzisiaj liczył. Na pewno wszyscy (ja także) są ciekawi jak wypadną w porównaniu z takim zawodnikiem.

Ustawiam się w pierwszej linii, start punktualnie, ciśniemy. Od razu wychodzę na czoło, bo wiem, że chwilę po starcie będzie stromy podjazd, a raczej podbieg. Na górze jestem pierwszy, ale problemy z wpięciem w pedały sprawiają, że na zjeździe wyprzedza mnie kilka osób i formuje się pierwsza ucieczka z Robertem Sawą i Jerzym Rostkiem na czele. Ja na kolejnym podbiegu wyprzedzam Damiana i Zamanę, później Emila Jońskiego i wraz z Andrzejem Miszczukiem tasujemy się w pogoni za uciekającą dwójką. Na śliskim zakręcie przewracam się i od tej chwili postanawiam jechać bardzo uważnie, bo każde wypięcie z pedałów to kilkadziesiąt sekund straty. Śnieg momentalnie przymarza i zapycha bloki, które trzeba solidnie ostukać o pedał zanim się w nim zakleszczą.

 

Chwilę późnij wyprzedzam Andrzeja i kolejny raz rzucam się w pogoń. Jedziemy już po trochę bardziej przejezdnej drodze, więc można się bezpieczniej rozpędzić. Szybko dochodzę liderów, ale zamiast usiąść im na koło jadę swoim torem obok nich i obserwuję. Prędkość nie jest powalająca, więc postanawiam lekko podkręcić tempo. Oglądam się za siebie i widzę, że zaczynają zostawać co jeszcze bardziej mobilizuje mnie do żwawszej jazdy. Ku mojemu zaskoczeniu po kilku minutach mam już na tyle sporą przewagę, że ledwo widzę ich za sobą. Od tego momentu zaczyna się już naprawdę mocna jazda, bo nie zamierzam dać się doścignąć. Przewaga jest na tyle duża, że mam szansę zupełnie zniknąć im z zasięgu wzroku co zresztą szybko mi się udaje.

Jadę mocno, ale przede wszystkim skupiam się na płynnej jeździe i unikaniu błędów. Na długich prostych upewniam się, że mnie nie widzą i dokładam do pieca, na technicznych fragmentach skupiam się na utrzymaniu w siodle. W międzyczasie mijam trochę osób, które wybrały się na spacer. Odnoszę wrażenie, że wszyscy wiedzą o imprezie, dopingują, gratulują prowadzenia. Mijam też kilku fotografów. Bardzo fajnie, że organizatorzy zadbali o to, żebyśmy mieli pamiątkę z takiego wyścigu. A fotki na pewno będą super, bo malowniczo, biało, pięknie. Temperatura poniżej zera, ale słońce i zero wiatru. Wspaniała pogoda na rower! W nogi jest mi nawet za ciepło, bo okazuje się, że przed startem zapomniałem zdjąć spodni rozgrzewkowych :D

Około dwudziestego kilometra jazda robi się mniej płynna, przepycham korby byle jechać dalej, ale wszystko jakby w miejscu. Trudniejsze fragmenty muszę nawet przebiegać, bo jak już się zatrzymam to nie sposób ruszyć. Przytrzymuję się drzew żeby obstukać bloki, ale gdy ruszam znowu grzęznę. Pojawia się lekki stres i obawy, że za chwilę mnie dojdą. Biorę się jednak w garść i zaczynam znowu jechać płynnie. Dojeżdżam do miejsca, które już widziałem na rozgrzewce, co oznacza, że do mety mam trzy kilometry. Pokonuję mostek, jeszcze jeden krótki kawałek z buta i spotykam kulig. Ci ludzie też wiedzą o wyścigu, dziwią się, że już jest pierwszy zawodnik. Ja po raz kolejny oczyszczam bloki ze śniegu i ogień na metę. Na długiej prostej nie widzę nikogo za sobą i już wiem, że zwycięstwo mam w kieszeni. Ostatni podbieg, płaski odcinek w kopnym śniegu i zjazd do mety.

Na kreskę wjeżdżam z rękami uniesionymi do góry, plan wykonany, zwyciężyłem w całym wyścigu. 1:22:05 – tyle zajęło mi pokonanie 26km śnieżnej, malowniczej trasy w lasach janowskich. Na mecie dostaję pamiątkowy medal i pozuję przez chwilę do zdjęć (jest fejm!), bo kolejny zawodnicy przyjeżdżają dopiero po ok. 5 minutach :) To naprawdę świetne uczucie zwyciężyć i to w dodatku po solowym odjeździe. Super sprawa na początek roku!

Na koniec muszę koniecznie napisać kilka słów o organizacji tego wyścigu i będą to słowa jak najbardziej pochlebne. Bike Club Janów Lubelski pokazał jak się robi wyścigi – od początku do końca wszystko było zapięte na ostatni guzik. Porządna reklama w sklepach rowerowych i na fejsbooku – to podstawa. Wpisowe dychę, za którą w pakiecie banan, baton, kubek i trwały, solidny numer na kierę. Dobrze oznakowana trasa, obfity bufet na mecie (był nawet grzaniec!) i co najważniejsze bardzo życzliwi i pomocni ludzie. Właśnie tacy pasjonaci robią najfajniejsze imprezy, gratulacje! :)

2016.11.05 – Nielubia – Puchar Polski CX

2016-11-05Decyzja żeby jechać 8 godzin (ponad 550km)  na wyścig który trwa 40 minut zapada w środę. Planujemy wyjazd o 19:30 w piątek, nocleg gdzieś na trasie i z rana dalszą część drogi w okolice Głogowa.

W sobotę do Nielubi docieramy po 11, późno, ale zapisujemy się i oglądamy trasę. Zapowiada się wyścig na kształt Mazovii, tylko dużo krótszy. Po przebraniu się mam niewiele czasu na rozgrzewkę i niestety już bez możliwości objechania rundy. Kręcę więc trochę po asfaltach i części  trasy, która jest najbliżej startu/mety.

Wyścig się trochę opóźnia, staję na linii startu, na szczęście w pierwszym rzędzie, czyli będzie dużo łatwiej niż ostatnio w Mikołowie. Sygnał sędziego i jedziemy! Niestety, ale nie trafiam od razu w pedał i trochę zostaję, ale łapię się na końcu pierwszej grupki i tak jedziemy. Droga prowadzi ciągle szutrem. Jest bardzo wąsko i nerwowo, w dodatku pod wiatr, każdy walczy o pozycję. Szutrówka wydaje się nie kończyć, w pewnym momencie mam nawet wrażenie, że chyba pomyliliśmy trasę, bo jesteśmy gdzieś w szczerym polu.

Po 1,5km droga wreszcie zakręca, po chwili długi i szybki zjazd, zakręt w lewo i najbardziej wymagający odcinek, bo nierówny i prowadzący po trawiastej drodze, przypominającej miedzę. Kolejny skręt w lewo, znowu kilkusetmetrowa prosta, tym razem z kilkoma błotnymi kałużami i skręcamy w prawo na mającą ponad kilometr prostą w kierunku miasteczka kolarskiego. Tutaj jest z wiatrem i kręci się na najtwardszych przełożeniach, a prędkość jest powyżej 40km/h.

Końcówka rundy to zwężenie i trochę błota, późnij odcinek trawiasty z trzema przeszkodami, jeszcze trzy zakręty i prosta start-meta. Taka to właśnie trasa. Po pierwszym kółku nasza grupa liczy chyba 8 osób, na drugim zostaje zredukowana do sześciu i pod koniec tej rundy atakują bracia Bieniasze. Niestety ktoś puszcza koło i odjeżdżają. Na najdłuższej prostej próbuję jeszcze doskoczyć, ale zawieszam się między grupami i nie daję rady. Odjeżdżają i jasne jest, że zostaje tylko walka o trzecie miejsce. Trzecią rundę przejeżdżamy dosyć wolno i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu na początku kolejnego kółka, po 29 minutach słyszę dzwonienie na ostatnią rundę. Szok, bo w takich okolicznościach wyścig na pewno skończy się poniżej 40 minut.

 

Doskakuje do nas trzech zawodników. Tempo momentami jest ekstremalnie wolne. Na końcu długiej prostej wychodzę na zmianę i lekko przyspieszam żeby na miedzę wjechać z przodu. Plan udaje się idealnie, jadę drugi, trzymam tempo lidera naszej grupki i zbieram siły. Gdy wychodzimy na ostatnią prostą do miasteczka momentalnie atakuję i jadę wszystko co jest pod nogą. Oglądam się, puścili koło i zostają. Przyspieszam, ośka-blat i cisnę, trzecie miejsce jest na wyciągnięcie ręki. Na końcu prostej jestem pewien, że już mnie nie dogonią, mam kilka sekund przewagi i spokojnie dowożę to do końca. Na metę wjeżdżam po niecałych 39 minutach ścigania, ponad pół minuty za zwycięzcami. Jestem trzeci open i drugi w Masters I.

To był wyścig, który pojechałem bardzo dobrze. Strasznie wkurzyłem się, że nie odjechałem z chłopakami, którzy wygrali, ale po tym jak rozegrałem ostatnią rundę mogę być bardzo zadowolony :)  Fajnie stać na podium Pucharu Polski :) Szkoda tylko, że cała zabawa nie miała nic wspólnego z wyścigiem przełajowym. Najważniejsze jednak, że naładowałem się dobrą energią przed kolejnymi startami, bo za tydzień dwa ważne wyścigi – Szczekociny i Koziegłowy. Tomek, Szymek, Świeżak – dzięki za wspólny wyjazd, ponad 1100km i ładnych kilkanaście godzin jazdy, ale było warto! :)

2016.10.08 – Puławy – XC

O2016-10-08statni wyścig w sezonie letnim to Grand Prix Puław MTB. Pogoda już mocno jesienna, zimno, ślisko i średnio mi się chce, ale jadę. Na miejscu wcale nie lepiej, gdy przebieram się w strój dygoczę z zimna. Na rozgrzewkę ubieram się ciepło i dwie zapoznawcze pętelki  nastrajają mnie bardzo pozytywnie. Robi się cieplej, na trasie nie ma błota, jest za to kilka podjazdów i nawet jeden podbieg. Będzie dobrze!

Do przejechania 8 rund po 2,1km. Ustawiam się na starcie, zdejmuję bluzę, długie spodnie i okulary, znak i jedziemy! Szybko wpinam się w pedał i startuję bardzo dynamicznie. Oprócz mnie podobny czas reakcji ma tylko Janek, za nim wjeżdżam do lasu, ale od razu go wyprzedzam i włączam tryb „ucieczka”. Pierwszą rundę jadę bardzo mocno i wypracowuję na tyle dużą przewagę, że dopiero gdy zjeżdżam z boiska widzę zawodników za sobą, którzy na nie wjeżdżają.

Kolejne okrążenia także cisnę mocno, już od 2-3 rundy nie widzę za sobą nikogo, nawet gdy zjeżdżam z boiska to z tyłu jest czysto. Technicznie jadę idealnie, redukuję w porę, dynamicznie i płynnie pokonuję zakręty i rozkręcam mocno na prostych. Gdy to tylko możliwe daję ząbek na dół, momentami jadąc minimalnie twardziej niż to mam w zwyczaju. Udaje mi się nie popełnić żadnego błędu, nawet podczas zakładania kolejnych dubli.

Z rundy na rundę jest coraz trudniej utrzymać tempo, ale powtarzam sobie, że jeszcze tylko jedno kółko mocno, a później trochę zluzuję żeby zebrać siły na końcówkę. Nic z tego, do samej mety jadę mocno, na dwie pętle do końca wiem, że już nie dam sobie odebrać tego zwycięstwa. Na kreskę wpadam po 50 minutach samotnej jazdy, podnoszę ręce do góry, z twarzy znika zmęczenie i pojawia się ogromny uśmiech.

Kolejny cel osiągnięty: wygrywam open Grand Prix Puław. Nie są to Mistrzostwa Świata, ani nawet jakiś znany w Polsce wyścig, ale zawsze trudno o zwycięstwo, bo na starcie staje lokalna czołówka XC. W końcu byłem z tej czołówki najmocniejszy i mocnym akcentem zakończyłem sezon. Wszystkie drugie miejsca, które przykleiły się do mnie w tym roku są już nieważne, bo na sam koniec okazałem się najszybszy. Teraz pora na zabawę w kolarstwo przełajowe i bieganie :)

Starsze posty «

» Nowsze posty