Tag: Podium

2017.01.15 – Janów Lubelski – Biały Kruk MTB

Od kilku lat kalendarz zawodowców staje się coraz bardziej napięty także w okresie zimowym, który tradycyjnie przeznaczony był na odpoczynek i budowanie formy przed nowym sezonem. Amatorskie wyścigi także idą tym tropem i mimo mrozu i śniegu wyścigowa karuzela trwa w najlepsze. Przy dalekich wyjazdach na przełaje maraton w Janowie Lubelskim to praktycznie impreza pod domem.

Na wyścig jadę z Damianem, z którym pracuję na co dzień w MetroBikes.pl. Na miejscu liczne grono naszych klientów z Janowa, którzy nam zaufali i postawili na rowery Speca :) Rozpoznajemy się i jest bardzo miło. Tym bardziej chcę się pokazać z dobrej strony i wygrać ten wyścig. Objeżdżamy początek i koniec trasy, miejscami śniegu jest tyle, że trzeba biegać. Trochę stresuje mnie fakt, że nie zmieniłem opon na agresywniejsze, ale i tak jestem dobrej myśli.

Na starcie obok kilku mocnych zawodników z Lublina staje też zwycięzca Tour de Pologne z 2003 roku i szef Mazovii – Cezary Zamana. Daleko mu do dziadka, który po zakończeniu kariery nie wsiada na rower – widać, że gość regularnie jeździ i będzie się dzisiaj liczył. Na pewno wszyscy (ja także) są ciekawi jak wypadną w porównaniu z takim zawodnikiem.

Ustawiam się w pierwszej linii, start punktualnie, ciśniemy. Od razu wychodzę na czoło, bo wiem, że chwilę po starcie będzie stromy podjazd, a raczej podbieg. Na górze jestem pierwszy, ale problemy z wpięciem w pedały sprawiają, że na zjeździe wyprzedza mnie kilka osób i formuje się pierwsza ucieczka z Robertem Sawą i Jerzym Rostkiem na czele. Ja na kolejnym podbiegu wyprzedzam Damiana i Zamanę, później Emila Jońskiego i wraz z Andrzejem Miszczukiem tasujemy się w pogoni za uciekającą dwójką. Na śliskim zakręcie przewracam się i od tej chwili postanawiam jechać bardzo uważnie, bo każde wypięcie z pedałów to kilkadziesiąt sekund straty. Śnieg momentalnie przymarza i zapycha bloki, które trzeba solidnie ostukać o pedał zanim się w nim zakleszczą.

 

Chwilę późnij wyprzedzam Andrzeja i kolejny raz rzucam się w pogoń. Jedziemy już po trochę bardziej przejezdnej drodze, więc można się bezpieczniej rozpędzić. Szybko dochodzę liderów, ale zamiast usiąść im na koło jadę swoim torem obok nich i obserwuję. Prędkość nie jest powalająca, więc postanawiam lekko podkręcić tempo. Oglądam się za siebie i widzę, że zaczynają zostawać co jeszcze bardziej mobilizuje mnie do żwawszej jazdy. Ku mojemu zaskoczeniu po kilku minutach mam już na tyle sporą przewagę, że ledwo widzę ich za sobą. Od tego momentu zaczyna się już naprawdę mocna jazda, bo nie zamierzam dać się doścignąć. Przewaga jest na tyle duża, że mam szansę zupełnie zniknąć im z zasięgu wzroku co zresztą szybko mi się udaje.

Jadę mocno, ale przede wszystkim skupiam się na płynnej jeździe i unikaniu błędów. Na długich prostych upewniam się, że mnie nie widzą i dokładam do pieca, na technicznych fragmentach skupiam się na utrzymaniu w siodle. W międzyczasie mijam trochę osób, które wybrały się na spacer. Odnoszę wrażenie, że wszyscy wiedzą o imprezie, dopingują, gratulują prowadzenia. Mijam też kilku fotografów. Bardzo fajnie, że organizatorzy zadbali o to, żebyśmy mieli pamiątkę z takiego wyścigu. A fotki na pewno będą super, bo malowniczo, biało, pięknie. Temperatura poniżej zera, ale słońce i zero wiatru. Wspaniała pogoda na rower! W nogi jest mi nawet za ciepło, bo okazuje się, że przed startem zapomniałem zdjąć spodni rozgrzewkowych :D

Około dwudziestego kilometra jazda robi się mniej płynna, przepycham korby byle jechać dalej, ale wszystko jakby w miejscu. Trudniejsze fragmenty muszę nawet przebiegać, bo jak już się zatrzymam to nie sposób ruszyć. Przytrzymuję się drzew żeby obstukać bloki, ale gdy ruszam znowu grzęznę. Pojawia się lekki stres i obawy, że za chwilę mnie dojdą. Biorę się jednak w garść i zaczynam znowu jechać płynnie. Dojeżdżam do miejsca, które już widziałem na rozgrzewce, co oznacza, że do mety mam trzy kilometry. Pokonuję mostek, jeszcze jeden krótki kawałek z buta i spotykam kulig. Ci ludzie też wiedzą o wyścigu, dziwią się, że już jest pierwszy zawodnik. Ja po raz kolejny oczyszczam bloki ze śniegu i ogień na metę. Na długiej prostej nie widzę nikogo za sobą i już wiem, że zwycięstwo mam w kieszeni. Ostatni podbieg, płaski odcinek w kopnym śniegu i zjazd do mety.

Na kreskę wjeżdżam z rękami uniesionymi do góry, plan wykonany, zwyciężyłem w całym wyścigu. 1:22:05 – tyle zajęło mi pokonanie 26km śnieżnej, malowniczej trasy w lasach janowskich. Na mecie dostaję pamiątkowy medal i pozuję przez chwilę do zdjęć (jest fejm!), bo kolejny zawodnicy przyjeżdżają dopiero po ok. 5 minutach :) To naprawdę świetne uczucie zwyciężyć i to w dodatku po solowym odjeździe. Super sprawa na początek roku!

Na koniec muszę koniecznie napisać kilka słów o organizacji tego wyścigu i będą to słowa jak najbardziej pochlebne. Bike Club Janów Lubelski pokazał jak się robi wyścigi – od początku do końca wszystko było zapięte na ostatni guzik. Porządna reklama w sklepach rowerowych i na fejsbooku – to podstawa. Wpisowe dychę, za którą w pakiecie banan, baton, kubek i trwały, solidny numer na kierę. Dobrze oznakowana trasa, obfity bufet na mecie (był nawet grzaniec!) i co najważniejsze bardzo życzliwi i pomocni ludzie. Właśnie tacy pasjonaci robią najfajniejsze imprezy, gratulacje! :)

2016.11.05 – Nielubia – Puchar Polski CX

2016-11-05Decyzja żeby jechać 8 godzin (ponad 550km)  na wyścig który trwa 40 minut zapada w środę. Planujemy wyjazd o 19:30 w piątek, nocleg gdzieś na trasie i z rana dalszą część drogi w okolice Głogowa.

W sobotę do Nielubi docieramy po 11, późno, ale zapisujemy się i oglądamy trasę. Zapowiada się wyścig na kształt Mazovii, tylko dużo krótszy. Po przebraniu się mam niewiele czasu na rozgrzewkę i niestety już bez możliwości objechania rundy. Kręcę więc trochę po asfaltach i części  trasy, która jest najbliżej startu/mety.

Wyścig się trochę opóźnia, staję na linii startu, na szczęście w pierwszym rzędzie, czyli będzie dużo łatwiej niż ostatnio w Mikołowie. Sygnał sędziego i jedziemy! Niestety, ale nie trafiam od razu w pedał i trochę zostaję, ale łapię się na końcu pierwszej grupki i tak jedziemy. Droga prowadzi ciągle szutrem. Jest bardzo wąsko i nerwowo, w dodatku pod wiatr, każdy walczy o pozycję. Szutrówka wydaje się nie kończyć, w pewnym momencie mam nawet wrażenie, że chyba pomyliliśmy trasę, bo jesteśmy gdzieś w szczerym polu.

Po 1,5km droga wreszcie zakręca, po chwili długi i szybki zjazd, zakręt w lewo i najbardziej wymagający odcinek, bo nierówny i prowadzący po trawiastej drodze, przypominającej miedzę. Kolejny skręt w lewo, znowu kilkusetmetrowa prosta, tym razem z kilkoma błotnymi kałużami i skręcamy w prawo na mającą ponad kilometr prostą w kierunku miasteczka kolarskiego. Tutaj jest z wiatrem i kręci się na najtwardszych przełożeniach, a prędkość jest powyżej 40km/h.

Końcówka rundy to zwężenie i trochę błota, późnij odcinek trawiasty z trzema przeszkodami, jeszcze trzy zakręty i prosta start-meta. Taka to właśnie trasa. Po pierwszym kółku nasza grupa liczy chyba 8 osób, na drugim zostaje zredukowana do sześciu i pod koniec tej rundy atakują bracia Bieniasze. Niestety ktoś puszcza koło i odjeżdżają. Na najdłuższej prostej próbuję jeszcze doskoczyć, ale zawieszam się między grupami i nie daję rady. Odjeżdżają i jasne jest, że zostaje tylko walka o trzecie miejsce. Trzecią rundę przejeżdżamy dosyć wolno i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu na początku kolejnego kółka, po 29 minutach słyszę dzwonienie na ostatnią rundę. Szok, bo w takich okolicznościach wyścig na pewno skończy się poniżej 40 minut.

 

Doskakuje do nas trzech zawodników. Tempo momentami jest ekstremalnie wolne. Na końcu długiej prostej wychodzę na zmianę i lekko przyspieszam żeby na miedzę wjechać z przodu. Plan udaje się idealnie, jadę drugi, trzymam tempo lidera naszej grupki i zbieram siły. Gdy wychodzimy na ostatnią prostą do miasteczka momentalnie atakuję i jadę wszystko co jest pod nogą. Oglądam się, puścili koło i zostają. Przyspieszam, ośka-blat i cisnę, trzecie miejsce jest na wyciągnięcie ręki. Na końcu prostej jestem pewien, że już mnie nie dogonią, mam kilka sekund przewagi i spokojnie dowożę to do końca. Na metę wjeżdżam po niecałych 39 minutach ścigania, ponad pół minuty za zwycięzcami. Jestem trzeci open i drugi w Masters I.

To był wyścig, który pojechałem bardzo dobrze. Strasznie wkurzyłem się, że nie odjechałem z chłopakami, którzy wygrali, ale po tym jak rozegrałem ostatnią rundę mogę być bardzo zadowolony :)  Fajnie stać na podium Pucharu Polski :) Szkoda tylko, że cała zabawa nie miała nic wspólnego z wyścigiem przełajowym. Najważniejsze jednak, że naładowałem się dobrą energią przed kolejnymi startami, bo za tydzień dwa ważne wyścigi – Szczekociny i Koziegłowy. Tomek, Szymek, Świeżak – dzięki za wspólny wyjazd, ponad 1100km i ładnych kilkanaście godzin jazdy, ale było warto! :)

2016.10.08 – Puławy – XC

O2016-10-08statni wyścig w sezonie letnim to Grand Prix Puław MTB. Pogoda już mocno jesienna, zimno, ślisko i średnio mi się chce, ale jadę. Na miejscu wcale nie lepiej, gdy przebieram się w strój dygoczę z zimna. Na rozgrzewkę ubieram się ciepło i dwie zapoznawcze pętelki  nastrajają mnie bardzo pozytywnie. Robi się cieplej, na trasie nie ma błota, jest za to kilka podjazdów i nawet jeden podbieg. Będzie dobrze!

Do przejechania 8 rund po 2,1km. Ustawiam się na starcie, zdejmuję bluzę, długie spodnie i okulary, znak i jedziemy! Szybko wpinam się w pedał i startuję bardzo dynamicznie. Oprócz mnie podobny czas reakcji ma tylko Janek, za nim wjeżdżam do lasu, ale od razu go wyprzedzam i włączam tryb „ucieczka”. Pierwszą rundę jadę bardzo mocno i wypracowuję na tyle dużą przewagę, że dopiero gdy zjeżdżam z boiska widzę zawodników za sobą, którzy na nie wjeżdżają.

Kolejne okrążenia także cisnę mocno, już od 2-3 rundy nie widzę za sobą nikogo, nawet gdy zjeżdżam z boiska to z tyłu jest czysto. Technicznie jadę idealnie, redukuję w porę, dynamicznie i płynnie pokonuję zakręty i rozkręcam mocno na prostych. Gdy to tylko możliwe daję ząbek na dół, momentami jadąc minimalnie twardziej niż to mam w zwyczaju. Udaje mi się nie popełnić żadnego błędu, nawet podczas zakładania kolejnych dubli.

Z rundy na rundę jest coraz trudniej utrzymać tempo, ale powtarzam sobie, że jeszcze tylko jedno kółko mocno, a później trochę zluzuję żeby zebrać siły na końcówkę. Nic z tego, do samej mety jadę mocno, na dwie pętle do końca wiem, że już nie dam sobie odebrać tego zwycięstwa. Na kreskę wpadam po 50 minutach samotnej jazdy, podnoszę ręce do góry, z twarzy znika zmęczenie i pojawia się ogromny uśmiech.

Kolejny cel osiągnięty: wygrywam open Grand Prix Puław. Nie są to Mistrzostwa Świata, ani nawet jakiś znany w Polsce wyścig, ale zawsze trudno o zwycięstwo, bo na starcie staje lokalna czołówka XC. W końcu byłem z tej czołówki najmocniejszy i mocnym akcentem zakończyłem sezon. Wszystkie drugie miejsca, które przykleiły się do mnie w tym roku są już nieważne, bo na sam koniec okazałem się najszybszy. Teraz pora na zabawę w kolarstwo przełajowe i bieganie :)

2016.09.25 – Nowa Dęba – XC

2016-09-25Bardzo chciałem pojechać na wyścig w Nowej Dębie, bo byłem tam cztery lata temu i utkwiła mi w pamięci bardzo fajna trasa. Zainteresowanie wśród Lublinian było niestety zerowe, ale w ostatniej chwili na start namówiłem Szymka Skrzypczaka i pojechaliśmy. Na miejscu znajome twarze (m.in. Filip Owczarek z Gośką oraz chłopaki z Rzeszowa, czyli Tomek Biesiadecki, Janusz Łodej i Tomek Kargol z Shimano), dobra muza (m.in Zeppelini, wow!) i ciepło :)

Rejestracja, bez zbędnych formalności, szybka, przebieramy się i na trasę. Tym razem z jednej górki organizatorzy wycisnęli znacznie więcej i trzykilometrowa runda od razu przypada mi do gustu. Sporo podjazdów, masa zakrętów i zero sztucznych przeszkód to dokładnie tak jak lubię :) Może odrobinę zbyt łatwo technicznie, ale lepiej tak niż przegiąć w drugą stronę…

Dwie pętle na rozgrzewce zrobiłem w 24 minuty, więc obliczyłem, że skoro na wyścigu jest 11 rund to jedna zajmie pewnie około 10 minut, czyli zapowiadało się 1:50 jazdy – mocne przegięcie jak na XC. Do tego sędziowie nie dali sobie przemówić do rozsądku żeby puścić nas razem z Mastersami i zrobić po 9 okrążeń dla wszystkich. No cóż, nie pierwszy raz spotkałem się z ludźmi, którzy robią wyścig i liczą się z podpowiedziami zawodników, ale cóż, takimi prawami rządzą się ogóry :D Po jeszcze jednej rundce zapoznawczej (tzw. oficjalny objazd trasy ;D) ustawiamy się na starcie. Przez rozbicie kategorii, liczba osób w moim wyścigu nie osiąga nawet 10, będzie zatem mniej ciekawie, ale cóż, o zwycięstwo i tak będzie się z kim ścigać.

Startujemy! Szybko formuje się pierwsza czwórka. Szymon Brzoza trochę odjeżdża, Tomek Biesiadecki zalicza lekkiego klina, więc gonię z Szymkiem. Nasza strata szybko robi się kilkunastosekundowa, więc musimy się sprężyć. Niestety Szymek jest dzisiaj dla mnie za mocny i szybko tracę z nim kontakt. Na początku drugiej rundy zostaję sam, kilkanaście sekund za mną goni Tomek Biesiadecki. Zamierzam szybko wyrobić sobie nad nim bezpieczną przewagę żeby porzucił myśl walki o podium. Jadę wyraźnie szybciej od niego i już po pierwszych rundach wiem, że podium jest pewne. Niestety liderzy coraz bardziej się oddalają. Próbuję złapać rytm i nawiązać walkę, ale przeziębienie i brak treningów w ostatnim tygodniu dają o sobie znać.

Jadę równo, rundy pokonuję w zbliżonym czasie, doganiają mnie chłopaki z kategorii 30+, którzy wystartowali chwilę po nas i mają do przejechania tylko 7 rund. Czuć, że ich tempo jest wyższe. Jedną pętlę wiozę się za Grześkiem Sową, później 1,5 rundy solo i jeszcze pół za Januszem Łodejem. Zaczynam zbliżać się do wicelidera, ale i tak jest to spory dystans. Coraz trudniej o koncentrację i przydarzają się małe błędy. Cztery ostatnie rundy każdy z naszej czołowej trójki pokonuje zdecydowanie wolniej.

Ostatecznie na metę wjeżdżam trzeci w elicie z czasem 1:55:33, ze stratą 4:33 do zwycięzcy Szymka Skrzypczaka (to prawie 25 sek. straty na rundę ;/) i 2:07 za drugim Szymkiem Brzozą. Nad czwartym Tomkiem Biesiadeckim mam 7:31 przewagi. To był ekstremalnie długi wyścig jak na XC, ale jeśli chodzi o samą trasę to na pewno nie można mieć zastrzeżeń – mi się bardzo podobała, brawo :) Szkoda, że na puławskim Czempionacie nie potrafią wycisnąć tyle z terenu. Mimo tego, że na dekorację trzeba było czekać dosyć długo a nagrody były łagodnie mówiąc słabiutkie to i tak organizacja była całkiem niezła i chociażby dla samej trasy warto było przyjechać :) Jak termin mi podpasuje to za rok też pewnie się tam pojawię. Oby w lepszej formie :)