Archowum tagów: ŚLR

2014.07.20 – Zagnańsk – ŚLR

R2014.07.20elacja wkrótce :)

 

2014.06.01 – Nowiny – ŚLR

2014.06.01Maraton w Nowinach to wyścig, na który czeka się cały rok. Trasa otoczona legendą, uznawana zgodnie przez większość zawodników za najtrudniejszą z cyklu ŚLR. W ubiegłym roku startowałem tutaj po raz pierwszy i zaliczyłem jeden z najlepszych startów w sezonie i w ogóle jeden z najlepszych maratonów w życiu. Tym razem miałem sporą chęć na powtórkę. Trasa została wydłużona, a płaskie odcinki zredukowane do minimum, szykowało się prawdziwe MTB. Do Nowin wyruszyliśmy w uszczuplonym składzie. Śniadanie przedstartowe zjadłem dopiero na miejscu, przebrałem się i wyruszyłem na rozgrzewkę, objechać końcówkę trasy, która zresztą była identyczna z tą sprzed roku.

Po rozgrzewce ustawiam się na starcie, a tam niespodzianka. Sędzia kieruje mnie do drugiego sektora. Trochę zdziwiony wchodzę tam posłusznie, ale średnio mi się chce wierzyć, że jest aż tak słabo. Po chwili widzę jak Tomek Czapla wchodzi do sektora pierwszego i jeszcze bardziej zdziwiony patrzy na mnie. W tym momencie jestem już prawie pewien, że zaszła pomyłka, bo Tomek jest mocny, ale na pewno nie mocniejszy ode mnie. Idę do gościa z listą startową i jeszcze raz proszę o sprawdzenie. Okazuje się, że rzeczywiście zaszła pomyłka. Biorę rower i szybko zajmuję należne mi miejsce z przodu stawki. Wyruszamy dosyć nagle, bardziej przypomina to start w puławskim Czempionacie niż ŚLR :D Po rundce dookoła stadionu stawka się rozciąga, droga wiedzie lekko pod górę, ja przesuwam się do przodu, ale nie jadę tak wysoko jak rok temu. Nie czuję się na siłach i nie pcham zbytnio. W dodatku muszę poprawić w locie rurkę od bukłaka. Jest coraz bardziej stromo, postanawiam jednak trochę przebić się do czuba. Na singlu w lesie jestem na pewno w pierwszej 20, mozolnie podjeżdżamy do góry. Co prawda po pierwszych 10 minutach wyścigu zaczynam się zaklinać, że trzeba przejść na XC, gdzie można zapoznać się z rundą i wyścig jest o wiele krótszy, ale później szybko rozkręcam się i jedzie mi się zaskakująco dobrze.

Po około pół h. przestrzeliwujemy sporą grupą zakręt i wjeżdżamy w straszne błoto. Grupka przed nami zrobiła to samo, przepuszczamy ich, gdy zawracają i jedziemy za nimi. Jest tutaj Branio, Darek Paszczyk i Przemek Koza. Później Darek z Przemkiem odjeżdżają, a ja tasuję się z Braniem, w tej grupie przewija się też Gary. W międzyczasie ubłocona tylna przerzutka odmawia posłuszeństwa i zostaję za nimi. Na szczęście po kilkunastu minutach doganiam. Na pierwszym checkpoincie dostaję info, że jestem 18., dodaje mi to skrzydeł, bo myślałem, że jadę z 10 pozycji niżej. Kręci mi się coraz lepiej, daję radę na podjazdach, uciekam na zjazdach. Doganiamy Darka i Przemka i jedziemy długo razem. Noga mi podaje i gdzieś w połowie trasy odrywam się od chłopaków. Na zjazdach praktycznie frunę, mam poczucie, że tutaj dużo nadrabiam. Na podjazdach utrzymuję przewagę. Na jednym z odcinków w dół słyszę dziwne uderzenie, po chwili okazuje się, że urwałem szprychę w przednim kole, dokańczam trudny techniczny zjazd i zatrzymuję się sprawdzić co z kołem i wyjąć szprychę. Idzie mi to bardzo nieudolnie, wypinam koło żeby był lepszy dostęp, w dodatku tarcza parzy, co utrudnia zadanie. W tym momencie wyprzedzają mnie Darek, Branio i Przemek. Nie chcąc dalej tracić czasu zawijam szprychę na szprychę i ruszam w pogoń. Jest moc, po kilku minutach dochodzę do grupy i poprawiam. Znowu jadę sam i znowu problem z przerzutką.  Chłopaki znowu doskakują.

Jedziemy na 15 i 16 pozycji, nie zatrzymuję się na bufecie i trochę zyskuję, kawałek dalej, w lesie kończą się oznaczenia, doskakuje do mnie Darek. Wybieramy najprawdopodobniejszą drogę, ale strzałek dalej nie ma. Zawracamy, jedziemy w inną stronę. To samo. Dojeżdża do nas Przemek, raz jeszcze próbujemy w to samo miejsce co za pierwszym razem, tylko dalej. Udało się, są oznaczenia. Znowu zostawiamy Przemka i lecimy do mety. Około 15 km przed metą urywam drugą szprychę, sytuacja jest nieciekawa, ale nie mam zamiaru odpuścić Darka, noga zbyt dobrze podaje. Kręcę i słyszę tylko jak szprycha ociera o widelec. Tempo jest mocne, większość jadę na zmianie. Dojeżdżamy do pump tracku przy torach, jestem już bardzo ujechany, teraz Darek wychodzi na przód i daje potwornie mocną zmianę. Zaczynam zostawać, ale zaginam się jeszcze ten jeden raz i dociągam. 5km przed metą zaczynają mnie łapać skurcze, zwalniam i kręcę powoli, żeby przeszło. W tym czasie Darek odjeżdża, bezpowrotnie, ja po kilometrze odzyskuję rytm i ruszam w pogoń, ale nie daję rady dojść. Ostatecznie wjeżdżam na metę z czasem 4:36:37, 5. w elicie i 16. open, czyli jak przed rokiem. Emocji tak dużych jakie były wtedy na mecie nie ma, ale jestem równie wypompowany. Od razu kładę się nogami do góry i leżę tak z 15 minut. Później dokładne mycie roweru, pakowanie i finałowy bufet wyjątkowo na końcu. Gdy kończę jeść idę jeszcze dla formalności sprawdzić wyniki i dopiero wtedy widzę, że jestem 5. w elicie. Rozmawiam z organizatorami i okazuje się, że pierwszy raz w życiu załapałem się na dekorację w ŚLR. Jestem cały zadowolony i do Lublina wracam szczęśliwy. Wygląda na to, że z formą jest dobrze, a co najważniejsze powinno być jeszcze dużo lepiej :D

2014.05.04 – Sandomierz – ŚLR

2014.05.04Nieodłącznym elementem wyścigów rowerowych są czasochłonne dojazdy. Setki kilometrów pokonujemy tylko po to, żeby uczestniczyć w zawodach, po czym szybko wskakujemy do samochodu i udajemy się w drogę powrotną. Zazwyczaj nie ma czasu, ani nawet możliwości (trzeba się szybko zbierać, żeby wrócić o rozsądnej porze) na jakiekolwiek zwiedzanie, czy chociażby spędzenie miłego popołudnia w miejscu, którego pewnie długo nie będziemy mieli okazji odwiedzić.  O ile zawody rozgrywają się gdzieś w „Koziej Wólce” to nie stanowi to problemu, ale często wyścigi odbywają się w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach i trochę żal, że trzeba szybko uciekać i się regenerować. Jedną z takich lokalizacji jest Sandomierz, w którym już trzeci rok z rzędu startowałem w maratonie ŚLR.

Wielu uczestników świętokrzyskiego cyklu krytykuje sandomierskie trasy, zarzucając maratonowi, że jest nudny, płaski, wręcz szosowy i odstaje od reszty. Jestem bardzo daleki od takich twierdzeń, trasa jest rzeczywiście inna niż Daleszyce, Nowiny czy Kielce, dużo bardziej interwałowa i szybsza. Taka charakterystyka sprawia, że trzeba ciągle jechać na wysokich obrotach, nie ma czasu na odpoczynek na zjazdach i trudniej złapać rytm pod górę, przez co trasa potrafi niesamowicie wymęczyć. No i ten finish na podjeździe, w dodatku w miasteczku pełnym kibiców i turystów – niesamowite przeżycie i w dodatku świetna promocja kolarstwa. Pogoda kolejny raz dopisała i było bardzo słonecznie – rodziny zawodników na pewno się nie nudziły :) Tak właśnie powinno wyglądać kolarskie święto, zresztą znakomicie przygotowane przez organizatorów!

Przechodząc do samego wyścigu to wyglądało to tak, że na starcie miałem swoje 5 minut, kiedy jechałem na czele, ale dobra passa skończyła się tym razem po pierwszym podjeździe ;) Po kilku kilometrach pierwszych, terenowych odcinków już było jasne, że dzisiaj zamiast ścigania będzie trzygodzinna walka o przetrwanie. Złapałem swoją grupkę, zgodnie przestrzeliliśmy jeden z zakrętów  – prowadzący się zagapił, na szczęście od razu zawróciliśmy, ale zdążyło nas wyprzedzić kilku wolniejszych zawodników.  Dogoniliśmy Żwirka, który jak za starych, dobrych czasów jechał jako RL, dorzucając cenne punkty do drużynówki. W połowie maratonu obaj strzeliliśmy z grupy i z trzecim kolarzem zmagaliśmy się z trasą w malowniczych sadach. Noga ewidentnie mi nie podawała, ale starałem się trzymać fason i nie pękać, żeby nie było wstydu przed teamowym kolegą. Niestety 15km przed metą, na jednym z podjazdów nie byłem w stanie utrzymać tempa, bo skurcze dawały znać o sobie i musiałem wyraźnie zwolnić i przeczekać. Gdy było już lepiej chłopaki odjechali i próby pogoni na niewiele się zdały. Po ostatnim bufecie doszedł mnie zawodnik z MyBike, z którym tasowaliśmy się już do samej mety. Na początku ostatniego podjazdu odskoczył mi na kilkanaście metrów, za późno podjąłem decyzję żeby gonić i w efekcie czego do sukcesu mojej szarży zabrakło połowę długości roweru. W tym momencie dziękuję bardzo Mirrze za żywy komentarz na finałowych metrach, opisujący mój atak, który sprawił, że rywal się spiął i nie dał się objechać ;)

Maraton skończyłem najlepszym czasem w historii startów w Sandomierzu – 3:32:13, najlepszą pozycją w elicie (8) i taką samą jak przed rokiem open (29). Marne to jednak pocieszenie, bo trasa była chyba odrobinę krótsza i na pewno bardziej sucha niż przed rokiem, do tego wtedy zgubiłem trasę, tracąc sporo czasu i sił. No i elita się nam skurczyła… Pocieszające, że mimo słabszej formy straciłem stosunkowo niewiele do czołowej 20, więc może na Nowiny zdążę przygotować nogę, bo według wielu hejterów Sandomingo dopiero tam będzie prawdziwe ściganie :)

Przypisy: (przedstawiam, bo czasem piszę o kimś, a większość ludzi może nie wiedzieć o kogo chodzi):
Żwirek – kolega z Rowerowego Lublina, obecnie w Krakowie, znowu mnie objechał
Mirra – główna organizatorka, prowadziła konferansjerkę na mecie
Zawodnik z MyBike – zawodnik z MyBike ;)

2014.04.13 – Daleszyce – ŚLR

2014.04.13

Długo wyczekiwany sezon wyścigowy 2014 rozpoczęty. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłem tak spokojny przed maratonem jak przed startem w Daleszycach. Nie wynikało to bynajmniej z tego, że czułem się tak mocny, wręcz przeciwnie – noga wydawała się nie być jeszcze przygotowana na sezon, stąd nie było zbędnego spinania pośladów. Rower od kilku dni był w miarę ogarnięty, spakowałem wszystkie graty, zjadłem michę makaronu i poszedłem spać. Jako, że do Daleszyc mam bardzo dobre połączenie, to tylko wstałem, zrobiłem śniadanie i wyjechałem ;) W miasteczku także zero stresu, rozgrzewka na spokojnie, wszystko jak w zegarku. Nawet miejsce pod taśmą udało się zająć mimo tego, że późno podjechałem do sektora. Zresztą w I sektorze pustki, załapała się tylko garstka, „poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy” hehe.

Oczekiwanie na start tym razem mija na marznięciu i gdyby nie to, że większość startu honorowego jadę tuż za rurą wydechową pilotującego nas auta to przy 20-30km/h byłby spory problem żeby się ponownie rozgrzać. Pierwsze kilometry mijają na wiezieniu się w pierwszej grupie w komfortowym tempie, dzięki czemu mogę stopniowo złapać wysokie obroty, co odpowiada mi dużo bardziej niż gonienie od startu jak Reksio za szynką. Jak tylko czołówka przyspiesza moje morale paradoksalnie wzrasta, gdyż zdaję sobie sprawę, że wybór krótkiego rękawka zamiast bluzy był strzałem w dziesiątkę, momentami nawet brakuje mi przewiewności bezrękawnika…

W pierwszej części dystansu jadę swoim tempem, które pokrywa się z tym Brania i Darka. W przypływach euforii odskakuję im, a w słabszych momentach ledwo łapię koło, ale ogólnie poziom jest zbliżony. Po 2h jazdy odjeżdżam z Darkiem na niecałe dwie minuty. I wtedy wydarza się coś, po czym zostaję gorącym zwolennikiem publicznej chłosty. Opisując po kolei wygląda to mniej więcej tak, że strzałki kierują na skarpę, gdzie nawet wniesienie roweru jest trudne, na szczycie pole i zero oznaczeń. Chwilę tam błądzimy, z powrotem schodzimy na dół, szukamy oznaczeń i znowu wchodzimy na górę. W międzyczasie dołączają do nas kolejni zawodnicy i razem decydujemy się na jazdę w nieznane, zataczając pętlę i dojeżdżając ponownie do mat kontrolnych, które minęliśmy niecałe 15 minut wcześniej. Tam rozmawiamy z sędziami i kontynuujemy jazdę pokonywanym uprzednio szlakiem. Tuż przed feralnym miejscem, w którym gubimy się po raz drugi (tym razem w o wiele większej grupie), mijamy kilku młodocianych wandali z szelmowskimi uśmieszkami, ewidentnie zasługujących na potraktowanie batem. Po kolejnych dwóch minutach straty słyszymy z oddali krzyki zawodników, którzy znaleźli trasę. Mimo utraty wielu miejsc i dobrego rytmu postanawiam robić swoje i mimo wszystko walczyć o jak najlepszy czas.

Druga część wyścigu to już głównie walka z samym sobą i podjazdami, od czasu do czasu czuję za sobą czyjś oddech, ale do samej mety wyprzedza mnie już tylko jeden zawodnik. Przed resztą udaje mi się uciec i wyrobić bezpieczną przewagę przed asfaltową końcówką. Nie pomaga mi w tym fakt, że kilkanaście kilometrów przed metą blokuje mi się amor, na szczęście ostatnie zjazdy są łatwe i nie tracę zbyt wiele. Na ostatnich kilometrach nie widzę już nikogo za sobą i spokojnie jadę do mety, kończąc z czasem 4:09:42, o blisko 17 minut gorszym od tego sprzed roku, czyli mniej więcej o tyle ile straciłem na błądzeniu. Po porównaniu międzyczasów na ostatnim odcinku stwierdzam, że pewnie załapałbym się na 20 miejsce, góra 28, zakładając jakieś drastyczne załamanie tempa w końcówce. Tymczasem dojechałem 36. open i 12. w elicie. Dużo punktów do generalki muszę pożegnać, w Sandomierzu ich nie odrobię, ale liczę na dużo lepszy wynik. W Daleszycach miało nie być nogi, a wyszło całkiem przyzwoicie, więc punkt wyjścia jest dobry, trzeba dbać o zdrowie, a sezon będzie udany :)

Starsze posty «

» Nowsze posty