Tag: Maraton

2022.01.06 – Kielce – ŚLR

Mimo, że sezon przełajowy jeszcze się nie zakończył to rok 2022 rozpoczynam od wyścigu MTB. Nie jest to pierwsza zimowa edycja ŚLR w Kielcach, poprzednia odbyła się w styczniu 2020 i wygrałem ją po naprawdę trudnym wyścigu i walce do samego końca. Zależało mi bardzo, żeby powtórzyć ten sukces i w nowy rok wjechać zwycięsko, ale prawie cztery tygodnie bez ścigania i mała liczba treningów w grudniu wybiły mnie z rytmu. Zazwyczaj o tej porze roku jestem w niezłej kondycji z racji sezonu przełajowego, ale tym razem zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać i do startu podchodziłem ze sporymi obawami.

Bardzo lubię maratony MTB w śnieżnej aurze, ale od kilku dni temperatura była na plusie, śnieg stopniał i w lesie było lekkie błoto, takie warunki też są ok, tylko po prostu później trzeba pozbyć się błota ze stroju i roweru. Na rozgrzewce zapoznaję się z początkiem i końcem trasy, po czym rozstawiam rolkę i właściwą rozgrzewkę wykonuję już stacjonarnie. Dopiero 5 minut przed startem wjeżdżam do sektora. Jest zimno, ale na szczęście startujemy punktualnie i udaje mi się nie zamarznąć.

Na okrążeniu po bieżni przebijam się do przodu i przy wyjeździe ze stadionu jestem już w samym czubie. Trzy minuty po starcie mocniej staję w korby i odjeżdżam. Chłopaki za mną gonią, ale nie idzie im to zbyt sprawnie. Póki co jeszcze jadę ostrożnie i pierwszy podjazd wjeżdżam z przodu, ale nie forsuję tempa, czekam na rozwój wydarzeń. Podkręcam dopiero chwilę później i na dobre odjeżdżam od reszty grupy. Po 15 minutach jazdy nie widzę już nikogo za sobą, jadę równo i mocno, na pewno znane tereny ułatwiają mi nieco jazdę. Po ok. 11km rozpoczyna się jeden z moich ulubionych podjazdów w tym lesie – Biesak, tzw. Kielecki Mt. Everest (320m, 61m. w górę, 19%). Podjazd nie tylko stromy, ale też trudny technicznie, wjeżdżam go spokojnie i jest to moment, w którym prawdopodobnie po raz ostatni któryś z rywali widzi mnie przed sobą. Zjazd z Biesaka daje dużo radości z jazdy, zawsze dobrze bawię się na tym odcinku.

Później kieruję się w stronę Góry Kolejowej, ten zjazd jest poza moim zasięgiem, zbiegam go więc szybko i wskakuję na rower, rozpoczynając drugą połówkę wyścigu. Organizm pracuje na naprawdę wysokich obrotach, a ja czuję się zaskakująco dobrze. Mijam bufet, łykam żela i skupiam się na trzymaniu mocnego tempa. Po 22km rozpoczyna się najdłuższy podjazd na trasie – pod Górę Kamienną. Dwa lata temu wjechałem tutaj naprawdę szybko i na szczycie złapałem Maćka Ścigę. Tym razem mam sporą przewagę i nie forsuję takiego tempa. Zjazd z Kamiennej poezja :) Zostaje ostatni podjazd, kolejny z moich ulubionych – odcinek po kamienistej grani, bardzo techniczny z dużą liczbą kamieni. Dwa lata temu był to decydujący moment wyścigu, gdzie trzeba było cierpieć żeby odjechać od rywala, tym razem wjeżdżam go z uśmiechem na twarzy, bo wiem, że wygrana jest w kieszeni. Bezpieczny zjazd i zostają dwa kilometry do mety, szybką, łatwą technicznie ścieżką prowadzącą lekko w dół.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Mój wjazd na Stadion Leśny i na metę z czasem 1:27:25 okazuje się niespodzianką dla organizatorów, Mirka nawet myśli, że pogubiłem trasę, albo zjechałem z niej przez jakiś defekt. Nie spodziewali się nikogo tak szybko, zabawna sytuacja :D Na mecie zakładam szybko ciepłe ciuchy, pozuję do fotek i po ponad czterech minutach przybijam piątkę drugiemu zawodnikowi :) Fajna przewaga, zupełnie się czegoś takiego nie spodziewałem. Co prawda zimowe wyścig są trochę jak letnie Grand Prix w skokach narciarskich – mało ważne i liczy się przede wszystkim sezon właściwy, ale jednak zwycięstwo zawsze cieszy :) Trzecie i czwarte miejsce (Maciek i Marcin) też należy do teamu MetroBikes.pl, więc prawie idealnie wstrzeliliśmy się w Trzech Króli ;)

Na koniec należy się kilka słów uznania dla Organizatorów. Przez wiele lat nic na to nie wskazywało, ale w końcu ŚLR zaczyna się dobrze kojarzyć uczestnikom nie tylko dzięki świetnym trasom, ale także dzięki dobrej organizacji. Już w sezonie letnim prezentowało się to bardzo przyzwoicie i wygląda na to, że poziom organizacyjny podniósł się na dobre. Od siebie muszę też napisać, że statuetka diabła, którą dostałem za pierwsze miejsce open jest naprawdę oryginalna i w niczym nie przypomina tandetnych, drewnianych medali, z przyklejaną butaprenem naklejką, które rozdawane były w poprzednich sezonach. Tak trzymać!

2021.10.02 – Zwierzyniec – Ultraroztocze

O Ultraroztoczu MTB usłyszałem w ubiegłym roku kilkanaście godzin przed startem. Do późnego wieczora zastanawiałem się nad pojechaniem w nocy z Kielc do Zwierzyńca i nad startem, ale niestety zamiast się po prostu zebrać i pojechać zacząłem sobie racjonalizować, że za późno, że na wariata, że tak bez sensu itd. Chyba robię się stary, bo kilka lat temu po prostu wsiadłbym w auto i pojechał. Jak zwykle w tego typu sytuacjach bywa zamiast żałować, że pojechałem w ostatniej chwili i coś tam nie poszło do końca tak jak trzeba to żałowałem, że nie pojechałem. Postanowiłem więc od razu, że kolejnej edycji już nie odpuszczę i jak tylko sezon wyścigowy ruszył to wpisałem Ultraroztocze do kalendarza startowego.

Do wyścigu nie przygotowywałem się jakoś szczególnie, przystąpiłem do niego właściwie z marszu. Moim zdaniem na tego typu maratony ważne jest raczej wypracowana na przez lata wytrzymałość i doświadczenie oraz porządna logistyka. W związku z tym dzień przed wyścigiem pojechałem z Anetą na przejażdżkę zaliczając pierwsze 21km i ostatnie 4km, dzięki czemu znałem sporą część trasy, a zwłaszcza przez pierwszą godzinę mogłem jechać mocno i pewnie, co miało pozwolić na zbudowanie odpowiedniej przewagi nad resztą stawki oraz ułożenie sobie taktyki na ewentualny finisz.

W dzień wyścigu po szybkim śniadaniu jadę na start, który jest o 7 rano. W związku z tym decyduję się na jazdę w spodenkach 3/4 a na górę w ostatniej chwili dodaję kamizelkę. Rękawiczki oczywiście jesienne – w moim przypadku lepiej mocno zapocić ręce niż pozwolić im zmarznąć. Chwilę po 7 startujemy. Pierwsze kilka kilometrów prowadzi asfaltem, nie forsujemy tam tempa, ale już widać jakiś mały zarys czołówki. Gdy wjeżdżamy w teren od razu jest dosyć mocno pod górę. Długa droga przed nami, więc staram się wjeżdżać spokojnie. O dziwo zostaje za mną tylko Darek Paszczyk, który także zaskoczony jest taką sytuacją. No cóż, można powiedzieć, że po czterech kilometrach wyścig z grubsza jest rozstrzygnięty. Kontrolnie podkręcam tempo żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nikt groźny w grupie za nami nie jedzie. Widzę, że Darek też niekoniecznie będzie w stanie trzymać moje tempo, ale nie za bardzo uśmiecha mi się jazda samemu na tak długim dystansie, więc nie szastam nadmiernie siłami.

Pierwsza godzina mija szybko, mimo, że trasa jest oznaczona dosyć przeciętnie to dzięki wcześniejszemu objazdowi ten fragment jadę płynnie, jedyne na co muszę uważać to żeby nie zerwać zbyt wcześnie Darka. We dwóch jedzie nam się dobrze, można powiedzieć, że jak za dawnych lat, kiedy to na maratonach wielokrotnie kręciliśmy się w tych samych okolicach na liście wyników. Po 22km jest rozjazd, w którym strażak kieruje nas w lewo. Obydwaj mamy wgranego tracka i jasno wychodzi, że powinniśmy jechać prosto. W tym miejscu trasa biegowa i rowerowa chwilowo się rozmijają. Mimo, że oznaczenia na asfalcie są niejasne to jesteśmy świadomi tych różnic, jedziemy więc zgodnie z wskazaniami Garminów.

Już od dawna nikogo nie widzimy za sobą, więc nie podpalamy się na super mocne tempo. Od kilku kilometrów zaczynamy już wyprzedzać biegaczy, którzy wystartowali wcześniej. W pewnym momencie dostrzegamy przed nami dwóch gości na rowerach. Ewidentnie wyglądają na turystów, ale gdy do nich dojeżdżamy okazuje się, że mają numery startowe. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że przed nami jest co najmniej kilku zawodników. Wychodzi na to, że strażak, który chciał nas zmylić źle pokierował pozostałych zawodników i nieświadomie skrócili trasę. Jesteśmy w plecy jakieś 7-8km. Nie pozostaje nic innego jak gonić.

Zwiększamy więc tempo, ale nie jest to szaleńcza pogoń. Nie wiem za bardzo co zrobić w tej sytuacji. Z jednej strony mam chęć olać wspólną jazdę i spróbować jechać na fulla byle tylko dojść zawodników przed mną, z drugiej czuję, że nie jest to niezbędne i staram się trzymać nerwy na wodzy. Co chwilę dopytuję biegaczy ilu zawodników przed nami. W końcu zaczynamy doganiać kolejnych kolarzy, ale gdy pada liczba, że przed nami jest pięciu i dochodzimy kolejnych trzech to kolejne info jest, że z przodu jest siedmiu. Załamka po całości.

Po drodze na słynnych torfowiskach wyprzedzamy kolejną kilkuosobową grupkę. To miejsce, którego wszyscy bali się przed startem, chodziły opowieści, że jest pół kilometra brodzenia po kolana w wodzie, ale jak zwykle okazało się, że historia mocno ubarwiona. Finalnie było kilka minut spaceru, czasem może po kostki jak źle postawiło się nogę, ogólnie rzecz biorąc – luzik :) Gdy wyprzedziliśmy już grubo ponad dziesięć osób dojeżdżamy do punktu kontrolnego w Suścu. Tam zostawiam kamizelkę i tankuję bidon. Dostajemy info od ludzi na punkcie, że jesteśmy pierwsi, ale jeden z zawodników twierdzi, że jednak z przodu ktoś jeszcze jedzie. Gdy wyprzedzamy kolejnych biegaczy tuż za Suścem to opinie także są podzielone. Zupełnie nie wiem co się tutaj odwala :D

Po kolejnych kilku kilometrach zaczynamy kombinować, że może ktoś jedzie trasą rajdu przed nami. I rzeczywiście trop okazuje się słuszny. W końcu doganiamy jakąś dziewczynę na przełajówce, która potwierdza, że od kilkunastu kilometrów jedzie po trasie i że przed nami nikogo nie ma. Do mety zostało niecałe 40km, znowu można trochę odpuścić z tempem, chociaż tak naprawdę jakoś specjalnie mocno go nie podkręcaliśmy.

Dojeżdżamy do Rezerwatu Święty Roch, który znajduje się około 25km przed metą. Tutaj czeka na nas bardzo długie i strome podejście po schodach. Z rowerami na plecach i ponad 80km w nogach nie jest to przyjemna wspinaczka, ale powoli wdrapujemy się na górę. Szybki zjazd do Krasnobrodu i stąd już tylko kilkanaście kilometrów po płaskim w kierunku mety. Postanawiam poruszyć z Darkiem temat ewentualnego finiszu. Wspólny wjazd na metę w tym przypadku mnie nie interesuje i jestem gotów się pościgać, ale w końcu ustalamy, że skoro dużo więcej pracowałem z przodu to uczciwie będzie jak wjadę pierwszy. Gdy mamy już jasność w zakresie finiszu i wyjeżdżamy z Guciowa (103,5km) jest ponad 5km odcinek asfaltem. Jadę go w całości na zmianie, gdyż nie ma już sensu jakiekolwiek oszczędzanie się, a lepiej skończyć wyścig wcześniej i zacząć odpoczywać niż się ociągać i jechać do nocy ;)

Jakieś 3,5km przed metą, przy zjeździe z asfaltu, jest ostatni punkt kontrolny, ale jesteśmy tak rozpędzeni, że nawet go nie zauważamy i przejeżdżamy obok :D Dopiero gdy zobaczyłem wyniki i brak naszych międzyczasów zacząłem się zastanawiać o co chodzi i po dłuższej chwili zaczaiłem, że tam były maty z pomiarem czasu. Ostatnie kilometry prowadzą przez las, w pewnym momencie mocno dotknięty wycinką i nieuprzątniętymi gałęziami, w dodatku trochę podmokły. Konieczne jest noszenie roweru, ale znam już ten fragment i jestem na to przygotowany. Ostatnie 1,5km to już asfalty w Zwierzyńcu. Kilometr przed metą, zgodnie z ustaleniami przyspieszam, ale w taki sposób żeby nie było żadnych wątpliwości.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Na metę wpadam kilka sekund przed Darkiem. 112,5km i 5h48min jazdy za nami. To był bardzo sympatyczny poranek na roztoczańskich trasach, zakończony moim drugim zwycięstwem Open w tym sezonie i drugim na Roztoczu. Dzięki Darek za wspólną jazdę, razem szybko zleciało! :) Polecam wszystkim ten wyścig ze względu na rodzinną atmosferę i bardzo dobrą organizację. Mocną stroną imprezy są kapitalne zdjęcia, gdyż Organizator jak co roku opłacił i umieścił na trasie kilku profesjonalnych fotografów. To naprawdę kapitalny ruch i za to wielkie brawa dla ekipy Tour de Zbój! Na tych fotografiach nie tylko widać trudy i piękno rywalizacji, ale także piękno Roztocza. To uroczy i bardzo niedoceniany region, przez co też jeszcze niezadeptany jak chociażby Bieszczady. Z jednej strony fajnie jakby zyskał na popularności, ale z drugiej strony może lepiej żeby pozostał taki nieznany i dziki, bo to jedna z największych zalet Roztocza.

Sam wyścig to było takie trochę The Best of jeśli chodzi o Roztocze Środkowe i bardzo cieszę się, że mogłem tam trochę pokręcić, zwłaszcza, że pogoda wybitnie dopisała. Aneta także jest zachwycona i o ile co roku w ostatniej chwili wybieramy miejscówkę na urlop, który trwa w porywach tydzień za jednym zamachem to na przyszły rok na pewno meldujemy się na Roztoczu i nie sądzę, że skończy się na tygodniu :)

2021.06.13 – Żelebsko – Roztocze Epic MTB Maraton

Każdy kto był na Roztoczu, wie, że jest to świetne miejsce, oczywiście także na rower. Z jednej strony można tam fajnie pojeździć turystycznie – cisza, spokój i piękne tereny, a z drugiej to bardzo wymagające trasy pod względem wyścigowym. Tym bardziej, gdy za organizację biorą się osoby mające pojęcie jak taką trasę poprowadzić, a Tomek Knapik i Piotrek Magoch, którzy organizują ten maraton pokazali już w ubiegłym roku, że takie pojęcie zdecydowanie posiadają.

Ja w ubiegłorocznej edycji nie błysnąłem i miejsce 5. Open (3. M3) to była dla mnie porażka. W tym roku bardzo chciałem się odkuć, ale zdawałem sobie sprawę, że będzie jeszcze trudniej, bo konkurencja na liście startowej wyglądała bardzo mocno. To pozwoliło mi trochę ostudzić oczekiwania i do rywalizacji podejść na większym luzie. Ściganie na Pucharze Mazowsza dzień wcześniej nie pozwalało raczej na świeżą nogę, w dodatku 3h doprowadzania roweru  do stanu używalności po jeździe w błocie nie sprzyjało odpowiedniej regeneracji.

Gdy przychodzi czas startu pełne skupienie. Jedziemy, od razu jest szybko. Pilnuję czuba żeby nie zostać już gdzieś na początku. Paweł Kowalski dyktuje tempo, po pierwszych kilometrach zostaje nas już tylko kilka osób. Na dojeździe do kamieniołomu tempo lekko spada i wtedy atakuje Kamil Różalski.  Szybko zyskuje przewagę i znika. Nie mam sił żeby za nim pogonić, ale z drugiej strony nie panikuję, czuję, że nie jest na tyle mocny żeby dojechać na solo.  Współpracujemy we czterech: ja i Paweł Kowalski oraz Krzysiek Gajda i Sławek Skóra. Staram się nie odstawać, ale momentami jest naprawdę ciężko, ściganie dzień wcześniej daje znać o sobie. Przetrzymuję jednak ataki i po pewnym czasie gonimy już tylko we dwóch: ja i Krzysiek.

Przed nami ponad połowa maratonu i jeden uciekinier z przodu. Tempo ciągle idzie mocne, muszę mądrze gospodarować siłami. Dojeżdżamy do odcinka z porzeczkami, organizator prosił nas bardzo żeby nie jechać po polu. Jedziemy więc zarośniętą drogą i jakiś badyl wkręca mi się w przednie koło. Jest 18km trasy, nie ma opcji żebym się zatrzymał, więc do mety będę musiał słuchać jak to wszystko hałasuje.  W końcu przed nami pojawia się Kamil. Gdy go dochodzimy siada nam na koło, ale co chwila trochę zostaje i spawa, trochę go ta ucieczka musiała kosztować. Nie zwalniamy tempa, lepiej żeby nikt nas nie naszedł. Trasa jest bardzo przyjemna, co prawda podjazdy dają w kość i muszę się na nich naprawdę zaginać, ale za to zjazdy świetne. Płynne, szybkie, jak dla mnie łatwe technicznie, poezja. Kamil coraz bardziej zostaje i finalnie na czele zostaje nas dwóch.

Zbliżamy się do singla, który pokonywaliśmy już dzisiaj, na początku było w dół i tam musiałem się mocno spiąć, żeby nie stracić. Nie przepadam za takimi odcinkami, bo jest on dosyć techniczny, ale tym razem jest pod górę, co leży mi trochę bardziej. Jedziemy już bardzo mocno, w dół jechałem akurat za Krzyśkiem gdy goniliśmy Kamila, teraz jadę przed nim gdy uciekamy. Mam wrażenie, że tracimy tutaj bardzo i jakież jest moje zdziwienie gdy po maratonie widzę, że zabrakło mi tutaj 1sek. do KOMa (a w dół mam trzeci czas!). Za singlem zostaje jeszcze około 2,5km do mety.  Zaczynają się lekkie szachy.

Na ostatnim podjeździe jestem już na granicy sił. Szybki zjazd, na dole będzie zakręt w piachu i jakieś 400m do mety. Zjeżdżam pierwszy, daję nogom tę krótką chwilę odpocząć. Wchodzę agresywnie w ostatni zakręt i „teraz albo nigdy”. Na wyjściu rozkręcam fulla, wszystko co zostało jeszcze pod nogą. Dynamicznie, agresywnie. Puścił! Nie wierzę, oddech i poprawiam, żeby nie było żadnych wątpliwości. Jest przewaga, jest bezpiecznie, teraz ostatnie 200m do mety, wiem, że mam to w garści! Jest meta, wjeżdżam z uniesionymi rękami, zwyciężam open! Jestem tak szczęśliwy, że przez endorfiny zupełnie nie czuję zmęczenia. To jest mój dzień, nie wiem czy byłem najsilniejszy, ale wiem, że rozegrałem ten wyścig idealnie taktycznie, przez co zwycięstwo smakuje podwójnie :)

Ogromne gratulacje dla Tomka i Piotrka, bo z terenów wycisnęli maksa.  Organizacja maratonu na piątkę, wszystko zagrało idealnie. Atmosfera wyścigu też bajka: na lokalnych maratonach, gdzie wszyscy się znają zawsze jest inny, o wiele bardziej swojski klimat niż na komercyjnych spędach ze startami sektorowymi ;) Do zobaczenia na kolejnej edycji!

2020.01.26 – Mostki – ŚLR

Ostatni wyścig zimowego sezonu to ŚLR w Mostkach. Rok temu tam zwyciężyłem, dwa lata temu prowadziłem z dużą przewagą, ale przez defekt dojechałem ostatecznie piąty, a na drugi dzień byłem trzeci w duathlonie. Czyli miejsce, które kojarzy się raczej dobrze. W styczniu lekkie odpuszczenie treningów i mini-roztrenowanie, więc nie czułem się zbytnio w gazie i bałem się tego startu. Nie ma jednak odpuszczania, jadę do Mostków walczyć i wiem, że w pełni zadowolony będę tylko po zwycięstwie.

Na starcie kilka mocnych osób, m.in. Jarek Kleczaj czy Rafał Oleś. W związku z tym, że trasa jest szybka i w większości szutrowa to nie ma opcji odjazdu na solo, bo w obecnej formie to zakończyłoby się większą katastrofą niż ostatnio na Białym Kruku. Pozostaje jedynie mądra taktycznie i ekonomicznie jazda.

Start, po asfalcie zaciąga Olo, ja siadam na koło i przed wjazdem w teren wychodzę na czoło. Na szutrówkę wjeżdżamy dużą grupą. W większości na zmianie ja albo Rafał. Po pewnym czasie gdy większość ludzi woli wieźć się na kole odpuszczamy nieco tempo. Po sześciu kilometrach jest skręt w lewo i ostry podjazd singlem. Przyspieszam i wjeżdżam go jako pierwszy, podkręcam tempo. Pęka momentalnie i po kilku chwilach formuje się czteroosobowa czołówka – za mną jedzie Rafał Oleś, Rafał Rymarczyk i Jarek Kleczaj, więc bez niespodzianek. Po odcinku singli wjeżdżamy ponownie na szutry, a następnie wracamy w trudniejszy teren w Rezerwacie Wykus. Tam zaczyna zostawać Rafał Rymarczyk. Za Wykusem ostatecznie odpada od naszej trójki, choć jeszcze przez kilka kilometrów widzimy go za sobą.

Na podjeździe w kierunku Kamienia Michniowskiego  rozpoznawczo podkręcam tempo i widzę, że robi się luka. To dobry znak, ale odpuszczam, bo dzisiaj na pewno nie dam rady uciekać na solo przez 13km, zwłaszcza na długich szutrach byłoby to samobójstwo. 11km przed metą mamy ostatni, długi szutrowy zjazd przed technicznym odcinkiem, na którym może rozstrzygnąć się sprawa zwycięstwa. Wjeżdżam tam pierwszy i jadę swoje. Jakieś 7km przed metą Rafał popełnia błąd i zostaje, kilometr dalej Jarek wychodzi przede mnie, teraz to ja popełniam błąd, bo za późno redukuję bieg w terenie i spada mi łańcuch. Jarek odjeżdża, nachodzi mnie Rafał. Można by pomyśleć, że jest po zawodach, ale ja walczę do końca.

Rzucam się w pogoń, zrywam Rafała, który przez większość trasy dzielnie się trzymał, ale teren w końcówce wybitnie mu nie sprzyja. Jakieś 4km przed metą dojeżdżam do lidera. 1,5km przed metą wjeżdżamy na szutrówkę, którą jechaliśmy na początku maratonu. Droga wiedzie w dół, początkowo jadę na zmianie, ale później chowam się na tył. Tuż przed ostrym skrętem w prawo, 600m przed metą przypuszczam atak, błyskawicznie wyskakuję zza pleców Jarka, na wyjściu z zakrętu poprawiam i cisnę ile fabryka dała. Ostatnia hopka, wjeżdżam, oglądam się za siebie – puścił. Końcowe 300m jadę już pewny zwycięstwa i po 37,1km (1:32:41) melduję się na mecie z 11s. przewagi.

Z dużą niepewnością podchodziłem do tego wyścigu. Przez ostatnie trzy tygodnie prawie nie jeździłem – średnio 4,5h i 90km tygodniowo. Przyczyny były różne, nie miałem ciśnienia żeby pozostawać w rytmie treningowym, głowa chyba musiała trochę od tego wszystkiego odpocząć, organizm niekoniecznie – zmęczony absolutnie nie byłem i nie jestem. Chciałem się sprężyć jeszcze na ten jeden wyścig. W związku z szybką trasą musiałem obrać odpowiednią taktykę i odpowiednio gospodarować siłami. Plan zrealizowałem w stu procentach i pod tym względem był to jeden z moich lepszych wyścigów w życiu. Jestem szczęśliwy, że mocnym akcentem zakończyłem ten bardzo dobry sezon zimowy. Roztrenowanie chyba już za mną, po trzech tygodniach nicnierobienia czas wrócić do regularnych treningów, bo pierwszy wyścig letniego sezonu już za dwa miesiące. Zleci w mgnieniu oka :)