Tag: MTB

2021.04.24 – Jabłonna – Puchar Mazowsza XCO

Podobnie jak przed rokiem sezon MTB zacząłem Pucharem Mazowsza w Jabłonnej. Tym razem także był to drugi wyścig sezonu (na PP w Krynicy-Zdrój nie pojechałem, gdyż regulamin sobie, a sędziowie sobie, ale zostawmy to). Jedyne co się zmieniło, to fakt, że sezon zaczął się dwa miesiące wcześniej, czyli mniej więcej o normalnej porze. Średnio się tym przejmuje i całe to ściganie mało mnie teraz obchodzi, z drugiej strony wiadomo jak jest – coś tam jeżdżę, a do rywalizacji ciągnie, więc jak jest szansa to wsiadam w auto i jadę, akurat ta choroba jest rzeczywiście nieuleczalna…

Na miejsce dojeżdżam około godziny 10 i ku mojemu zdziwieniu spotykam tam ekipę chłopaków ze Skarżyska, dobrze ujrzeć znowu znajome twarze gdzieś w Polsce na ściganiu. Maratony póki co nie są organizowane, więc może parę nowych osób może wciągnie się w XCO, fajnie :) Na parkingu tłumy, a w biurze zawodów kolejka w jakiej dawno już nie stałem, na szczęście idzie w miarę sprawnie. Większość ludzi bez kagańców, dobrze zobaczyć w końcu uśmiechnięte oblicza, taki lekki powiew normalności :)

Po dopełnieniu formalności siedzę sobie w aucie i łapię promienie słońca. Odczuwalna +35st C. Aż nie chce się wychodzić na rozgrzewkę. Odwlekam rozgrzewkę jak tylko się da, ale w końcu przebieram się i wyjeżdżam na trasę. Początkowo oglądam wyścig, a gdy tylko można robię dwie zapoznawcze rundki. Trasa jak przed rokiem, chyba tylko nieznacznie zmieniona. Lubię bardzo interwałowe trasy, natomiast nie lubię żadnych sztucznych udziwnień i pewnie dlatego Jabłonna leży mi idealnie.

Po objeździe rundy znowu zalegam na słońcu i ładuję naturalną witaminę D. Gdy przychodzi czas rozgrzewki próbuję rozłożyć rolkę i chwilę pokręcić, ale okazuje się, że jest za krótka, nie wyregulowałem jej do górala, a w warunkach polowych nie chce mi się z tym bawić. Walić to, decyduję się pokręcić trochę w kółko jak to zwykle bywało. Na końcu i tak stygnę, gdyż start się opóźnia, a wyczytywanie kategorii junior i Masters I trwa całe wieki. Niestety stoję prawie na samym końcu stawki. Na 46 osób ponad 30 stoi przede mną. Nie spalam się tym, chociaż już wiem, że o czołówkę nie powalczę nie tylko z braku formy, ale także z powodu beznadziejnego ustawienia na starcie.

Sygnał i jedziemy. Staram się przebić do przodu, ale na prostej startowej jest ciasno i zyskuję niewiele. Dalsza część rundy też wąska i dopiero na podjazdach udaje mi się co chwila zyskać jakąś pozycję. Po pierwszej rundzie jestem 21. Na drugiej jest już trochę luźniej, ale ciągle, gdy utknie się za kimś na technicznym odcinku to jest problem z wyprzedzeniem. Na trzecią rundę wjeżdżam 15 a kończę ją 11. Teraz trzeba przechodzić już nie tylko Mastersów, ale także wolniejszych juniorów.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Na czwartej rundzie nachodzę Marcela, który też jedzie w teamie MetroBikes.pl Jedzie całkiem nieźle, szkoda, że później przydarza mu się defekt. Na ostatnie okrążenie wjeżdżam 10. Strata do zawodnika przede mną jest spora, przewaga nad tymi z tyłu bezpieczna i podświadomie jadę trochę luźniej, a nad najtrudniejszą przeszkodą (kłodą na zjeździe) dla pewności przebiegam. Nie chcę skończyć połamany w karetce z przyklejonym śmiertelnym wirusem. Pod koniec wyścigu nachodzę jeszcze jednego juniora i dla sportu (śmiesznie to brzmi w opisie wyścigu, ale tak to było) walczę z nim na kresce, z powodzeniem :) Jestem 10 w Masters I.

Na mecie szybko dochodzę do siebie. Nie wiem czy to dobrze, może za bardzo się oszczędzałem. Według własnego odczucia pojechałem nieźle i jestem w miarę zadowolony. Ciekawe co powiedziałyby liczby, ale przy zakładaniu miernika dzień wcześniej wyszły jaja, a opaski tętna zapomniałem, więc nie ma co analizować.

Fajnie, że WKK potrafiło zorganizować wyścig w czasie, gdy wszyscy dla własnego dobra mają rzucane kłody pod nogi. Tak trzymać, takim ludziom zawsze będę kibicował! Wkrótce ruszą pewnie pozostałe zawody, dostaniemy kilka miesięcy oddechu, więc trzeba się bawić i ładować akumulatory przed kolejną falą kłamstw i pozornej troski o wspólne dobro. Jak to mój serdeczny kolega ostatnio powiedział: „Dobrze, że mamy te rowery to przynajmniej możemy wyjść do ludzi a nie gnić zamknięci w czterech ścianach”.

2020.01.05 – Kielce – ŚLR

Na pierwszy wyścig w 2020 roku nie musiałem jechać daleko, bo zaledwie 4km na kielecki stadion lekkoatletyczny, skąd startował zimowy maraton ŚLR. Nastrój bojowy, czułem się nieźle i interesowało mnie tylko zwycięstwo.  Kilka dni przed startem przejechałem mały fragment trasy, część trasy znałem, ale sporej części nie objechałem, a nie chciałem tego robić w ostatniej chwili żeby nie ubić nogi.

W dzień startu temperatura ujemna, więc przynajmniej nie będzie wielkiego błota. Zapoznaję się z początkiem i końcówką trasy i wiem, żeby mimo wszystko nie ubierać się zbyt ciepło. Na starcie 77 osób, całkiem sporo. Plan na wyścig jest prosty – odjechać solo na pierwszym podjeździe. Najbardziej mogą mi w tym przeszkodzić Maciej Ściga i Patryk Kowalski.

Startujemy o 11. Od razu wychodzę na czoło i próbuję lekko naciągnąć grupę. Niestety idzie opornie i ogon jest spory. Na pierwszym podjeździe jadę trzeci. Przede mną Patryk oraz jeden z zawodników, których nie kojarzę – Robert Kozłowski. Ten drugi nawet odjeżdża na kilkanaście metrów, ale dochodzimy go i przez pierwszych kilka kilometrów jedziemy we trzech pierwsi. Po ponad 11km na zjeździe jestem już tylko z Patrykiem i na końcu zjazdu singlem po Wołowych Trasach przestrzeliwujemy trasę tracąc na tyle dużo czasu, że Robert oraz Maciek Ściga nas przechodzą. Patryk na szlak wraca trochę szybciej, bo zawrócił pierwszy, ja jestem z tyłu i gonię czołową trójkę. Patryka i Roberta nachodzę po kilku minutach, widzę też Maćka z przodu, ale nie jestem w stanie dospawać. Wkrótce Maciek ucieka na tyle, że tracimy go z oczu.  Cisnę ile się da, ale wygląda na to, że sytuacja robi się naprawdę nieciekawa.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

 

Gdy dojeżdżamy do zjazdu z Góry Kolejowej widzę Maćka, który jest na dole. Jest jeszcze szansa. Zjazd jest dla mnie za trudny technicznie, zbiegam. Tam chyba zostaję już tylko z Patrykiem. Za drugim bufetem, po około 18km zaczynam mu odjeżdżać na niezbyt stromym, ale piaszczystym podjeździe, a później na zjeździe. Dystans do mety coraz mniejszy i nie ma już co kalkulować, trzeba gonić. Niecałe 9km przed metą, na długiej prostej ponownie widzę przed sobą Maćka. Nie podpalam się na jakieś błyskawiczne zmniejszenie kilkusetmetrowej straty tylko konsekwentnie trzymam solidne, mocne tempo.  Na początku podjazdu po Kamienną strata jest już naprawdę mała, około 20 sekund. Kilkanaście metrów przed szczytem dojeżdżam do rywala. Od razu wychodzę na czoło, od szczytu jest niecałe 4,5km do mety, próbuję odjechać na zjeździe, ale Maciek zjeżdża bardzo dobrze.

Zostaje finałowy podjazd stromą i techniczną granią. Ostatnie miejsce z dopingującą ekipą.  Tutaj ogromne podziękowania dla chłopaków, którzy byli już wcześniej w kilku miejscach na trasie, krzyczeli, nagrywali filmiki, dopingowali. Nie wymieniam z imienia, bo na pewno o kimś zapomnę, ale dziękuję, że nas dopingowaliście w tym zimnie, to zawsze pomaga! Jedziemy we dwóch, ja prowadzę. Podjazd zaczynam spokojnie, ale z kolejnymi metrami coraz bardziej podkręcam. W około 2/3 podjazdu Maciek w końcu puszcza. Jest 3km do mety, nie pozostaje nic innego jak szybka jazda w dół do mety. Ostatnie 2km to już łatwy i szybki odcinek, prowadzący minimalnie w dół. Tutaj już nie ma kalkulacji, cisnę ile fabryka dała, co chwilę oglądając się za siebie. Jest bezpiecznie, już wiem, że tylko defekt może zabrać mi zwycięstwo.

Na metę wpadam z czasem 1:35:33, jedynie 17 sekund przed Maćkiem. Jestem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy, bo to dla mnie cenne zwycięstwo. Spodziewałem się, że bycie w rytmie przełajowym sporo mi ułatwi, ale okazało się, że rywale nie śpią. Maciek postawił bardzo trudne warunki i cieszę się, że byłem w stanie podjąć walkę i wyszedłem z niej zwycięsko. Rok rozpoczęty idealnie, teraz trzeba kontynuować dobrą passę :)

2019.01.13 – Janów Lubelski – Biały Kruk MTB

Biały Kruk w Janowie to maraton, który darzę szczególnym sentymentem ze względu na to, że organizuje go fajna ekipa, wkładająca dużo serca żeby impreza stała na wysokim poziomie oraz dlatego, że zwyciężyłem w pierwszej, bardzo zimowej edycji, która była dla mnie debiutem w barwach MetroBikes.pl :)

Ubiegłoroczny maraton odbył się w warunkach mroźnych, ale bezśniegowych, a ja odwaliłem taką akcję na rozgrzewce, że ostatecznie nie stanąłem na starcie i zły wróciłem do domu. W tym roku miał nastąpić rewanż. Organizatorzy zaklepali mi nawet startowy numer 1, co było mega miłym gestem.

Tydzień przed zawodami wracałem z wyścigu w Kurowie i zajechałem na grupowy objazd trasy. Poszło gładko na przełaju, ale stwierdziłem, że jeśli mam walczyć o zwycięstwo to muszę sięgnąć po nowiutkiego górala na sezon 2019. Rower stał już od kilku tygodni złożony, wymagał jedynie zalania kół mlekiem. Nie obyło się bez nerwówki w wieczór poprzedzający start, kiedy to okazało się, że używana opona z ubiegłego sezonu, która miała wylądować na tylnym kole jest rozcięta. Tutaj ogromne podziękowania dla Ryśka, który namierzył wadę i znakomicie sobie z nią poradził :)

Na miejscu pobieram numer, zapoznaję się z początkiem i końcówką trasy. Maraton zapowiada się świetnie, bo jest pełno śniegu, ale nie jest ślisko. Na starcie dużo znajomych: zarówno z Lubelszczyzny jak i grupa z Kielc. Wielu ludzi zagaduje, bo pamięta zwycięstwo sprzed roku, albo inne dobre starty i traktują mnie jako faworyta, mówiąc, że pewnie ja wygram. To miłe i sam bardzo chce zwyciężyć, ale rola faworyta nie jest łatwa i na pewno nie daje komfortu psychicznego na starcie. Zdaję sobie jednak sprawę, że tylko zwycięstwo sprawi, że będę mógł ten wyścig zaliczyć na plus.

Ustawiam się w pierwszej linii z prostym planem: ogień od startu i niech mnie gonią :D Startujemy! Od razu wprowadzam plan w życie, wychodzę na prowadzenie i uciekam. Kilkadziesiąt metrów za sobą widzę Andrzeja, po kilku minutach popełniam błąd i wjeżdżam w śnieg. Ten mnie prawie dogania, ale wracam na właściwy tor jazdy i znowu się oddalam. Kilka kilometrów dalej przewaga robi się już spora, a później już nie widzę za sobą nikogo.

Odjeżdżam jak na pierwszej edycji. Tym razem trasa jest chyba bardziej przejezdna, bo całość da się pokonać bez potrzeby biegania. Skupiam się na płynnej jeździe, ale przez całą trasę daję mocno do pieca, co widać po tętnie (średnio 181 uderzeń na minutę co jest wartością wysoką jak na temperaturę w okolicach zera stopni C.). Udaje się przejechać trasę zaliczając tylko jedną glebę, która wynikła bardziej z dekoncentracji. Na szczęście szybciej się podniosłem niż upadałem.

 

Na ostatnich sześciu kilometrach pojawia się jedna z większych trudności na trasie, czyli wyprzedzanie najwolniejszych zawodników z krótszego dystansu. Wymaga to czasami jazdy nieoptymalnym torem jazdy, ale na szczęście bardzo nie spowalnia, a większość wyprzedzanych zjeżdża wcześniej na bok. Gdy mam jakieś trzy kilometry do mety jestem prawie pewien, że jeśli nie przydarzy się jakiś defekt to zwycięstwo mam w kieszeni. Oczywiście nie zamierzam zwalniać i do samego końca jadę dosyć mocno. Na metę wjeżdżam z czasem 1:10:29 z przewagą prawie czterech minut nad Andrzejem, który jest drugi. To moje trzecie zwycięstwo z rzędu, takiej passy nie miałem nigdy!

Dziękuję Bike Clubowi Janów Lubelski za super wyścig. Po maratonie rozmawiałem z wieloma osobami i każdy bardzo chwalił wysoki poziom organizacyjny i świetną, rodzinną atmosferę. To wyróżnia takie lokalne wyścigi, że tutaj organizatorom się po prostu chce żeby wszystko wypadło dobrze i starają się podwójnie. 166 osób na starcie wyścigu głównego i kolejne kilkadziesiąt na krótkim dystansie to wynik świetny, świadczący o tym, że ten maraton ma spore grono fanów, do którego oczywiście także należę i należałbym nawet gdybym zajął dalsze miejsce! Do zobaczenia za rok, z przyjemnością przyjadę walczyć o kolejne zwycięstwo! :)

2017.08.13 – Biłgorajski Cross Duathlon

Początkowo na długi weekend sierpniowy miałem inne plany startowe, ale plany są po to, żeby je modyfikować. W duathlonie w Biłgoraju startowałem już dwa razy i bardzo miło wspominałem te zawody, dlatego ostatecznie zdecydowałem się na kolejne biegowo-rowerowe wyzwanie.

Z Kielc do Biłgoraja wybrałem się oczywiście z Anetą, żeby w razie mojego niepowodzenia przywieźć jakiś puchar za pierwsze miejsce ;) Znam trasę zawodów i wiem, że jest łatwa, dlatego mam nadzieję, że zapowiadane deszcze zrobią co trzeba żeby utrudnić zadanie biegaczom. Niestety na objeździe okazuje się, że w ogóle nie ma błota i jest szybko. W przeciwieństwie do poprzednich lat jest też chłodno.

Przychodzi godzina 11 i startujemy. Tradycyjnie dobrze zaczynam bieg i jestem w czołówce. Tempo jest wysokie, ale biegnie mi się nadspodziewanie dobrze. Na przestrzeni kilometrów stawka się rozciąga, ale wciąż wśród zawodników z kategorii solo jestem w okolicach podium. Pierwszą konkurencję kończę czwarty solo i dziewiąty open z czasem 20:42 na 5,2km. W strefie zmian przyzwoicie, ale bez szału, po czym wskakuję na rower i razem z Marcinem Bigorajem (wbiegliśmy po sobie do strefy) ruszamy w pogoń. Współpraca układa się dobrze i współpracujemy przez około połowę pierwszego kółka, ale po zamieszaniu na singlach, gdzie dochodzimy kilku zawodników Marcin zostaje.

Bez oglądania się cisnę mocno, ale na plecach mam jednego z rywali, których dogoniłem. Niestety jest on zbyt słaby żeby dawać mocne zmiany i zbyt mocny żeby go urwać. Jedziemy tak razem przekonani, że prowadzimy, aż na przedostatnim kółku doganiamy rzeczywistego lidera. Na ostatniej rundzie doskakuje do nas Artur Kozak, który jedzie w sztafecie i na jego kole wieziemy się do strefy zmian. Na ostatnim kilometrze odjeżdżam z Arturem nadrabiając nieznacznie nad moim rywalem w kategorii solo, ale w strefie zmian i tak cała czołowa trójka kategorii solo się zjeżdża. Czas pierwszej zmiany i 21km etapu rowerowego to 43:27, najlepszy wśród solistów. Druga zmiana zajmuje mi kilka sekund za dużo, bo zaciskana sznurówka się psuje i muszę ją zawiązać w tradycyjny sposób.

 

Finałowy bieg rozpoczynam ze stratą kilkudziesięciu metrów do lidera, tuż za mną rywal, z którym pokonałem większość odcinka rowerowego. Obydwaj są zdecydowanie szybsi ode mnie, ale przez pierwszy kilometr biegnę przyklejony do gościa na drugim miejscu. Przy skręcie na małe kółko biegowe zaczynam już tracić dystans i od tego czasu walczę już tylko o utrzymanie podium. Na szczęście niezagrożony dowożę na metę trzecie miejsce (druga zmiana plus bieg 2,8km to 13:01 i 13. wynik solo). Łączny czas 1:17:11, ponad trzy minuty szybciej niż przed rokiem, ale miejsce znowu 3. open i 2. w kategorii wiekowej. Chciałem zwyciężyć, ale z podium jestem szczerze zadowolony. Najbardziej cieszy mnie o wiele lepszy czas biegów niż to było na poprzednich duathlonach. Biorąc pod uwagę, że jest jeszcze spore pole do poprawy nie rezygnuję z myśli o zwycięstwie w takich zawodach w kolejnych sezonach :) Ogromne gratulacje należą się Anecie, która zwyciężyła w trzecim duathlonie z rzędu. Ma zdrowie dziewczyna!

Co do podsumowania. Kiedy piszę te słowa (a jest środa po wyścigu) ledwo chodzę, strasznie bolą mnie uda i o dziwo ramiona. Czy było warto? Tak! I nie chodzi bynajmniej o plastikowy pucharek i więcej niż zwykle lajków na Instagramie. Kolejny raz mogłem się sprawdzić i powalczyć, a zupełnie inaczej walczy się o ósme czy piętnaste miejsce, a zupełnie inaczej gdy zwycięstwo jest w zasięgu. Tym razem było. Pod koniec etapu rowerowego nawet prowadziłem, ale przewaga była zbyt mała żeby obronić ją podczas ostatniego biegania. Przyjdzie taki czas, że poprawię bieganie i wygram ten duathlon, póki co buty biegowe chowam głęboko do szafy i jadę dalej. W niedzielę Metrobikes.pl MTB Cross Maraton w Bodzentynie.