Tag: Wyścig

2021.10.02 – Zwierzyniec – Ultraroztocze

O Ultraroztoczu MTB usłyszałem w ubiegłym roku kilkanaście godzin przed startem. Do późnego wieczora zastanawiałem się nad pojechaniem w nocy z Kielc do Zwierzyńca i nad startem, ale niestety zamiast się po prostu zebrać i pojechać zacząłem sobie racjonalizować, że za późno, że na wariata, że tak bez sensu itd. Chyba robię się stary, bo kilka lat temu po prostu wsiadłbym w auto i pojechał. Jak zwykle w tego typu sytuacjach bywa zamiast żałować, że pojechałem w ostatniej chwili i coś tam nie poszło do końca tak jak trzeba to żałowałem, że nie pojechałem. Postanowiłem więc od razu, że kolejnej edycji już nie odpuszczę i jak tylko sezon wyścigowy ruszył to wpisałem Ultraroztocze do kalendarza startowego.

Do wyścigu nie przygotowywałem się jakoś szczególnie, przystąpiłem do niego właściwie z marszu. Moim zdaniem na tego typu maratony ważne jest raczej wypracowana na przez lata wytrzymałość i doświadczenie oraz porządna logistyka. W związku z tym dzień przed wyścigiem pojechałem z Anetą na przejażdżkę zaliczając pierwsze 21km i ostatnie 4km, dzięki czemu znałem sporą część trasy, a zwłaszcza przez pierwszą godzinę mogłem jechać mocno i pewnie, co miało pozwolić na zbudowanie odpowiedniej przewagi nad resztą stawki oraz ułożenie sobie taktyki na ewentualny finisz.

W dzień wyścigu po szybkim śniadaniu jadę na start, który jest o 7 rano. W związku z tym decyduję się na jazdę w spodenkach 3/4 a na górę w ostatniej chwili dodaję kamizelkę. Rękawiczki oczywiście jesienne – w moim przypadku lepiej mocno zapocić ręce niż pozwolić im zmarznąć. Chwilę po 7 startujemy. Pierwsze kilka kilometrów prowadzi asfaltem, nie forsujemy tam tempa, ale już widać jakiś mały zarys czołówki. Gdy wjeżdżamy w teren od razu jest dosyć mocno pod górę. Długa droga przed nami, więc staram się wjeżdżać spokojnie. O dziwo zostaje za mną tylko Darek Paszczyk, który także zaskoczony jest taką sytuacją. No cóż, można powiedzieć, że po czterech kilometrach wyścig z grubsza jest rozstrzygnięty. Kontrolnie podkręcam tempo żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nikt groźny w grupie za nami nie jedzie. Widzę, że Darek też niekoniecznie będzie w stanie trzymać moje tempo, ale nie za bardzo uśmiecha mi się jazda samemu na tak długim dystansie, więc nie szastam nadmiernie siłami.

Pierwsza godzina mija szybko, mimo, że trasa jest oznaczona dosyć przeciętnie to dzięki wcześniejszemu objazdowi ten fragment jadę płynnie, jedyne na co muszę uważać to żeby nie zerwać zbyt wcześnie Darka. We dwóch jedzie nam się dobrze, można powiedzieć, że jak za dawnych lat, kiedy to na maratonach wielokrotnie kręciliśmy się w tych samych okolicach na liście wyników. Po 22km jest rozjazd, w którym strażak kieruje nas w lewo. Obydwaj mamy wgranego tracka i jasno wychodzi, że powinniśmy jechać prosto. W tym miejscu trasa biegowa i rowerowa chwilowo się rozmijają. Mimo, że oznaczenia na asfalcie są niejasne to jesteśmy świadomi tych różnic, jedziemy więc zgodnie z wskazaniami Garminów.

Już od dawna nikogo nie widzimy za sobą, więc nie podpalamy się na super mocne tempo. Od kilku kilometrów zaczynamy już wyprzedzać biegaczy, którzy wystartowali wcześniej. W pewnym momencie dostrzegamy przed nami dwóch gości na rowerach. Ewidentnie wyglądają na turystów, ale gdy do nich dojeżdżamy okazuje się, że mają numery startowe. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że przed nami jest co najmniej kilku zawodników. Wychodzi na to, że strażak, który chciał nas zmylić źle pokierował pozostałych zawodników i nieświadomie skrócili trasę. Jesteśmy w plecy jakieś 7-8km. Nie pozostaje nic innego jak gonić.

Zwiększamy więc tempo, ale nie jest to szaleńcza pogoń. Nie wiem za bardzo co zrobić w tej sytuacji. Z jednej strony mam chęć olać wspólną jazdę i spróbować jechać na fulla byle tylko dojść zawodników przed mną, z drugiej czuję, że nie jest to niezbędne i staram się trzymać nerwy na wodzy. Co chwilę dopytuję biegaczy ilu zawodników przed nami. W końcu zaczynamy doganiać kolejnych kolarzy, ale gdy pada liczba, że przed nami jest pięciu i dochodzimy kolejnych trzech to kolejne info jest, że z przodu jest siedmiu. Załamka po całości.

Po drodze na słynnych torfowiskach wyprzedzamy kolejną kilkuosobową grupkę. To miejsce, którego wszyscy bali się przed startem, chodziły opowieści, że jest pół kilometra brodzenia po kolana w wodzie, ale jak zwykle okazało się, że historia mocno ubarwiona. Finalnie było kilka minut spaceru, czasem może po kostki jak źle postawiło się nogę, ogólnie rzecz biorąc – luzik :) Gdy wyprzedziliśmy już grubo ponad dziesięć osób dojeżdżamy do punktu kontrolnego w Suścu. Tam zostawiam kamizelkę i tankuję bidon. Dostajemy info od ludzi na punkcie, że jesteśmy pierwsi, ale jeden z zawodników twierdzi, że jednak z przodu ktoś jeszcze jedzie. Gdy wyprzedzamy kolejnych biegaczy tuż za Suścem to opinie także są podzielone. Zupełnie nie wiem co się tutaj odwala :D

Po kolejnych kilku kilometrach zaczynamy kombinować, że może ktoś jedzie trasą rajdu przed nami. I rzeczywiście trop okazuje się słuszny. W końcu doganiamy jakąś dziewczynę na przełajówce, która potwierdza, że od kilkunastu kilometrów jedzie po trasie i że przed nami nikogo nie ma. Do mety zostało niecałe 40km, znowu można trochę odpuścić z tempem, chociaż tak naprawdę jakoś specjalnie mocno go nie podkręcaliśmy.

Dojeżdżamy do Rezerwatu Święty Roch, który znajduje się około 25km przed metą. Tutaj czeka na nas bardzo długie i strome podejście po schodach. Z rowerami na plecach i ponad 80km w nogach nie jest to przyjemna wspinaczka, ale powoli wdrapujemy się na górę. Szybki zjazd do Krasnobrodu i stąd już tylko kilkanaście kilometrów po płaskim w kierunku mety. Postanawiam poruszyć z Darkiem temat ewentualnego finiszu. Wspólny wjazd na metę w tym przypadku mnie nie interesuje i jestem gotów się pościgać, ale w końcu ustalamy, że skoro dużo więcej pracowałem z przodu to uczciwie będzie jak wjadę pierwszy. Gdy mamy już jasność w zakresie finiszu i wyjeżdżamy z Guciowa (103,5km) jest ponad 5km odcinek asfaltem. Jadę go w całości na zmianie, gdyż nie ma już sensu jakiekolwiek oszczędzanie się, a lepiej skończyć wyścig wcześniej i zacząć odpoczywać niż się ociągać i jechać do nocy ;)

Jakieś 3,5km przed metą, przy zjeździe z asfaltu, jest ostatni punkt kontrolny, ale jesteśmy tak rozpędzeni, że nawet go nie zauważamy i przejeżdżamy obok :D Dopiero gdy zobaczyłem wyniki i brak naszych międzyczasów zacząłem się zastanawiać o co chodzi i po dłuższej chwili zaczaiłem, że tam były maty z pomiarem czasu. Ostatnie kilometry prowadzą przez las, w pewnym momencie mocno dotknięty wycinką i nieuprzątniętymi gałęziami, w dodatku trochę podmokły. Konieczne jest noszenie roweru, ale znam już ten fragment i jestem na to przygotowany. Ostatnie 1,5km to już asfalty w Zwierzyńcu. Kilometr przed metą, zgodnie z ustaleniami przyspieszam, ale w taki sposób żeby nie było żadnych wątpliwości.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Na metę wpadam kilka sekund przed Darkiem. 112,5km i 5h48min jazdy za nami. To był bardzo sympatyczny poranek na roztoczańskich trasach, zakończony moim drugim zwycięstwem Open w tym sezonie i drugim na Roztoczu. Dzięki Darek za wspólną jazdę, razem szybko zleciało! :) Polecam wszystkim ten wyścig ze względu na rodzinną atmosferę i bardzo dobrą organizację. Mocną stroną imprezy są kapitalne zdjęcia, gdyż Organizator jak co roku opłacił i umieścił na trasie kilku profesjonalnych fotografów. To naprawdę kapitalny ruch i za to wielkie brawa dla ekipy Tour de Zbój! Na tych fotografiach nie tylko widać trudy i piękno rywalizacji, ale także piękno Roztocza. To uroczy i bardzo niedoceniany region, przez co też jeszcze niezadeptany jak chociażby Bieszczady. Z jednej strony fajnie jakby zyskał na popularności, ale z drugiej strony może lepiej żeby pozostał taki nieznany i dziki, bo to jedna z największych zalet Roztocza.

Sam wyścig to było takie trochę The Best of jeśli chodzi o Roztocze Środkowe i bardzo cieszę się, że mogłem tam trochę pokręcić, zwłaszcza, że pogoda wybitnie dopisała. Aneta także jest zachwycona i o ile co roku w ostatniej chwili wybieramy miejscówkę na urlop, który trwa w porywach tydzień za jednym zamachem to na przyszły rok na pewno meldujemy się na Roztoczu i nie sądzę, że skończy się na tygodniu :)

2021.08.22 – Karpacz – Uphill Race Śnieżka

Są wyścigi ważne i mniej ważne, ale są też takie, na których trzeba być i koniec. Dla mnie takim wyścigiem od dwóch lat jest Uphill Race Śnieżka. Miałem wielu znajomych, którzy w nim startowali i nigdy nie rozumiałem sensu podróżowania ponad 600km żeby wjechać na jakąś (zresztą wcale nie tak wysoką) górę. Sytuacja zmieniła się w 2019 roku, gdy podczas urlopu wchodziłem tam z buta. Już w połowie drogi wiedziałem, że muszę tam wjechać rowerem. Nie zamierzałem czekać całego roku i już po miesiącu byłem zdobywcą Śnieżki na rowerze. Co prawda zapisy na wyścig są na wiosnę i po 30 sekundach limit uczestników jest osiągnięty, ale jak to mówią „dla chcącego nic trudnego” ;)

Pierwszy wjazd był typowym rekonesansem (na 10,5kg rowerze trudno nastawiać się na dobry wynik), więc 19. miejsce i czas 1:03:15 były do zaakceptowania. Na kolejny sezon postanowiłem się jednak lepiej przygotować i specjalnie w tym celu kupiłem najnowszego Epica HT na bardzo lekkiej i pięknej ramie, w dodatku w najszybszym, czerwonym kolorze. Miała to być baza Śnieżkowozu, który finalnie zaważył 7,85kg. Oczywiście sam sprzęt bez treningu nie jeździ, ale sama świadomość, że rower jest lekki już dodaje +10 do szybkości :) Na 2020 rok celem było zejście poniżej godziny i zrobiłem to ze sporym okładem (57:50), zajmując w dodatku 10. miejsce Open. Po tym wjeździe mój apetyt urósł jeszcze bardziej, bo wiedziałem, że jestem w stanie tak się przygotować żeby poprawić swoją pozycję.

Oczekiwania to jednak jedno a rzeczywistość drugie. Forma w obecnym sezonie jest niezła, ale tygodnie leciały a ja mimo coraz bliższego terminu wyścigu na Śnieżkę nie podejmowałem specjalistycznego treningu, standardowo jeździłem przejażdżki i skupiałem się na czerpaniu przyjemności z jazdy. Tak było aż do połowy lipca, kiedy to nastąpiła lekka zadyszka, właściwie bardziej mentalna niż fizyczna. Dobrze znam swój organizm i czułem, że pod względem objętości też odrobinę przeginam i warto nieco odpuścić. Miesiąc przed zawodami jeździłem sporo mniej, bez zmuszania się do regularnego treningu za wszelką cenę. Zrobiłem też kilka dłuższych, ponad 200km przejażdżek, a jedynym wyścigiem w jakim wystartowałem w miesiącu poprzedzającym Śnieżkę był ultramaraton gravelowy, który był miłą odmianą w stosunku do typowych wyścigów MTB.

Po miesiącu odpuszczenia reżimu treningowo-wyścigowego nie wiedziałem zupełnie czego się spodziewać, ale byłem umiarkowanym optymistą. Plan minimum zakładał więc zejście poniżej godziny żeby nie było wstydu. Zupełnie nie myślałem o miejscu, bo to zależne jest nie tylko ode mnie, ale nie spodziewałem się zbyt dobrej pozycji, byłem prawie pewny, że czeka mnie druga dziesiątka.

W dzień zawodów zjadłem dosyć późne, a w związku z tym mikre śniadanie. Późno wyjechałem na rozgrzewkę i zupełnie zapomniałem, że bagaż, który jest zawożony na metę zdaje się do 8:30. Spóźniłem się dwie minuty, ale udało się zostawić plecak GOPRowcom. Kolejny raz na farcie ;) Pora na wjechanie do sektora. Rok temu nie przeciskałem się jakoś przesadnie do przodu, ale w tym roku już nie zamierzałem odpuszczać dobrej pozycji startowej. Bez problemów i w przyjaznej atmosferze przeszedłem sobie aż do drugiej linii startowej. Do pierwszej jakoś się nie ośmieliłem, ale za rok jak będzie miejsce…

W sektorze atmosfera luźna, gawędzimy sobie o naszych śnieżkowozach (mój w tym roku jest odrobinę cięższy – 8,15kg), o tym jak to było przed rokiem i takie tam głupoty. Jest ciepło, słońce świeci, oby tak co najmniej do szczytu ;) Przed godziną 9 końcowe odliczanie i startujemy. Od razu zajmuję strategiczną pozycję prawie na samym przedzie. „Prawie”, oczywiście żeby nie zbierać całego wiatru na siebie, gdyż podczas wjazdu niestety wieje w twarz. Na asfaltowym odcinku tego nie czuć. Większość czasu jadę za Przemysławem Niemcem, chyba przez każdego uważanym za faworyta tego wyścigu. Od czasu do czasu kontrolnie patrzę na miernik mocy, który ciągle pokazuje powyżej 300W. To za dużo jak na mnie, ale w ogóle tego nie czuć. Mam nawet podejrzenie, że znowu ta biedna elektronika musiała się poddać, ale jak się później okaże wygląda na to, że wszystko działało dobrze.

Gdy zaczynają się agrafki na asfalcie nie mogę sobie odmówić ścinania zakrętów. Tym sposobem wychodzę nawet na prowadzenie i jadę tak przez kilka minut. Tempo nie jest zawrotne, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Z perspektywy czasu stwierdzam, że było to dobre posunięcie, gdyż dzięki temu pakiet zdjęć z wyścigu mam naprawdę pokaźny ;) Dzień dziecka kończy się po 3,5km po wjeździe na bruk. Nie zamierzam kozaczyć i przechodzę w tryb tempomatu żeby jechać swoje i nie zagotować nóg. Odcinek przy Świątyni Wang jest bardzo stromy, ale o ile przed rokiem naprawdę poczułem tam mięśnie, tak tym razem kończy się na strachu. Jadę swoje w okolicach pozycji 9-11. Czołówka odjeżdża, a z tyłu robi się całkiem bezpiecznie.

Po kilku początkowych wypłaszczeniach zadomawiam się na 9. pozycji i jadę równym tempem w stronę szczytu. Zaczynam zbliżać się do zawodnika przede mną. Na szczęście nie podpalam się ani trochę i nie zrywam tempa. Jesteśmy coraz bliżej punktu pomiaru czasu za Strzechą Akademicką (8,3km). Mam tam czas gorszy o 46 sekund niż w 2020, ale jestem świadomy, że jest to spowodowane niesprzyjającym wiatrem. Szybka kalkulacja i wychodzi na to, że jest spora szansa na spełnienie celu minimum i zejście poniżej godziny.

Na długiej prostej za pomiarem czasu w końcu przechodzę swojego rywala i wskakuję na 8. miejsce. Ciągle jadę swoje, droga bardzo się dłuży, podłoże staje się coraz bardziej nierówne i trudno znaleźć optymalny tor jazdy, ale gdy tylko się wypłaszcza to nawierzchnia poprawia się i rozkręcam. Szybki zjazd w kierunku Domu Śląskiego i rozpoczynam finałową wspinaczkę. Nogi pochłonięte są pedałowaniem, za to w głowie nieustanne przeliczanie. Przede mną pusto, wiem, że nie dogonię już nikogo, gra toczy się o zejście poniżej godziny i utrzymanie ósmego miejsca. Zawodnik z tyłu nie poddaje się, dzięki czemu muszę mocno kręcić i kontrolować bezpieczną przewagę. Na Drodze Jubileuszowej widzę Anetę, która idzie z aparatem na szczyt. Robi mi fotki, dopinguje. Biorę kilka ostatnich łyków z bidonu i rzucam go na bok, przekonany, że Aneta to widziała i zabierze go na górę. Trzeba zbijać masę na finałowe metry ;)

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Jakieś 200m przed metą jestem już pewien, że dowiozę ósme miejsce do mety i zejdę poniżej godziny, więc nie muszę już przeprowadzać żadnej szarży w końcówce. Jestem na szczycie po 59:21 jazdy (8. Open, 5. M3). Zadowolony z czasu, jeszcze bardziej zadowolony z miejsca i jeszcze bez kołaczących w głowie pytań „Co by było gdyby [rower był jeszcze lżejszy, trening dużo bardziej sprofilowany pod wyścig]?” Na górze kilka pamiątkowych fotek, po czym biorę od Anety kurtkę i zjeżdżam do Domu Śląskiego, gdzie czekają na mnie ciepłe ubrania oraz przedni hamulec i tarcza ;) Po drodze uświadamiam sobie, że Aneta jednak nie zabrała bidonu, na szczęście udaje się go znaleźć, pisałem już coś o farcie? ;)

Po dociążeniu mojego roweru o 300 gramów czekam na zjazd, który wcale nie jest taki przyjemny, bo na sztywnym widelcu trzepie niesamowicie po łapach. Trzeba robić postoje żeby dać rękom odpocząć oraz trafić na większą lukę w grupie zjeżdżających i móc się swobodnie rozpędzić zamiast trzymać palce na klamkach i gotować hamulce. Całość zjazdu netto trwa około pół godziny. Na dole dowiaduję się, że dekorowane są pierwsze piątki w kategoriach wiekowych, co oznacza, że w tym roku załapałem się nawet na jakieś nagrody.

I tak przygodą ze Śnieżką AD 2021 się zakończyła. W tym miejscu powinienem powklejać linki do moich sponsorów, podziękować trenerowi, dietetykowi itp., ale tego nie zrobię, bo wyjazd został sfinansowany z portfela z napisem „Bad Motherfucker”, czyli z mojego. Podziękowania dla Najukochańszej Anety za wspólny wyjazd i w ogóle za wszystko oraz dla ojców dyrektorów: Kordiana i Jacka z MetroBikes za wsparcie sprzętowe oraz błogosławieństwo ;) Trzy Uphille za mną i za rok wjeżdżam po raz czwarty. Wiem, że mam jeszcze duże rezerwy i stać mnie na więcej i w przyszłym roku zamierzam zrobić życiówkę! :)

PS. W oczekiwaniu na dekorację zauważyłem mały szczegół, który dał mi do myślenia. Przemek Niemiec ma niezwykle chude łydki, chyba jeszcze bardziej niż moje (zresztą w ogóle jest bardzo wycieniowany, a przecież zakończył już zawodową karierę). Skoro z takimi nogami jak patyki można się dobrze wspinać to chyba jest dla mnie nadzieja :D

2021.07.30 – Sabat Gravel

Tak się dziwnie zadziało, że po raz pierwszy od czterech lat wystartowałem w ultramaratonie, w dodatku w wersji gravelowej. Oprócz Mazovii 24h MTB w 2014 brałem udział tylko w szosowych ultramaratonach. O ile do powrotu na trasę Mazovii 24 nie było mi spieszno, tak o gravelowym wyścigu myślałem już od dłuższego czasu. Ultramaratony po długiej przerwie też gdzieś tam w głowie zaczynały się kołatać, więc połączenie ultra i gravelu wydawało mi się idealnym pomysłem. Bogactwo imprez w tym klimacie jest ostatnio wręcz porażające, aż dziw bierze, że tak wiele ludzi przerzuciło się na ultra i gravele. Po zaplanowaniu kalendarza startów na ten rok w szerokim polu zainteresowań znalazły się dwa wyścigi: Brejdak Gravel wokół rodzinnego Lublina, oraz Sabat Gravel wokół Kielc, gdzie od kilku lat mieszkam. Na ten pierwszy wyścig w końcu się nie zdecydowałem, ale gdy data Sabat Gravel była już bliska zacząłem się mocno zastanawiać czy nie czas w końcu na ultragravelowe wyzwanie.

Gdybym sztywno trzymał się zaplanowanego kalendarza to musiałbym ultra w tym roku odpuścić, ale postanowiłem nie startować w MP XCO w tym roku, ani w etapówce MTB w Gorcach. W związku z tym mogłem spokojnie zaryzykować zamulenie nogi przez ultra, zamiast tradycyjnego startu w Biłgorajskim Duathlonie, który odbywał się w tym samym terminie, a który odpuściłem nie bez żalu (do tej pory byłem na wszystkich edycjach). Trasa w Biłgoraju jest jednak za łatwa i sprzyja bardziej biegaczom niż kolarzom, co zawsze na starcie stawiało mnie na straconej pozycji, więc tym razem postanowiłem wystartować gdzie indziej. Na horyzoncie był jeszcze Uphill na Szrenicę, ale ostatecznie szala przeważyła się w stronę ultragravelowania.

W środę przed startem zapytałem Organizatora czy jest jeszcze możliwość wystartowania i okazało się, że mam szczęście, bo zwolniło się jedno miejsce. Znak, hmm? Po chwili spojrzałem w regulamin oraz w datę i zaczaiłem, że maraton nie startuje w sobotę, tak jak pierwotnie myślałem, a w piątek. Jeden dzień mniej na przygotowanie roweru, w dodatku „na tygodniu”. Cały czwartek wahałem się co robić i przyznam szczerze, że w pewnym momencie już nawet odpuściłem. I tutaj ogromne podziękowania dla Anety, która napisała mi prawdę „Jak odpuścisz to znowu będziesz żałował, że nie pojechałeś”. Do tego tuż przed zamknięciem do sklepu wpadł Rysiek, który pomaga mi czasami ze sprzętem. „Jedź, ty lubisz takie rzeczy. Gdzie masz, ten rower, dawaj, zaraz ogarniemy”. Nie miałem wyjścia, w czwartek o 18:30 zapadła decyzja: jadę.

Dostosowanie mojej przełajówki, która ostatni raz była używana w styczniu na MP to też nie było 5 minut. Trzeba było zamontować nową kasetę o większej rozpiętości, nowy łańcuch i nowe opony. Przydały się też w końcu zapasowe koła, które od dwóch lat czekały na swój czas. I tutaj zeszło najdłużej, bo koła nie końca pasowały, ale Rysiek znalazł na to „patent”.  W domu przykręciłem koszyki na bidon i oświetlenie i maszyna była gotowa. Zastanawiałem się tylko czy zabierać ze sobą sakwę podsiodłową czy jedynie plecak. A może samą sakwę? Ostateczną decyzję zostawiłem na rano.

Wieczorem pozostało mi już tylko spakować się i zaplanować pit-stopy na trasie. Miałem plan dojechać między 21 a 23, a że zapowiadał się bardzo słoneczny i ciepły dzień w związku z czym nie było potrzeby pakowania bluzy ani kurtki przeciwdeszczowej. Na wszelki wypadek zabrałem jedynie rękawki. Siadłem przy mapie wyścigu i przeanalizowałem kiedy będę potrzebował zatankować bidony. Rozważałem też camelbaka, ale doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu. Do mostka przykleiłem rozpiskę z nazwami większych miejscowości i kilometrażem, na którym wypadają. Po przeanalizowaniu trasy i spakowaniu się na wyścig zostało niecałe 5h snu. Mało, ale nie takie rzeczy się robiło :)

W dzień startu pobudka o 5:15, śniadanie i o 6:20 wyruszam w drogę. W Mostkach jestem przed 7. Znam to miejsce i kojarzy mi się ono bardzo dobrze, bo kilka razy wygrałem tam wyścig :) Odbieram pakiet, płacę, wszystko bardzo miło i sprawnie. Przebieram się, sprawdzam sprzęt i pozostaje już tylko decyzja co z plecakiem i sakwą. Stwierdzam, że mimo wszystko cięższy plecak będzie mniej denerwujący niż telepiąca się na nierównościach sakwa, dlatego w ostatniej chwili ją demontuję a zawartość przekładam do plecaka. A w plecaku finalnie znajdują się: dwie zapasowe dętki, kilka żeli, batonów i bananów, imbusy, łyżki, pompka i kasa. Do tego izotonik w proszku (sprawdzony BYE, poza tym wystarczy przy braku sklepu zatankować wodę „u chłopa” i gotowe). 7:55 jest już wszystko ogarnięte, wyrobiłem się idealnie :D Ustawiamy się na starcie. Widzę kilka znajomych twarzy, m.in Sebę (Kogiro), Wiktora i Dianę.

Punktualnie o 8 jedziemy! Nie ma się co czarować, od razu wychodzę na czoło i jadę swoje. Pierwszy zakręt przestrzeliwuję, jadąc na pamięć tak jak wiódł maraton. Szybko zawracam i przebijam się znowu na przód. Jedziemy pod górę szutrówką tak jak na zimowych maratonach w Mostkach. Za mną jedzie Kogiro, tempo jest umiarkowane, ale w czubie momentalnie zostaje garstka zawodników. Po kilku kilometrach widzę jednego z chłopaków pochlapanego mlekiem. Okazuje się, że to mleko z opony Kogira. Jednego mniej, szkoda, że akurat padło na ziomka :) Po jednym ze zjazdów zostaje nas już tylko czterech, a po chwili dwóch. Podczas pierwszego odcinka piaszczystego muszę się na chwilę wypiąć, a później przejść przez jakieś krzaki, bo pojechaliśmy w równoległą do trasy drogę, zbaczając kilka metrów z tracka. Ponownie wsiadam na rower, przyspieszam i zaczynam jechać solo. Przewaga rośnie w oczach i od 16 kilometra trasy nie widzę już nikogo za sobą. Większość z blisko 20km najbliższego odcinka prowadzi asfaltami, a tam umiem i lubię przycisnąć, więc powiększam swoją przewagę.

Zostawiam za sobą Bodzentyn i Psary i wjeżdżam na odcinek terenowy, z którego w pamięć zapada zwłaszcza kilkukilometrowa, brukowana prosta w lesie, która jest niezwykle upierdliwa. Większość kolejnego odcinka znam dobrze z szosy i maratonów ŚLR i dopiero za Bielinami (od ok. 63km) zaczyna się bardziej nieznana droga. To szutry w kierunku Złotej Wody. Tam zajeżdżam do restauracji i tankuję szybko jeden bidon, gdyż jest gorąco i ewidentnie nie wystarczy mi płynów do Daleszyc. Szutry w kierunku „Dallas” są super, bardzo szybki odcinek, na którym pod górę jadę z rezerwą, ale gdy tylko droga lekko wiedzie w dół to dokręcam ile tylko jestem w stanie.

Przed wjazdem do Daleszyc (97km) widzę przed sobą kolarza, trochę przyspieszam, okazuje się, że to Paweł „TCWR”, dobry znajomy z Kielc. Podczas wyprzedzania rzucam mu, że będę czekał przy sklepie przed Rynkiem. Tam kupuję wodę i banany i podczas tankowania chwilę rozmawiamy. Kolejny odcinek prowadzi bokiem do Borkowa, Radomic i Morawicy. Później drogi, które w większości znam – głównie z szosy i maratonów ŚLR, ale także z przejażdżki na przełaju.

Od Morawicy (122km) już mocno daje mi się we znaki bolący krzyż. Konsekwencja jazdy w terenie z plecakiem oraz braku ćwiczeń core. W dodatku na tym odcinku zaczyna być mocno odczuwalny czołowy wiatr.  Na 133km czeka przeprawa przez Bobrzę. Trzeba ją pokonać z wodą miejscami za kolana, biorę więc rower na ramię i po chwili jestem już na drugim brzegu. Super orzeźwienie w tak upalny dzień, na pewno jednak nie byłoby tak fajnie gdyby było chłodniej. Kilka kilometrów dalej przejazd koło zalewu w Lipowicy i dojazd do Chęcin. Szosową część tej trasy też znam, więc jedzie się przyjemnie :)

W Chęcinach (141km) zgodnie z planem znowu tankuję bidony do pełna oraz dokupuję bananów, gdyż przez kolejne 70km, aż do Sielpii zapowiada się dzicz bez żadnego sklepu, a wielbłądem zdecydowanie nie jestem i muszę bardzo pilnować jedzenia i picia żeby nie odcięło mi nagle prądu. Za Chęcinami kilka szybkich kilometrów po asfalcie i wjeżdżamy w las. Wygląda on znajomo, ale jazda nie jest tutaj zbyt przyjemna. Odcinek raczej na MTB, podobnie jak późniejsze łąki i piachy. Nie to żebym narzekał, bo idą sprawnie, ale gravel to nie jest, takie jednak polskie realia. Po 150km przeprawa przez Białą Nidę. Wygląda groźnie, bo widać dużo ludzi, którzy pływają w tej rzece i na przejście się ona nie nadaje. Pamiętam jednak, że na trasie mieliśmy brodzić tylko raz, rozglądam się więc dookoła i momentalnie namierzam kładkę po mojej prawej stronie. Przechodzę szybko na drugą stronę i po chwili zaczynam dosyć długi podjazd po twardej drodze. Około 10 kolejnych kilometrów to szutrowe drogi między polami, oddalone od cywilizacji, co zdecydowanie ma swój urok.

Po przecięciu drogi wojewódzkiej Chęciny-Małogoszcz (162km) rozpoczyna się najgorszy odcinek na trasie. Jest bardzo dużo piachu, w dodatku często na podjazdach przez co czasami muszę zsiąść z roweru, gdyż nie ma sensu ugniatać kapusty i mielić w miejscu. Tutaj mogę napisać, że przełożenie 40×32 dobrałem na tę trasę idealnie. Wszystkie podjazdy, które dało się wjechać zostały wjechane, a tam, gdzie było za stromo albo piaszczyście nie pomogłyby nawet dodatkowe 2-4 zęby w górę. Oprócz piachów na wspomnianym, najgorszym odcinku znajduje się też przeprawa przez pole. Droga jest całkowicie zarośnięta jakimś zbożem, bobem, chwastami itd. i nie różni się niczym od reszty pola. 200-300m męki. Niby niewiele, ale jednak daje popalić.  Najgorszy odcinek kończy się ok 186km w Snochowicach i po jego pokonaniu mam już serdecznie dość, dopada mnie lekki kryzys. Jeśli ktoś nie jeździł takich wyścigów to mógłby się na moim miejscu trochę podłamać, ale ja dobrze sobie zdaję sprawę, że takie rzeczy przy takich dystansach są raczej nieuniknione i zachowuję spokój, kręcąc konsekwentnie dalej.

Po 190km dojeżdżam do rezerwatu „Góra Dobrzeszowska”, gdzie ma czekać najstromszy podjazd na trasie. Początek to typowe MTB i przerzucam się na butowanie, ale po chwili trasa się lekko wypłaszcza i decyduję się na jazdę. Lubię jeździć odcinki MTB na przełaju, zwłaszcza trudne, nierówne podjazdy oraz zjazdy, na treningach jest z tego sporo funu. Większość podjazdu mimo twardego przełożenia pokonuję kręcąc, ale zjazd to już porażka. Krzyż boli coraz mocniej, a ogólne zmęczenie jest już na tyle duże, że zamiast mknąć szybko w dół zjeżdżam jakby mnie wystrugali z drewna. Gdy ta katorga się kończy postanawiam na chwilę się zatrzymać i odpocząć, w nogach mam już 192km. Kładę się na trawie w przyjemnym cieniu i dzwonię do Anety, która śledzi online moje poczynania. Po 5 minutach „oddechu” pora wracać na rower. Trzeba jak najszybciej dojechać do Sielpii, gdzie jeszcze przed maratonem planowałem się zatrzymać na jakiś ciepły i niesłodki posiłek.

Ostatnie kilometry przed Sielpią (210km) to bardzo fajne, asfaltowe drogi pożarowe w lesie, na które koniecznie muszę wybrać się szosą. W końcu dojeżdżam w miejsce mojego postoju, kupuję izo w sklepie i szukam restauracji. Równo o godzinie 18 zamawiam posiłek. Dostaję info od Anety, że mam 10km przewagi. Szybka kalkulacja i wychodzi na to, że mam max 25 minut jeśli chcę wyjechać na prowadzeniu. Myję klejące się bidony w łazience, obmywam twarz, leżę kilka minut na ławce i nalewam herbatę żeby przestygła. Przyda się coś gorzkiego, bo jestem już bardzo zamulony bananami i żelami. 18:10 wjeżdża obiad, obsługa się postarała. Staram się zjeść jak najwięcej, ale kończy się na połowie porcji. 18:20 wyruszam na finałowe 70 kilometrów. Nogi kręcą sprawniej, nie wiem czy to rzeczywiście efekt przerwy czy podświadomie chcę jak najszybciej odskoczyć na bezpieczną odległość i ta adrenalina tak mnie niesie.

Na tym odcinku też jest trochę piachów, jednak po minięciu miejscowości Niebo i Piekło sytuacja poprawia się i można trochę przycisnąć. Dobre szutry przeplatają się z asfaltami.  O ile na początku maratonu te asfalty trochę irytowały, bo było ich sporo, tak teraz każdy odcinek twardej drogi jest na wagę złota.  Aneta znowu melduje mi o przewadze. Wygląda na to, że nieznacznie nadrabiam. W miejscowości Szałas (242km) przecinam drogę z Kielc na Odrowąż, biję się z myślami czy uzupełnić bidony czy jednak [nie] ryzykować i próbować dojechać z tym co mam. Postanawiam się nie zatrzymywać i cisnę szybkimi szutrami w kierunku Świniej Góry i Skarżyska. To kolejne odcinki, które znam z maratonów.  Kręci się dobrze, zwłaszcza na szybkich odcinkach w dół jest bajka :)

Dojeżdżam do Jeziora Rejowskiego (262km) w Skarżysku. Te tereny z kolei znam z przejażdżki rowerowej ze znajomymi ze Skarżyska z maratonów ŚLR (Suchedniów, zamierzchłe czasy) oraz ze spaceru z Anetą. Jadę jak u siebie na dzielni. Robi się coraz ciemniej, ale lampkę włączam dopiero kilka kilometrów przed metą. Dostaję informację, że zawodnik za mną dopiero dojeżdża do Skarżyska. Końcówkę mogę jechać więc spokojnie, zresztą ten odcinek też znam bardzo dobrze, z wyścigów w Mostkach. Trzy kilometry do mety wiem już, że nawet jakbym złapał gumę i miał biec do mety to i tak nie ma opcji żeby stracić wygraną. A na końcówce atmosfera imprezowa. Mnóstwo ludzi, namioty przy jeziorze, ciepła noc, super klimat.

Na metę wpadam o 21:07. 279km zrobione w czasie brutto 13:07. Jestem ujechany, bo dawno już tyle godzin nie spędziłem w siodle, ale też niezwykle szczęśliwy ze zwycięstwa. Krótka sesja zdjęciowa, kilka pytań od Organizatorów i wrażeń z trasy na gorąco i idę pod prysznic. Odżywam, zmęczenie trochę puszcza. Wracam na posiłek regeneracyjny, a tam są już dwaj kolejni zawodnicy, którzy na metę przybyli 37 i 48 minut po mnie. Wychodzi na to, że jednak było bezpiecznie, ale od Sielpi do Suchedniowa ten dreszczyk emocji był ;)

Długo wahałem się czy startować w Ultramaratonie*, ale cieszę się, że się zdecydowałem, tym bardziej, że zwyciężyłem. Śmiesznie, bo gravelowy wyścig wygrał gość, który nie ma gravela (startowałem na przełajówce), goli nogi i nie ma hipsterskiej brody. W dodatku jechałem na dętkach a nie na mleku (nie uznaję bęzdętki w rowerach z barankiem), miałem opony 38c i przełożenie sporo twardsze niż 1:1. Nie chcę żeby wyszło, że się spinam, ale prawda jest taka, że jeśli mam przypięty numer i występuje pomiar czasu to celem jest przejechanie całości w jak najkrótszym czasie i na jak najwyższym miejscu. Dlatego też na trasie nie zrobiłem żadnego zdjęcia (tego akurat trochę żałuję, bo momentami było pięknie, ale jeszcze bardziej bym żałował jakbym przez to przegrał wyścig).

*Ultramaraton – trudno zdefiniować kiedy kończy się zwykła jazda a zaczyna ultra, ale jak dla mnie na pewno nie ma mowy o ultra jeśli nie przejechało się przynajmniej jednej nocy. Tym razem po ciemku przejechałem jakieś 15 minut, więc dla mnie ultra to nie było. Cała otoczka imprezy i jej zamysł oraz czasy większości zawodników wskazują, że była to jednak impreza ultra (i to bardzo dobrze zorganizowana), więc w mojej relacji takim określeniem się posługuję :)

Co do wyżej wspomnianej organizacji też czuję się w obowiązku napisać kilka słów i będą one w duchu pochwalnym :) Impreza od początku do końca dopięta na ostatni guzik. Począwszy od ładnej i spójnej identyfikacji wizualnej, przez doskonałą komunikację, ciekawą i fajną trasę (mimo wszystko!), a skończywszy na bardzo sympatycznym, wręcz rodzinnym klimacie! Oczywiście moje wrażenia są spotęgowane tym, że zwyciężyłem, a takie wyścigi zawsze milej się wspomina, ale naprawdę musiałbym być mendą jakbym się do czegoś na poważnie przyczepił. Podsumowując: Organizatorzy Sabat Gravel stworzyli bardzo dobry wyścig, trzymam kciuki, żeby w przyszłym roku frekwencja była kilkukrotnie wyższa, a cała organizacja tak samo dobra jak na pierwszej edycji! Wielkie dzięki!

Podziękowania:
– Anecie – jesteś moim największym kibicem i postaram się żeby na zawsze tak pozostało :) Dziękuję, że mnie namówiłaś na start i byłaś ze mną w kontakcie podczas wyścigu dodając sił i informując o sytuacji na trasie. I dziękuję za wszystko, to dzięki Tobie a nie rowerowi jestem naprawdę szczęśliwy :)
– Ryśkowi – dzięki za namówienie mnie na start i przygotowanie sprzętu. Który to już raz zupełnie bezinteresownie ratujesz mi dupę w ostatniej chwili? :D
– Jackowi – fajnie jest mieć służbowy wyścigowy rower i robotę, w której w czwartek wieczorem dzwonisz poinformować szefa, że jutro musisz zamknąć sklep, bo masz wyścig, nie dodzwaniasz się, a po wyścigu zamiast jęków i marudzenia odbierasz gratulacje i tysiąc złotych premii za zwycięstwo. No dobra, z tym tysiakiem to ściemniam, reszta się zgadza.
– Wszystkim, którzy śledzili relację online – nie wiedziałem, że to może kogoś interesować, fajnie, że trzymacie kciuki :)

2021.06.13 – Żelebsko – Roztocze Epic MTB Maraton

Każdy kto był na Roztoczu, wie, że jest to świetne miejsce, oczywiście także na rower. Z jednej strony można tam fajnie pojeździć turystycznie – cisza, spokój i piękne tereny, a z drugiej to bardzo wymagające trasy pod względem wyścigowym. Tym bardziej, gdy za organizację biorą się osoby mające pojęcie jak taką trasę poprowadzić, a Tomek Knapik i Piotrek Magoch, którzy organizują ten maraton pokazali już w ubiegłym roku, że takie pojęcie zdecydowanie posiadają.

Ja w ubiegłorocznej edycji nie błysnąłem i miejsce 5. Open (3. M3) to była dla mnie porażka. W tym roku bardzo chciałem się odkuć, ale zdawałem sobie sprawę, że będzie jeszcze trudniej, bo konkurencja na liście startowej wyglądała bardzo mocno. To pozwoliło mi trochę ostudzić oczekiwania i do rywalizacji podejść na większym luzie. Ściganie na Pucharze Mazowsza dzień wcześniej nie pozwalało raczej na świeżą nogę, w dodatku 3h doprowadzania roweru  do stanu używalności po jeździe w błocie nie sprzyjało odpowiedniej regeneracji.

Gdy przychodzi czas startu pełne skupienie. Jedziemy, od razu jest szybko. Pilnuję czuba żeby nie zostać już gdzieś na początku. Paweł Kowalski dyktuje tempo, po pierwszych kilometrach zostaje nas już tylko kilka osób. Na dojeździe do kamieniołomu tempo lekko spada i wtedy atakuje Kamil Różalski.  Szybko zyskuje przewagę i znika. Nie mam sił żeby za nim pogonić, ale z drugiej strony nie panikuję, czuję, że nie jest na tyle mocny żeby dojechać na solo.  Współpracujemy we czterech: ja i Paweł Kowalski oraz Krzysiek Gajda i Sławek Skóra. Staram się nie odstawać, ale momentami jest naprawdę ciężko, ściganie dzień wcześniej daje znać o sobie. Przetrzymuję jednak ataki i po pewnym czasie gonimy już tylko we dwóch: ja i Krzysiek.

Przed nami ponad połowa maratonu i jeden uciekinier z przodu. Tempo ciągle idzie mocne, muszę mądrze gospodarować siłami. Dojeżdżamy do odcinka z porzeczkami, organizator prosił nas bardzo żeby nie jechać po polu. Jedziemy więc zarośniętą drogą i jakiś badyl wkręca mi się w przednie koło. Jest 18km trasy, nie ma opcji żebym się zatrzymał, więc do mety będę musiał słuchać jak to wszystko hałasuje.  W końcu przed nami pojawia się Kamil. Gdy go dochodzimy siada nam na koło, ale co chwila trochę zostaje i spawa, trochę go ta ucieczka musiała kosztować. Nie zwalniamy tempa, lepiej żeby nikt nas nie naszedł. Trasa jest bardzo przyjemna, co prawda podjazdy dają w kość i muszę się na nich naprawdę zaginać, ale za to zjazdy świetne. Płynne, szybkie, jak dla mnie łatwe technicznie, poezja. Kamil coraz bardziej zostaje i finalnie na czele zostaje nas dwóch.

Zbliżamy się do singla, który pokonywaliśmy już dzisiaj, na początku było w dół i tam musiałem się mocno spiąć, żeby nie stracić. Nie przepadam za takimi odcinkami, bo jest on dosyć techniczny, ale tym razem jest pod górę, co leży mi trochę bardziej. Jedziemy już bardzo mocno, w dół jechałem akurat za Krzyśkiem gdy goniliśmy Kamila, teraz jadę przed nim gdy uciekamy. Mam wrażenie, że tracimy tutaj bardzo i jakież jest moje zdziwienie gdy po maratonie widzę, że zabrakło mi tutaj 1sek. do KOMa (a w dół mam trzeci czas!). Za singlem zostaje jeszcze około 2,5km do mety.  Zaczynają się lekkie szachy.

Na ostatnim podjeździe jestem już na granicy sił. Szybki zjazd, na dole będzie zakręt w piachu i jakieś 400m do mety. Zjeżdżam pierwszy, daję nogom tę krótką chwilę odpocząć. Wchodzę agresywnie w ostatni zakręt i „teraz albo nigdy”. Na wyjściu rozkręcam fulla, wszystko co zostało jeszcze pod nogą. Dynamicznie, agresywnie. Puścił! Nie wierzę, oddech i poprawiam, żeby nie było żadnych wątpliwości. Jest przewaga, jest bezpiecznie, teraz ostatnie 200m do mety, wiem, że mam to w garści! Jest meta, wjeżdżam z uniesionymi rękami, zwyciężam open! Jestem tak szczęśliwy, że przez endorfiny zupełnie nie czuję zmęczenia. To jest mój dzień, nie wiem czy byłem najsilniejszy, ale wiem, że rozegrałem ten wyścig idealnie taktycznie, przez co zwycięstwo smakuje podwójnie :)

Ogromne gratulacje dla Tomka i Piotrka, bo z terenów wycisnęli maksa.  Organizacja maratonu na piątkę, wszystko zagrało idealnie. Atmosfera wyścigu też bajka: na lokalnych maratonach, gdzie wszyscy się znają zawsze jest inny, o wiele bardziej swojski klimat niż na komercyjnych spędach ze startami sektorowymi ;) Do zobaczenia na kolejnej edycji!