Tag: Wyścig

2012.06.16-17 – Sielpia – ŚLR

Kolejny start w tym sezonie to dwudniowy etap ŚLR w Sielpi. Powrót na trasy Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, po opuszczeniu maratonu w Nowinach, to przede wszystkim chrzest bojowy nowo złożonego roweru. W piątek wieczorem, razem z Pawłem, przystąpiłem do składania do kupy wszystkich części. Wiedziałem, że taka akcja dzień przed wyścigiem to nie jest dobry pomysł, ale sytuacja wymusiła to rozwiązanie, wcześniej się nie dało i tyle. Nie spodziewałem się jedynie, że wyjedziemy z serwisu aż o 3 w nocy.

Z Lublina wystartowałem z Pawłem i Sebastianem ok. 7:30. Dosyć późno, ale pierwsi zawodnicy na sobotniej czasówce mieli wyruszyć o 12, więc obyło się bez jakiejś specjalnej nerwówki. Po dojeździe na miejsce okazało się zresztą, że w miasteczku sportowym wyjątkowo piknikowa, wręcz leniwa atmosfera. Przygotowania do startu niestety średnio profesjonalne, gdyby nie wcześnie otwarty bufet to jechałbym na głodnego, rozgrzewka też niemrawa, ogólnie rzecz biorąc klimat wakacyjnego miasteczka bardzo się udzielił i jakoś dużo mniej niż zwykle przejmowałem się wyścigiem. No i wyszedł pierwszy mankament roweru: amortyzator nie zawsze się odblokowuje, postanawiam zatem jechać całą czasówkę bez blokady.

Startowaliśmy co 30 sekund, z Lublinian wyruszałem ostatni, więc podczas rozgrzewki dopingowałem chłopaków jadących przede mną. Mimo, że już kilka minut przed moim startem kręciłem się w okolicy to trochę się zagapiłem i mało brakowało a spóźniłbym się na swoją próbę. Widząc, że nikt nie stoi na starcie podjechałem pod linię, spokojnie się zameldowałem i oczywiście okazało się, że teraz moja kolej i za 15 sekund jadę. Pełen luz, końcowe odliczanie i ogień!

Wyruszam ostro, amor trochę pompuje na twardym, ale po rozpędzeniu już nie stanowi to problemu. Trasa łatwa, jadę mocno, po chwili doganiam dziewczynę, która startowała przede mną, później chyba jeszcze jedną osobę. I nagle czuję, że sztyca się zapada. Muszę się zatrzymać, próbuję jakoś naprawić te rzecz, kręcę szybkozamykaczem, ale śruba jest zbyt słabo ściśnięta i nic to nie daje. Mija mnie kilku zawodników, w końcu ktoś pożycza mi klucze, dokręcam zacisk i ruszam w pogoń. Doganiam kolegę, który pożyczył mi klucze, oddaję w locie, dziękuję i cisnę dalej. Doganiam kolejnych zawodników, jestem zły na siebie, na rower, wiem, że straciłem dużo, ale staram się walczyć o każdą sekundę i każdą pozycję w końcowym rozrachunku.

Trasa łatwa, płaska, trochę piachu, ale idzie wszystko przejechać. W końcu dojeżdżam do jedynej na trasie poważnej przeszkody: krótki, stromy podjazd i techniczny zjazd po kamieniach. Nie zdążam zredukować i końcówkę podjazdu walę z buta. Nie ryzykuję zjazdu po kamieniach i sprowadzam rower. Mknę szybko do mety, ale staram się oszczędzić trochę sił na końcówkę. Ku mojemu zdziwieniu nagle widzę znajome tereny i technicznych kierujących do mety. To już? Cisnę końcówkę ile wlezie i wpadam na metę. Spodziewałem się, że będzie dużo dłużej. Czas 1:09:30, 89 miejsce open i 37 w Elicie. Przez historię ze sztycą straciłem ok. 30 pozycji i jestem bardzo niezadowolony, tym bardziej, że to mój błąd i powinienem był go uniknąć. Jeszcze raz odradzam składanie roweru tuż przed startem.

Ciąg dalszy w sobotę to spacer na plażę, kwaterunek, kolacja oraz oczywiście przygotowania do meczu Polska – Czechy. Mimo, że średnio mnie on obchodzi, ulegam zbiorowemu szałowi i biorę udział we wspólnym oglądaniu. Na terenie obozu mieliśmy dwie „strefy kibica” – w obu telewizory były wystawione na balkonach a kibice gromadzili się przed tymi balkonami. Po jednej połowie w każdej strefie, z tym, że o ile pierwszą nawet obejrzałem to na drugiej więcej było przysypiania ;) Co do wyniku to cóż, piłka nożna to bardzo trudny sport, nawet najsłabszy piłkarz jest wciąż wielkim sportowcem hehe.

W niedzielę wstaję rano, wyspany jak nigdy przed maratonem. Śniadanie na stołówce, podobnie jak kolacja, niezbyt kolarskie, w dodatku zbyt wczesne, więc ponownie start nieco na pusto. Ale w Sielpi w końcu jadę z pierwszego sektora, w dodatku ustawiłem się z chłopakami prawie na samym przodzie, więc jest bardzo pro ;) Ruszamy punktualnie. Od samego początku ogień, szybki wjazd do lasu, ale podłoże dosyć twarde, więc prędkość ciągle duża. Tym razem na rozjazdówce wyprzedza mnie trochę osób, w końcu łapię się na koło Andrzejowi z Inżynierii i dobrych kilka minut jadę za nim. Po chwili słyszę soczyste k… i widzę jak Andrzej się zatrzymuje. Okazało się, że nie wytrzymała tylna przerzutka i wyścig się dla niego skończył. Jak to później żartobliwie, skomentował Tomek: „Może w końcu przerzuci się na Srama”.

Cisnę dalej mocno, robi się mała grupka i z czasem coraz większy piach. Dalej jednak płasko. Jeszcze przed pierwszym bufetem dogania mnie Karcer i na asfalcie daje bardzo mocną zmianę. Od razu siadam na koło i wiozę się aż do wjazdu w las.  Tam kilka osób wbija się między nas po czym grzęzną w piachu. Lipa, ja też muszę zejść, podobnie jednak prowadzący Seba. Całą grupą prowadzimy rowery przez kilkanaście metrów, po czym łapiemy trochę twardego i zaczynamy znowu kręcić. Robią się małe odstępy, ale niweluję je przed ogromnym nasypem. Tam całą grupą podprowadzamy rowery. Po grani także nie jedziemy, gdyż po obu stronach przepaść. Na końcu bardzo stromy zjazd. Większą część sprowadzam, co także nie jest takie łatwe, a końcówkę zjeżdżam z tyłkiem za siodełkiem i tuż nad tylnym kołem. Właśnie w takich momentach docenia się rower, ja ze swojego jestem bardzo zadowolony, rama i amor to były strzały w dziesiątkę! Dalej odcinek leśny i na asfalt wjeżdżam razem z jakimś gościem na Meridzie, z którym już do końca wyścigu będziemy się zjeżdżać. Ciągnie mocno pod górę, ja się zaginam, siedzę na kole i nie puszczam. Wyprzedzamy kilka osób, cieszę się, że dałem radę i nie straciłem na podjeździe.

Na pierwszym bufecie łapię tylko banana i batona i cisnę dalej sam. Jedzie mi się świetnie, bardzo szybki odcinek i po bufecie sił jakby więcej. Dojeżdżam do rzeczki, z roweru niestety schodzę dopiero w połowie i kilka metrów go przenoszę, wody jest po kolana. Szkoda, że nie zsiadłem wcześniej, zostałoby trochę smaru, zwłaszcza, że za chwilę robi się piaszczyście. Jadę dalej, ale już nie tak szybko jak do rzeczki. Zjeżdżam się z kolejnymi kolarzami. Tym razem, nie tylko jak to zazwyczaj w tej części wyścigu, jestem wyprzedzany, ale także i ja wyprzedzam. Wyprzedza mnie jakiś szybki zawodnik, siadam mu na koło i wiozę się kilka kilometrów. Na drugim bufecie zatrzymuję się, uzupełniam szybko bidon i biorę banany i batony.

Na kolejnym odcinku znowu dojeżdża do mnie dwóch kolarzy, m.in znowu kolega na Meridzie, a ja znowu siadam mu na koło. Jedziemy kilka kilometrów, dojeżdżamy do drzewa leżącego w poprzek drogi, przenosimy rowery i wtedy ni stąd ni zowąd łapie mnie skurcz. Reaguję natychmiastowym krzykiem a kolega na Meridzie reaguje natychmiastowym podaniem fiolki z magnezem. Dzięki wielkie! Wypijam i od razu wsiadam na rower. Chłopaków mam jeszcze w zasięgu wzroku i staram się dogonić, ale są dla mnie za szybcy.

Końcowe kilometry to wyprzedzanie zawodników z dystansu Fan a później także Family. Już na asfalcie mijam m.in. Tomka z rodzinką (niestety słabo się rano czuł i postanowił odpuścić Master). Przede mną nie widzę nikogo, za mną bezpiecznie, więc ze spokojem, ale dalej dosyć mocno kręcąc korbą, wjeżdżam na metę na 35 pozycji Open (20 w Elicie) z czasem 3:19:01. Trzy minuty za Sebastianem i niecałe dwie za Darkiem z MayDaya. Jestem umiarkowanie zadowolony, bo miejsce jest w miarę przyzwoite, rower dał radę (amor robi robotę!) a mi udało się podjąć na trasie walkę :) Niestety miejsce dalej jest kiepskie i czeka mnie dużo pracy żeby przyjeżdżać wyżej.

Podsumowując maraton w Sielpii można mieć mieszane uczucia co do trasy. Z jednej strony płasko i nudno, z drugiej wcale nie tak łatwo jakby się mogło wydawać, gdyż piachy zrobiły swoje i kto chciał, zostawił tam sporo zdrowia. Poza tym organizacja, jak zwykle w tym roku na ŚLR, wzorowa. Świetna atmosfera w miasteczku kolarskim, przemiła obsługa, punktualność, dobre bufety i nieźle oznaczona trasa sprawiają, że zdecydowanie chce się wracać na maratony ŚLR. Ogromne brawa dla Maziego i Mirry oraz pozostałych organizatorów za profesjonalne podejście. Mimo, ze w Lublinie równolegle była rozgrywana Mazovia to ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, w którym maratonie startować. Cieszę się także ze złożenia nowego roweru, który mam nadzieję będzie mi służył długo i udanie. Póki co jestem bardzo zadowolony.

Na koniec ogromne podziękowania kieruję w stronę Pawła Kulpy z Centrali Rowerowej, który bardzo przyczynił się do powstania mojego ściagacza. Rady odnośnie do doboru komponentów, jak zwykle niezawodne zaplecenie i przygotowanie kół, doprowadzenie do ładu uszkodzonej ramy oraz pozawieszanie na niej wszystkich części to jego ogromny wkład w to, żebym na wyścigach zajmował coraz lepsze miejsca. Taki mechanik to skarb. Kolejny test Canyona w niedzielę na Maratonie Kresowym w Chełmie. Będzie ostro!

2012.06.03 – Lublin – Family Cup

W tym roku organizacją Family Cup zajmowało się Stowarzyszenie „Rowerowy Lublin”, nie mogło mnie więc zabraknąć na starcie. Postanowiłem pojechać na tym, co mam, czyli 15 kg góralu na stalowej, 21″ ramie, sztywnym widelcu i przerzutkach Tourney. Doliczając do tego wielkie kulturalne święto Lublina, czyli Noc Kultury, która trwała dla mnie do 6 rano, oraz brak treningów wynik nie zapowiadał się zbyt obiecująco. Zwlokłem się z łóżka po trzech godzinach snu, zrobiłem porządne śniadanie, przygotowałem bukłak i pognałem nad Zalew, gdzie rozgrywane były zawody.

Nie miałem zupełnie pojęcia, o której będzie start mojej kategorii (zresztą chyba nikt tego nie wiedział), więc musiałem tam dojechać jak najszybciej, żeby nie zostać na lodzie. Gdy byłem już na miejscu i po rejestracji, średnio miałem możliwość i ochotę przejechać próbną pętlę. Całe szczęście, że się na to zdecydowałem, bo okazało się, że z niepozornego terenu nad Zalewem chłopaki wycisnęli wszystko co najlepsze i trasa wcale nie była płaska jak dziewczynka z pierwszej klasy. Było sporo technicznych odcinków, dużo korzeni oraz kilka krótkich podjazdów i zjazdów. Brak amorka wyraźnie dawał znać o sobie. Bez tego próbnego okrążenia mocno bym się zdziwił na wyścigu.

Ostatecznie moja kategoria wystartowała razem z U23 o 13:15. Niestety, zlekceważyłem konieczność zajęcia miejsca w pierwszej linii i na luzie stanąłem w drugiej. Był to błąd, który zaważył o przebiegu całego wyścigu. Zaraz po starcie zostałem zamknięty na krótkiej prostej przez kilku trzepaków, którzy zablokowali wjazd do lasu i było pozamiatane. Najlepsi odjechali a ja najpierw stałem w korku a potem wlokłem się na wąskich singlach za słabszymi zawodnikami. Większość wyścigu przejechałem solo, goniąc Mikołaja. Niestety zostaliśmy zdublowani przez najlepszą dwójkę i zamiast siedmiu pętli pojechaliśmy sześć. No i tej jednej rundy chyba mi zabrakło żeby odrobić przynajmniej tę jedną pozycję.

Podsumowując: trasa bardzo fajna, ale wyścig niestety bez historii. Nieco ponad godzina jazdy i 8. miejsce, czyli bardzo słabo. Następnym razem nie ma sentymentów. Jak się startuje w XC to się staje w pierwszej linii, kropka. Co prawda ostatecznie dużo bym nie zyskał, bo zbyt wiele czynników się złożyło na to, że ten start nie mógł się udać, ale przynajmniej więcej frajdy by było i wyścig byłby ciekawszy i rzeczywiście można by na nim zasmakować rywalizacji, zamiast jechać ciągle solo. Teraz pora wyciągnąć wnioski, złożyć w końcu Canyona i zacząć robić formę, bo czas nieubłaganie ucieka a chłopaki coraz bardziej odjeżdżają.

Na koniec dzięki dla wszystkich ludzi z ekipy przygotowującej wyścig. Duże brawa dla Was za wytyczenie trasy, jej zabezpieczenie, stanie na trasie i pilnowanie porządku, oraz miasteczka kolarskiego. Fajnie, że ktoś oprócz mnie zaczął w Rowerowym Lublinie organizować imprezy sportowe. W tym roku oprócz „mojego” maratonu 24h będzie jeszcze Lublin City Race, bardzo widowiskowy wyścig na Starym Mieście, organizowany wspólnie z LKKG (23 czerwca) oraz wyścigi XC/Cyclocross w ramach Lublin Super Session na Bike Parku przy Janowskiej (30 czerwca). Zapraszam wszystkich na te imprezy, jak widać, wystartować można nawet na 15 kg złomie bez amora, wystarczy tylko chcieć :)

2012.05.06 – Sandomierz – ŚLR

Wyścig w Sandomierzu był moim trzecim startem w tym roku i zdecydowanie zaliczam go do udanych, a zdarza mi się to rzadko. Oczywiście przed maratonem nie obyło się bez spalary, która dotyczyła załatwienia transportu, roweru, zgubionych rękawiczek, braku treningów i świadomości kiepskiej formy. Do tego wszystkiego w Sandomierzu okazało się, że zapomniałem portfela i nie działa mi licznik. Na szczęście udało się jakoś wszystko pozałatatwiać, chociaż jak się zaraz okaże z licznikiem był jednak pewien problem.

Na wyścig pojechałem z Tomkiem i Arturem. Wystartowaliśmy punktualnie o 7 z Konopnicy, na głośnikach koncertówka Guns N’ Roses, na liczniku momentami ponad 150 km/h, więc podróż całkiem sympatyczna. Kilka minut po 8 byliśmy już na miejscu, przebranie, śniadanie jak w Daleszycach wsunięte o 9:30, naprawa licznika, odbiór chipa i ponad pół godziny przed startem wyruszyłem na rozgrzewkę. Dużo znajomych twarzy, chłopaki z MayDaya, Dorota z Team PKO BP (gratulacje pierwszego miejsca wśród kobiet na Fan), Ifson oraz Puławiacy z Arkiem i jego nową maszyną na czele.

A teraz już pora na opis samego wyścigu. Do sektora wjeżdżam kilka minut przed startem i ustawiam się obok Pawła. Pokazuję mu swoje oponki, które wydają mi się za twarde, napompowane grubo powyżej 4 atmosfer, chcę szybko spuścić trochę powietrza. Paweł odradza taką operację tuż przed samym startem, więc szybko z tego rezygnuję i ruszamy z rynku. Z publiczności słyszę okrzyk „jedziesz Kermit!”. Miło. Wyjazd w dół po bruku, za chwilę ostry zakręt w prawo, dalej stromo w dół, ale na szczęście wszyscy jadą ostrożnie. Dalsza rozjazdówka już pod górę, ale dalej po bruku. Cisnę ile się da, wyprzedzam kolejnych zawodników i do słynnych sandomierskich sadów wjeżdżam na dobrej pozycji. Wyprzedzam Tomka i szybko zjeżdżam w dół. Niestety za szybko, ryję klina na ostrym zakręcie. Muszę prostować kierę o drzewo, założyć łańcuch, i zdemontować licznik, bo gumka z mostka gdzieś odleciała. Tracę przez to około 3-4 minuty. Przez myśl przechodzi mi zmniejszenie ciśnienia w kołach, ale póki co rezygnuję z tego i postanawiam gonić stawkę, gdyż spadłem chyba na samiutki koniec.

Jadę mocno, dochodzę pierwszych zawodników. Mijam ich szybko, widać, że typowe grupetto. Nikogo nie ma bezpośrednio przede mną, ale w oddali widzę sporą grupkę, która podjeżdża wzniesienie, na oko mają ok 3 minuty przewagi. Kręcę szybko i po pewnym czasie ich dochodzę, później następne kilka osób na stosunkowo długim podjeździe w sadzie. Następne kilka minut i widzę przed sobą Sebastiana. Przyspieszam, w końcu mocno rozpędzony wyprzedzam go na długim i szybkim zjeździe z przeciwstokiem poodjeżdżanym w większości na rozpędzie. Czuję siłę i zaskoczony, że tak dobrze idzie mi odrabianie strat gonię jeszcze mocniej, mijam kolejne grupki, w tym m.in. Mikołaja i Jacka z MayDaya. W końcu dochodzę Darka i Krzyśka z MayDaya, jadę chwilę z nimi, po czym postanawiam przeskoczyć do kolejnej grupki. Nie doganiam jej jednak na szutrze i na asfalcie kolumna mi odjeżdża, postanawiam trochę odpocząć i poczekać na chłopaków. Razem jedziemy ładnych kilka minut, po czym w końcu doganiamy grupę przed nami. Ja szybko doskakuję do czołówki i zaczynam ciągnąć pociąg. Grupa jest mocna, przed nami nikogo nie widać, więc postanawiam jechać z nimi.

Po kilku minutach jedziemy już tylko we czterech, Darek i Krzysiek odpuścili. Kręcę mocno, daję dobre zmiany, oprócz mnie pracuje niestety tylko jeden kolega. Tak wjeżdżamy na drugą pętlę. Trochę słabnę, zaczynam więcej wozić się na kole. Na szczęście z czasem dołączają się pozostali dwaj i po zmiankach jakoś dajemy radę i mijamy kilka kolejne osoby. W pewnym momencie dosyć zaskoczony widzę niebieską koszulkę Tomka. Dochodzimy go oraz jego towarzysza i jedziemy najpierw w szóstkę, później w piątkę. Zaczynam znowu mocniej pracować. Sił jest coraz mniej, ale jazda w pięciu daje efekty i wyprzedzamy kolejnych kolarzy.

Kończy się druga pętla, jedziemy trzeci raz ten sam odcinek. Strasznie demotywujące, ale kilometrów do mety coraz mniej, wymieniamy się uwagami na temat tego stanu rzeczy i z niecierpliwością wyglądamy rozjazdu do mety. Jest, w końcu! Ciśniemy. Na jednym z podjazdów zbyt późno redukuję i blokuje mi się łańcuch. Chłopaki odjeżdżają, jednak robię wszystko żeby ich dogonić. Kolejny podjazd jest dosyć długi i tam ich łapię. Do mety już tylko kilka kilometrów, dwaj towarzysze podróży mi odjeżdżają, ja natomiast urywam Tomka. Po chwili wyprzedza mnie kolarz z miejscowego klubu, łapię się za nim i jadę kawałek. Dojeżdżamy do podjazdu, gdzie trzeba prowadzić, znowu blokuje mi się łańcuch, tracę kolejne cenne pół minuty, w tym czasie dochodzi mnie Tomek, razem z buta podchodzimy wzniesienie i zjeżdżamy.

W końcu jesteśmy na bruku, po którym prowadził rozjazd. Tomek ucieka w dół, ja zostaję, myślę, że już go nie dogonię. Jednak na ostatnim podjeździe odpalam pełną moc i ambitnie kręcę pod górę, wyprzedzam Tomka i kolegę z Sandomierze, krzyczę z bólu, do mety jest jakieś 100 m. Niestety nie wytrzymuję swojego tempa, chłopaki zmotywowani moją niedyspozycją wyprzedzają mnie 30 m przed metą, na którą wjeżdżam kilka sekund po nich. Czas 3:44:19, 80 km w nogach, 34 miejsce open i 20 w elicie. Jestem niezwykle zmęczony, wręcz obolały. Na ostatnich kilometrach czułem się jakby ktoś w pół obwiązał mnie sznurkiem i zaciskał go z całych sił, do tego byłem już bliski skurczy. Jednak na mecie wiem, że pojechałem dobrze, najlepiej z drużyny, jestem z siebie zadowolony i nie mogę przestać się cieszyć. Wiem, że dałem z siebie wszystko i w porównaniu do poprzednich startów wypadłem dużo lepiej. Jedyny niedosyt jest taki, że nie udało się skorzystać z wyjątkowej okazji i objechać Tomka. No ale sezon dopiero się zaczyna, więc przy dobrym treningu będzie jeszcze szansa.

Na koniec dziękuję wszystkim kolarzom, którzy razem ze mną pracowali na trasie, Michałowi, który pożyczył mi Cannona a także organizatorom za świeitne przygotowaną imprezę :)

2012.04.28 – Włodawa – Puchar IPA

Start we Włodawie wypadł dosyć nagle, ale jako, że termin był wolny to i ja i Żwirek postanowiliśmy wystartować. Dodatkową motywacją była możliwość zajęcia wysokiego miejsca, gdyż był to wyścig typowo lokalny, a większość mocnych kolarzy z  Lublina pojechało na XC do Puław. Na starcie okazało się, że oprócz ekipy z Chełma, której się spodziewałem przyjechał jeszcze Darek Paszczyk z MayDaya. Wiadomo było zatem kogo trzeba będzie pilnować, żeby jechać w czubie.

Pierwsze problemy na wyścigu pojawiły się już przy odbiorze numerków. Wydanie numerka, który sobie zażyczyłem okazało się być ponad siły organizatora i dopiero gdy ten przez kilka minut nie mógł znaleźć tego, który mi przypadał, z wielkim grymasem bólu na twarzy orga dostałem wybrany przeze mnie numer. Pozostałe standardowe czynności przed startem przebiegły na totalnym luzie, znalazła się chwila na pogadanie ze znajomymi z Chełma i kilka minut przed startem wsiadłem na rower. Długie kręcenie nie było konieczne, gdyż początek wyścigu to kilka kilometrów bardzo spokojnego dojazdu na start ostry, który był w Okunince.

Gdy już tam dojechaliśmy kolumna zawodników licząca ponad 40 osób została zatrzymana, ustawiona na starcie i ruszyliśmy. Na asfalcie jak to zwykle bywa pełen spokój i rozsądna jazda bez podpalania się. Jednak po chwili zaczęły się pierwsze problemy z trasą. Jechałem prawie na samym przedzie wyścigu i to się nie opłaciło, gdyż przestrzeliliśmy pierwszy, fatalnie oznakowany zakręt. W tym momencie zaczęło się dla mnie ściganie, gdyż musiałem się sprężyć, żeby dogonić zawodników na czele. Po chwili już byłem w pierwszej grupce i na leśnych piachach walczyłem z pierwszym zmęczeniem, którego pewnie nie byłoby, gdybym nie musiał gonić z jęzorem na brodzie po zgubieniu trasy.

Pierwsze kilometry w lesie jechaliśmy w kilka osób, później Darek z dwoma osobami z Chełma odjechał a ja i Żwirek ruszyliśmy w pogoń, jednocześnie próbując zdobyć jak największą przewagę nad pozostałymi zawodnikami. Później trasa wiodła przez szutrowe drogi i łąki. Z pierwszej trójki strzelił jeden zawodnik i dalszą część trasy razem z nim i Żwirkiem goniłem Darka i Wieśka, którzy byli na prowadzeniu. Po kryzysie z pierwszych kilometrów w terenie nie było już śladu, z naszej trójki dawałem najdłuższe i najmocniejsze zmiany. Czułem, że noga podaje i jechałem szybko, żeby wywalczyć wysoką lokatę na mecie.

Jednak w połowie wyścigu zaczęły się problemy z trasą, której oznakowanie od początku pozostawiało wiele do życzenia. O ile wcześniej jakoś sobie z tym radziliśmy tak w pewnym momencie trasa zupełnie się urwała i nie mieliśmy pojęcia dokąd jechać. Zaczęliśmy błądzić po jakiejś rozoranej łące aż doszła nas trzecia grupka, z Wojtkiem na czele. Po kilku minutach, dzięki łutowi szczęścia, odnaleźliśmy trasę i wraz ze Żwirkiem i kolegą z Chełma odskoczyliśmy od reszty. Jednak sytuacja, w której gubiliśmy trasę, Wojtek i reszta nas dochodzili, po czym znowu im odskoczyliśmy, powtórzyła się. W międzyczasie minęliśmy po raz pierwszy bufet, w którym „gospodarz bufetu” z rękami w kieszeniach i papierosem w ustach kazał nam się rozgościć. Całe szczęście, że miałem bukłak, który wystarczył na cały wyścig i jakieś batony w kieszeni, bo przejechałem obok bufetu tak szybko, że musiałbym się wracać i tracić kolejne cenne sekundy na grzebaniu w pudle z bananami.

Jadąc dalej i co chwila mając wątpliwości co do trasy dojechałem z moimi towarzyszami do trasy Włodawa – Terespol, gdzie „oznaczenie” maratonu się urwało. Postanowiliśmy więc jechać prosto na Włodawę. W tym momencie odpuścił Żwirek, który zaczął pytać o drogę. We dwóch cisnęliśmy po zmianach w kierunku Włodawy, ale ta trasa wydała nam się zbyt prosta, dlatego odbiliśmy w lewo w kierunku Buga, jednocześnie pilnując żeby Żwirek widział jak jedziemy. Po kluczeniu po miasteczku o dziwo wróciliśmy na trasę i drugi raz minęliśmy bufet, na którym chcieli nas skierować w stronę, w którą już dziś jechaliśmy.

Ostatnie kilometry wiodły terenem, jednak wątpliwości co do tego czy dobrze jedziemy mieliśmy co chwilę. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się żeby poszukać oznaczeń. Ja w tym momencie postanowiłem załatwić potrzebę a mój towarzysz, nie zważając na to, że w dłoni dzierżę coś, co na pewno nie jest kierownicą, postanowił wznowić jazdę. Bardzo mnie to zdenerwowało, bo są pewne rzeczy, których w peletonie robić nie wypada. Okazało się jednak, że do mety było tylko kilkaset metrów i już nie zdążyłem go dogonić. Na metę wjechałem mniej więcej na takiej pozycji, na jakiej jechałem cały wyścig, z tym, że nie za tymi, których goniłem, gdyż jako pierwsi zameldowali się jacyś ludzie z dalszej części stawki. Darek, który prowadził przyjechał około pół godziny po mnie. Wszystko się strasznie pomieszało, chyba każdy jechał inną trasą.

Organizatorzy nie stanęli na wysokości zadania nie tylko przy znakowaniu i bufecie. Prawdziwie skandaliczne okazało się ich zachowanie na mecie, gdzie zamiast przyznać się do błędu, przeprosić i anulować wyniki, postanowili sklecić naprędce jakąkolwiek klasyfikację. Jedynym jej kryterium była obecność na wszystkich trzech punktach kontrolnych. Kto zgubił trasę w ten sposób, że akurat przez nie przejeżdżał, ten został sklasyfikowany, kto przeoczył przynajmniej jeden punkt był dyskwalifikowany. I tym sposobem ponad dwie godziny ostrej walki zostały przekreślone. Najpierw poprzez fatalnie oznakowaną trasę i gubienie się, a później przez zachowanie organizatorów, którzy nie mają zielonego pojęcia o organizowaniu wyścigów i zasadach sportowej walki. A najbardziej bezczelny był brak jakiegokolwiek przyznania się do winy, zwykłego ludzkiego „przepraszam” i wmawianie nam, że to nasza wina, że zgubiliśmy trasę i nie jesteśmy sklasyfikowani. Jednym słowem: żenada.

Wniosek na przyszłość jest bardzo prosty: nie ma co tracić nerwy na wiejskich wyścigach, tylko startować z najlepszymi w profesjonalnie przygotowanych zawodach.