«

»

2012.09.09 – Rzeszów – Skandia Maraton

Bardzo chciałem wystartować w tym roku w Rzeszowie. Znam to miasto i dobrze wiedziałem czego się mogę spodziewać po okolicznych terenach. Już na początku roku wpisałem ten maraton do kalendarza i w ostatnią niedzielę przyszedł czas realizacji planu. Treningi ostatnio coraz regularniejsze, forma choć ciągle daleka od ideału, powoli rośnie, więc miałem nadzieję na dobry wynik. Plan minimum zakładał miejsce w pierwszej 50, natomiast wiedziałem, że przy dobrym dniu stać mnie na nieco lepsze miejsce.

Mimo, że do Rzeszowa jest dosyć blisko i droga jest prosta, z Lublina wyjechałem z Michałem o 6:30. Wcześnie, ale cały sezon stosuję tę metodę i sprawdza się ona świetnie. Na totalnym spokoju znajdujemy miejsce parkingowe bardzo blisko Rynku, dopełniamy formalności w biurze i jemy śniadanie. Później przygotowanie rowerów i niecałą godzinę przed startem wyjeżdżamy na rozgrzewkę. Po ulicach kręci się duża liczba kolarzy z Lublina. Wspólnie z Andrzejem i Darkiem z MayDaya robimy rundkę po Centrum i końcówce trasy, przypominam sobie znajome tereny. Jest chłodno, rozgrzewam się w nogawkach i bluzie. Na niebie zbierają się ciemne chmury, ale jestem dobrej myśli i wierzę, że nie będzie padać.

Dosyć szybko wjeżdżam do ostatniego dla Medio sektora, niestety przede mną i tak stoi już sporo osób. Startują kolejni zawodnicy Grand Fondo i Medio, w międzyczasie zdejmuję nogawki i bluzę, które rzucam Leonowi i Kwakiemu – znajomym z Rzeszowa. Zauważam także Darka z aparatem, macham mu, a ten natychmiast robi mi fotkę. Nadchodzi pora na mój sektor i ruszamy. Jest ciasno, wyjeżdżamy z Rynku i od razu widzę, że stawka się rozciąga a odstęp od czołówki jest bardzo duży. Przyspieszam i hurtowo wyprzedzam, zbliżamy się do mostu i na światłach totalny bałagan. Jedziemy slalomem między autami, za mostem to samo. Widzę, że pierwsza grupa jest bardzo daleko, ale za wszelką cenę postanawiam dogonić. Dojeżdżam do Kamila i po zmianach próbujemy ich dojść. Kręcimy bardzo mocno, nogi już na samym starcie dostają nieźle w kość. Już po czterech kilometrach cieszę się, że nie pojechałem Grand Fondo. Powoli zmniejszamy stratę i po kilku kilometrach od startu w końcu doganiamy liderów sektora.

Tempo jest mocne, staram się odpocząć, ale szybko zaczyna się pierwszy podjazd. Na początku trzymam się z grupą, ale po chwili odpuszczam. Bardzo zmęczyła mnie ta pogoń i wiem, że jak tak dalej pójdzie to będzie nieciekawie. Scenariusz jak na kilku poprzednich maratonach: dochodzi do mnie Andrzej, siadam mu na koło i wiozę się przez kilkaset metrów. Na wypłaszczeniu wychodzę na czoło i dokładam, zaczyna się lekko w dół, prędkość rośnie do 50km/h. W końcu wjeżdżamy w las, Andrzej odjeżdża a ja po raz pierwszy zaczynam żałować, że twardziej niż zwykle napompowałem opony. Miota mną jak szatan i zjeżdżam dużo wolniej niż na ostatnich wyścigach. Na jednym ze zjazdów widzę Kamila, który coś majstruje przy rowerze. Niestety, zerwał łańcuch i zgubił spinkę. Jadę dalej, od czasu do czasu kogoś wyprzedzam.

Dojeżdżam do stromego podjazdu, z bardzo grubą warstwą luźnych kamieni. Na początku jadę, ale później pokornie schodzę z roweru i prowadzę jak pozostali. Przed sobą widzę Ifsona. Po lewej zaczyna się trochę twardsza nawierzchnia. Szybko wskakuję na rower, zaczynam jechać i krzyczę, żeby zrobili mi miejsce. Jestem na szczycie, wyprzedzam Ifsona i gonię dalej. Odcinki terenowe przeplatają się z asfaltami. Jeden z nich jest mi bardzo dobrze znany, byłem tutaj kiedyś na treningu i bardzo dobrze go zapamiętałem. Kręcę 8-10 km/h, przede mną Andrzej i Wojtek z CST. Powoli zmniejszam stratę, ale wiem, że podjazd długi, więc nie podpalam się. Przełączam Polara na funkcje nachylenia. Pokazuje 16%. Podjazd się kończy, dochodzę Andrzeja i Wojtka, przez pewien czas jedziemy razem, jednak w terenie Andrzej powoli się oddala. Wojtka z kolei gubię na jednym ze stromych, terenowych podjazdów. Wyprzedzam tam kilka kolejnych osób i mocno kręcę dalej.

Widzę przed sobą Marka, jadącego Grand Fondo, którego wyprzedzam przed singlem w lesie. Jest w dół, staram się jechać jak najszybciej, ale zbyt wysokie ciśnienie w oponach po raz kolejny daje o sobie znać. Jeszcze w lesie słyszę bardzo głośną grupę kibiców, którzy przy wyjeździe z lasu z całej siły dopingują kolarzy. Jak się później okazuje to Lary Zębatka i reszta z ekipy, która została zmylona przez pilota i pomyliła trasę. Jadę dalej i staram się dogonić kolejnych zawodników, ale wyprzedzanie nie jest zbyt częste na tym maratonie. Jest to dosyć demotywujące, bo spodziewałem się, że w drugiej części dystansu będzie to raczej standard. Mijam za to coraz więcej osób z dystansu Mini. Na długich i asfaltowych podjazdach wielu z nich już ostatkiem sił pcha rower pod górę. Staram się rzucić co chwilę dobre słowo i dodać im otuchy.

Na asfalcie wyprzedza mnie jakiś „szosowiec”, ciągnie mocno, nie siadam na koło, jadę swoim tempem i spokojnie dochodzę go w terenie. Gość zjeżdża bardzo wolno i mnie blokuje. W tym czasie dopada nas jakiś Rzeszowianin z Hoffman Bike. Trasa wiedzie singlami, w końcu udaje nam się wyprzedzić zawalidrogę, zostaje 8km do mety, ciągle po asfalcie. Na zjeździe „szosowiec” wyprzedza nas szerokim łukiem. Wkurza mnie to strasznie i postanawiam gonić. Zbliżam się do gościa, ale nie mogę dospawać, odpuszczam i lecę swoim tempem. Już do samej mety prawie ciągle siedzę na zmianie i dyktuję mocne tempo. Kolega z Rzeszowa w pewnym momencie odpuszcza. Trzymam tempo i z czasem 2:24:36 wjeżdżam na Rynek i przekraczam metę 30 open i 13 w kategorii. Start całkiem niezły, cel został osiągnięty, ale i tak zostaje niedosyt, chociażby przez te nieszczęsne, twardo napompowane opony i spore straty na zjazdach.

Mam bardzo mieszane uczucia jeśli chodzi o ten maraton. Z jednej strony fajna atmosfera, cały rzeszowski Rynek opanowany przez kolarzy, dużo znajomych z Lublina i Rzeszowa, niezła pogoda i bardzo fajna trasa z wieloma stromymi i długimi podjazdami :) Jeśli chodzi o logistykę to słynny, wysoki poziom organizacji imprez przez Lang Team można włożyć między bajki. Już w Nałęczowie w 2009 roku nie zrobili na mnie wrażenia, ale to, co się działo w Rzeszowie przeszło wszelkie granice. Slalom przez miasto między samochodami i pomylenie trasy przez pilota jednego z sektorów to ogromne wpadki, które nie mogą mieć miejsca nawet podczas dużo mniej prestiżowych imprez. Jeśli dołożyć do tego kiepskie bufety (właściwie to widziałem  tylko jeden, gdybym nie miał własnego picia i jedzenia to mogłoby być kiepsko), marny posiłek po maratonie (zero owoców i izotoników, woda gazowana, mikra porcja makaronu) to organizacyjnie Skandia pozostaje w tyle nawet za Mazovią i lokalnymi ogórkami. Jedyne dobre wspomnienia jeśli chodzi o organizację związane są z uprzejmością obsługi w biurze zawodów (strasznie zamotany byłem z rana, ale z uśmiechem na twarzy wszystko dało się spokojnie załatwić), tutaj pełna profeska. No a pani Agata Lang – klasa, aż żałuję, że nie zrobiliśmy sobie z nią zdjęcia :)

  • Facebook
  • Twitter
  • Śledzik
  • Wykop
  • email
  • Blogger.com