2018.05.01 – Puławy – Mazovia MTB

Pierwszy regularny maraton Mazovii od dziewięciu lat. Od tych maratonów zaczynałem przygodę z XCM ale było to tylko kilka wyścigów w 2008 i 2009 roku. Później jeździłem inne cykle i tylko w 2013 wziąłem udział w etapówce Gwiazda Mazurska (3. w M2) a w 2014 w Mazovii 24h (2. open). Reszta maratonów z tej serii mnie kompletnie nie interesowała aż do tego roku. Dwie edycje w długi weekend majowy odbywały się dosyć blisko i z powodu tras zapowiadały się bardzo atrakcyjnie. Pierwsza z nich to Puławy. Lessowe wąwozy, spore przewyższenia i wyścig na swoim podwórku z dużą liczbą znajomych zrobiły swoje i nie mogło mnie tym razem zabraknąć.

Od startu jadę czujnie, blisko czuba, dojazd do rundy jest bardzo długi i głównie asfaltowy, trzeba się pilnować żeby nie spłynąć w dół sektora. Do lasu wjeżdżam w pierwszej grupie, wysoko. Podjazd pod wyciąg narciarski w Parchatce kozak, Wojtas robi tutaj foty i wraz z innymi kibicami zagrzewa do walki, Eagle robi swoje i wjeżdżam bez ugniatania kapusty. Gdy zaczynają się podjazdy w wąwozach o dziwo wiele osób nie jest w stanie ich podjechać. Pierwszy sektor, hellou! :D Wyprzedzam, jadę równo i mocno. Trasa jest super, początkowo jadę w grupie, ale po około 20km wszystko się rwie na tyle, że zostaję sam. Oprócz pięknych wąwozów trafiają się niestety długie szutrowe a nawet asfaltowe łączniki. Gdy jest z wiatrem to nawet dobrze się jedzie, gorzej gdy wieje w twarz.

Przed rozjazdem dochodzi mnie jeden z zawodników, lecimy chwilę po zmianach, tempo jest równe, myślę sobie, że będzie miło. Niestety nie jest, kolega skręca w prawo na 1/2 pro, a ja w prawo na drugą pętlę. Wiem, że jadę w pierwszej dyszce, ale jeszcze daleka droga przede mną żeby to utrzymać. W jednym z wąwozów podczas szybkiego i krętego zjazdu o mało nie wpadam na… spychacz. WOW. W wąwozie ktoś sobie jeździ spychaczem, tylko dzięki temu, że jestem w czepku urodzony daję radę go ominąć. Po kilku minutach na podjeździe wyprzedza mnie jeden z rywali, obaj patrzymy się na siebie i pytamy „co to było?”. No szok, serio!

Resztę trasy jadę już bez podobnych przygód do mety, pod koniec dystansu zaczyna się dochodzenie najwolniejszych  zawodników z krótszego dystansu, na szczęście nie utrudnia to jazdy. Ostatnie kilometry to powrót asfaltową drogą, którą dojeżdżaliśmy do rund, tutaj już pełen gaz bez żadnych kalkulacji. Na metę wpadam z czasem 2:45:22, 8. Open i 5. w M3. Wynik OK, mam wrażenie, choć mam wrażenie, że konkurencja trochę słabsza niż na konkurencyjnym cyklu z Mazowsza ;) Teraz akcja regeneracja i atakujemy Janów Lubelski!

2018.04.29 – Lublin – Puchar Polski XCO

W planach na ten sezon mam kilka wyścigów w olimpijskiej formule XCO i nie mogło w nich zabraknąć trasy w Lublinie. Wybór był trudny, bo musiałem zrezygnować z Pięknego Wschodu, gdzie startowałem we wszystkich trzech edycjach, ale klimat trasy na Globusie zrobił swoje :) Do Lublina przyjechałem dzień wcześniej, objechałem dwa razy trasę, westchnąłem, ale łzy nie uroniłem. W Lublinie płasko na pewno nie jest, do tego zakrętów jak na porządnym przełaju. Jest gdzie się zmęczyć i trasa jest godna XC, choć (oprócz dropów) technicznie raczej łatwa.

Wyścig Masters I i II ma do pokonania cztery okrążenia. Jedna runda to 125m przewyższenia na 3,3km, czyli łatwo policzyć, że sporo :D

Start wychodzi mi dobrze i na rundę wjeżdżam wysoko, ale szybko tracę kilka pozycji, bo brakuje siły i dynamiki. Taktyka na wyścig jest prosta: nie podpalać się i przejechać go równym, mocnym tempem. Nie mam jeszcze mocy, żeby szarpać, więc jeśli nie chcę się wyjechać w połowie wyścigu to nie ma innej opcji. Jest też pewien mały problem w postaci czterech przeszkód, które muszę objeżdżać, nie, umiem, boję się i niestety tym razem się nie jestem w stanie przełamać. To kilkanaście sekund straty na rundę, sporo, ale zdrowie najważniejsze, zwłaszcza w tej części sezonu ;) Resztę łatwiejszych uskoków i małe dropy skaczę, a raczej przejeżdżam. Pierwsza trójka mojej kategorii znacznie mi odjeżdża. Goni mnie Sojer, którego ciągle widzę kilkanaście sekund za sobą, ale kontroluję sytuację.

Na metę wjeżdżam 4. w Masters I i chyba 7. open (startuje z nami jeszcze wyścig amatorów, ale akurat oni są za mną daleko z tyłu, za to trzech dziadków po 40 uzyskuje lepszy czas, życie). Noga przepalona, płuca przewentylowane, teraz pora na dwa maratony, także na Lubelszczyźnie :)

2018.04.22 – Daleszyce – ŚLR

Drugi wyścig w sezonie i znowu ŚLR, tym razem edycja w Daleszycach. To jedna z moich ulubionych tras i mój ósmy wyścig tutaj, nigdzie nie startowałem tyle razy.. Tym razem w Daleszycach rozstawiamy dużą bazę, bo to jeden z dni testowych rowerów Specialized. W Daleszycach super pogoda, od dawna nie padało i zapowiada się wyjątkowo sucha trasa.

Nasza ekipa jest liczna, robimy kilka teamowych fotek i na start. Trasa w tym roku zmieniona, skrócona, ale na plus jest to, że jedziemy nie powtarzamy rundy. Do tego start w innym kierunku i inny powrót. Ważne, że jest kultowe Zamczysko (na krótszym dystansie brak, szok!).

Po starcie pilnuję czuba i pierwsze kilometry jadę trzeci open. Jest spoko, Epic robi swoje, trasa sucha, przyjemność z jazdy duża. Z czasem nieco spadam, ale ciągle utrzymuję się w okolicach pierwszej dychy. Idzie mi zaskakująco dobrze, nie ma dynamiki, siły mało, a jednak jakoś jadę. Przed Zamczyskiem widzę za sobą Jacka Sołtysiaka z Bike Boardu. Na maratonach często mijamy się gdzieś na trasie, teraz także wydaje się to kwestią czasu. Gdy dojeżdżamy jednak do podjazdu wpadam w niesamowity rytm. To trudne do opisania, ale jedzie mi się wybornie, lecę jak na skrzydłach. Płynnie pokonuję kolejne kamieniste nierówności. Ze Stravy wychodzi, że jestem prawie pół minuty szybszy na tym odcinku niż rok temu, a to właściwie tylko za sprawą roweru, bo nogi raczej słabsze!

 

Dobrze polatać w fajnej ekipie :) #Metrobikes #Specialized #ILoveCycling #Kielce

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Zjazd z Zamczyska poezja, na dole doganiam zawodnika przede mną. Jedziemy. Odliczam kilometry do końca górek, końcówka jest płaska. Trzymam dobre tempo do samego końca i wjeżdżam na metę z czasem 3:21:13 – 8. open i 5. w M3. Miejsce lepsze niż jazda. Ogromnie cieszy mnie, że kolejny raz unikam skurczy i jakichś wielkich kryzysów na trasie, a całość przejechałem w miarę równo. Tutaj akurat skrócenie Mastera jest mi zdecydowanie na rękę :) Teraz inne wyścigi, a 10. czerwca kolejna odsłona ŚLR w Piekoszowie na kolejnej super trasie.

2018.04.08 – Chęciny – ŚLR

Sezon 2018 w końcu się rozpoczął. Start na wariackich papierach. Sprzętowo w ostatniej chwili udało się poskładać nową zabawkę – Specialized Epic Expert 2018 w jadowitym krwisto-złotym malowaniu. Barwy? Przypadek, koroniarzem nie jestem ;) Wielkie dzięki dla Adama, który po całym dniu miał jeszcze na to siłę i cierpliwość. Rower czeka jeszcze kilka przeróbek, ale tekst nie o tym :)

Poza sprzętem ostatnie tygodnie i ostatnie dni to czyste wariactwo. W sklepie kocioł, całe dnie na nogach, aż wieczorami zmęczone mięśnie dają znać o sobie. Staram się krótko, ale regularnie wychodzić z rana na rower, żeby cokolwiek pokręcić. Po zwariowanej sobocie (10-23) w sklepie po głowie krążą myśli „jechać czy nie jechać – oto jest pytanie”. Pogoda ma być super, nowy rower jest, trasa zapowiada się wyśmienicie. Decyduję się umrzeć na polu bitwy niż rzucić biały ręcznik jeszcze przed walką. W razie czego alibi mam całkiem dobre ;)

Na maraton blisko, pakuję się z Adamem do Metrowozu, na pace rowery i namiot, nie pokażemy się na podium to przynajmniej polansujemy się na chęcińskim rynku. Na miejscu słońce, ludzie wypakowują rowery, atmosfera gęstnieje, wkrótce karuzela ruszy. W biurze pobieramy pakiety, rozstawiamy czerwony namiot i robimy sesję foto z rowerami. Epic czystszy już nigdy nie będzie, więc te kilka zdjęć mu się należy. Mam lekkie obawy, bo będzie to jego pierwsza jazda. Ja szybko przyzwyczajam się do dobrego, ale jak zareaguje sprzęt rzucony od razu na głęboką wodą tego nie wie nikt.

W sektorze mnóstwo znajomych twarzy, trzeba było czekać kilka miesięcy żeby poczuć znowu tę atmosferę. Z Marcinem i Tomkiem z teamu ustawiamy się w pierwszej linii, co ma zaowocować paroma fajnymi fotkami, przynajmniej tyle…  Chwilę po 10:30 startujemy. Początek po asfalcie ale gdy wyjeżdżamy z centrum i wjeżdżamy na szuterek już kumam o co chodzi z tymi fullami. Po 200m wiem, że nie ma powrotu do sztywnego górala. Zawieszenie pięknie pokonuje nierówności, siedzę jak na kanapie i zastanawiam się dlaczego byłem taki głupi, że dopiero teraz przesiadłem się na Epica. Nieważne. Jedziemy, trzymam się czujnie w czubie, idą pierwsze zaciągi. Tym razem nie napalam się na zabranie się z czołówką za wszelką cenę i jadę swoje. Taki jest pomysł na ten maraton. Jedynie słuszny. To początek sezonu, nogi są zmęczone, nie mogę szarpać, muszę wybadać grunt. Po kilku kilometrach stawka się rozciąga, jadę w drugiej połowie drugiej dychy i taką pozycję brałbym w ciemno.

 

Czuję się zaskakująco dobrze, kilometry upływają, a organizm się trzyma. To wielka pokusa do podkręcenia tempa, ale wiem, że sam na siebie ukręciłbym bata, więc w trybie kierowcy PKSu trzymam równe i ekonomiczne tempo. Trasa jest świetna, sucha i różnorodna. Na sztywnych podjazdach Eagle nie raz ratuje mi tyłek. Zjazdy wszystkie moje, buzia sama się uśmiecha, jest gładko i przyjemnie. Boost i przednia opona 2.3 robią swoje, zjeżdża się jak na „moturze”. Są ze trzy miejsca na trasie, gdzie trzeba ładować z buta, przyjmuję to z pokorą, cudów nie ma, a nawet jeśli są to w obecnej formie i tak nie ma co na nie liczyć. Moje 58kg nie daje dużego zasięgu przy tak intensywnym wysiłku, więc regularnie jem i piję żeby w pewnym momencie nie rozłączyło mi nóg od mózgu (a może na odwrót, zależy…).

Końcowe kilometry trochę się dłużą, walka z trasą trwa do końca, ale jest to mimo wszystko walka przyjemna, bo trasa z górnej półki. Za trasy kocha się ŚLR, a miłość jak wiadomo jest ślepa niestety. Na ostatnim podjeździe kibicuje Waldek, więc podkręcam. Metę osiągam jako 14 na 81 startujących (7 w M3). Wynik stosunkowo dobry, obecna dyspozycja na pewno nie pozwala na więcej. Cieszy mnie bardzo, że obyło się bez skurczów i kryzysów. Na pewno pomógł w tym rower, bo jechało się komfortowo i nie wytłukło mnie tak jak na hardtailu. Może to dlatego na trasie obyło się bez typowego zgonu, a może nie dałem z siebie wszystkiego? Raczej dałem, tak, dałem! :)

Z nadzieją patrzę na kolejne tygodnie. Do nadrobienia jest dużo, ale najważniejsze imprezy sezonu w lipcu i wtedy noga ma kręcić. Póki co zwiększam kilometraż i zaangażowanie, bo 14 miejsce dla mnie nic nie znaczy, a dobrych wyników bez potu i bólu nie będzie, trzymajcie kciuki! :)

Starsze posty «