2024.01.06 – Kielce – Upiorna Trzydziestka MTB

Po prawie dwóch tygodniach jeżdżenia w Calpe w piątek wieczorem wylądowałem w Warszawie, noc spędziłem w Lublinie, skąd w sobotę z samego rana pojechałem do Kielc. W sklepie czekał już przygotowany rower i torba z rzeczami na wyścig, przebrałem się, zapakowałem sprzęt i pojechałem na start wyścigu. W zimowym MTB w Kielcach startowałem dwa razy, obydwa były zwycięskie (2020 i 2022) i zależało mi żeby zachować stuprocentową skuteczność. Treningi w Hiszpanii poszły dobrze, ale obawiałem się trudnego wyścigu. Bezpośrednio po solidnej dawce kilometrów i przewyższeń noga miała prawo być podmęczona i mogło się okazać, że zabraknie tych kilku dni na złapanie świeżości. Mimo to nastawienie było bojowe i zamierzałem dać z siebie wszystko.

Początek wyścigu jedziemy blokowani przez quada, ale przed pierwszym podjazdem Kamil Maciejewski go wyprzedza, od razu doskakuję do koła i wciągamy się pod górę. Tempo jest wysokie, ale nie zamierzam odpuszczać, muszę to przetrzymać. Po kilku kilometrach wychodzę na zmianę, uspokajam tempo i gdy tylko nadarza się okazja przechodzę do ataku na zjeździe. Poprawka na podjeździe i jadę sam. Jest dopiero 11km za nami i samotna jazda do samej mety nie do końca mi się uśmiecha, ale nie ma wyjścia. Podkręcam tempo żeby na dobre urwać się Kamilowi i dosyć szybko przestaję go widzieć gdy oglądam się do tyłu.

Jadę naprawdę mocno, praktycznie nie ma odcinków płaskich, walczę mocno pod górę, na zjazdach dokręcam, bo liczy się każda sekunda. Jest na tyle ślisko i miejscami grząsko, że co chwilę mam wrażenie jakbym jechał na flaku, wielokrotnie kontrolnie spoglądam na tylną oponę, ale na szczęście koło jest w porządku. Dojeżdżam do technicznego zjazdu z Góry Kolejowej, gdzie zazwyczaj sprowadzałem, bojąc się wywrotki na uskokach. Zjechałem to jednak na letnim wyścigu, co dodaje mi pewności siebie. Kilka razy jestem o włos od spektakularnej gleby, ale opanowuję rower i przejeżdżam całość. Na dole pod nosem mówię sobie, że teraz to już muszę to ogolić. Z jednej strony jestem już bardzo zmęczony, ale z drugiej gotowy na kontynuowanie mocnego tempa. W miarę upływu wyścigu noga kręci coraz lepiej, treningi w Calpe przynoszą efekty.

Podjazd pod Górę Kamienną to jedna z ostatnich trudności tego wyścigu. To tutaj dwa lata temu rozstrzygnąłem wyścig na swoją korzyść. Wjeżdżam go mocno, ale z lekką rezerwą. Praktycznie w każdym, nawet wygranym wyścigu zdarzają się błędy. Ja tym razem popełniłem jeden dosyć głupi błąd, a dotyczył on zapoznania się z trasą. Cały wyścig byłem przekonany, że ostatnim podjazdem tego dnia jest tradycyjnie przejazd granią, z której jest około 2-3km do mety. Szybki rzut oka na mapę dzień przed wyścigiem zdawał się to potwierdzać, trasa prowadziła tamtędy ale nie spojrzałem na oznaczenia kilometrów. Okazało się, że oprócz zjazdu granią na początku wyścigu nie będziemy tam już przejeżdżać. Zdałem sobie sprawę z tego na dojeździe do singla, którym zjeżdżaliśmy do mety. Pomyłka nie miała tym razem żadnych konsekwencji, bo miałem już sporą przewagę, w dodatku dzięki temu końcówka była łatwiejsza, ale mam nauczkę na przyszłość żeby nawet w przypadku dobrze znanej trasy dokładniej przestudiować mapę wyścigu.

 

Zjazd singlem pokonuję już dosyć asekuracyjnie, ale na płaskiej dojazdówce do mety dokręcam ile sił. Na kreskę wpadam po 1:35h jazdy z ponad 3,5min przewagą. Na papierze wygląda to nieźle, ale jestem straszliwie umęczony. Wyścig kosztował mnie sporo sił, dawno się tak nie ujechałem. To głównie zasługa Kamila, który zawsze jest bardzo groźnym przeciwnikiem i nawet prowadząc i nie widząc go na za sobą musiałem się sprężać.

Podsumowując: plan wykonany, wyścig wygrany, teraz czas na Białego Kruka MTB w Janowie Lubelskim. Do tej pory zawsze gdy był rzeczywiście biały to zwyciężałem. Zapowiada się, że tym razem także będzie sporo śniegu a to daje mi trochę większe szanse na zwycięstwo niż w przypadku szybkiej trasy. Do zobaczenia w Janowie!

2023.04.15 – Żelebsko – Roztocze Epic MTB Maraton

Przyszła wiosna i wraz z nią kolejny sezon ścigania. Na pierwszy ogień maraton na ukochanym Roztoczu, miejscu, które ma w sobie wspaniałą energię, pozwala zwolnić i oczyścić głowę. Jak to dobrze, że już trzeci sezon rozgrywany jest tam cykl Epic MTB Maraton, dzięki czemu jest mi tam jeszcze bardziej „po drodze”. W tym roku inauguracja w Żelebsku, czyli miejscówce, w której wyścigi rozgrywane są od 2020 roku, czyli jeszcze zanim to wszystko przerodziło się w cykl. W 2021 zwyciężyłem tam po świetnie pojechanym wyścigu, a w 2022 byłem drugi po epickiej końcówce w ulewie. Wymagająca trasa zawsze kosztowała mnie sporo zdrowia i zawsze potrafiła wykrzesać ze mnie najgłębiej ukryte pokłady energii i mogłem tylko oczekiwać, że tym razem będzie podobnie.

Po przybyciu na miejsce pogoda nie zachęcała do zmiany ciuchów na obcisłe – deszcz był mocny i w połączeniu z niską temperaturą gwarantował, że dla mnie ten wyścig to będzie walka o nieprzemrożenie dłoni i uniknięcie hipotermii. W pewnym momencie postanowiłem nawet, że stawanie na starcie nie ma sensu i rozsądniej będzie odpuścić niż ryzykować zamarznięcie na trasie. Warunki były na tyle słabe, że Organizator postanowił przesunąć wyścig o pół godziny. I wtedy stał się cud, deszcz prawie od razu przestał padać, wyszło słońce i prawie wszystkim niezdecydowanym wróciły chęci do ścigania. Los uśmiechnął się do mnie tego dnia po raz pierwszy. Wsiadłem do auta, nasmarowałem nogi maścią rozgrzewającą, przebrałem się w strój i kilka minut przed startem wskoczyłem na rower. Rozgrzewka przepadła, ale w ciepłych dresach czekałem sobie spokojnie w sektorze na start.

Zapowiadał się błotny wyścig, ale takie warunki akurat są dla mnie dobre, ważne że nie padało. Od startu ruszyłem mocno, co się opłaciło, bo na pierwszym podjeździe było bardzo grząsko i jadąc jako pierwszy mogłem wybrać optymalną linię. Na początku maratonu szybko spłynąłem na piątą pozycję, chłopaki mi odjechali, a ja samotnie jechałem przez kilka kilometrów (choć w zasadzie przez cały maraton). Gdzieś w połowie rundy zauważyłem, że mam pasażera „na kole”, ale nic sobie z tego nie robiłem i jechałem swoje. Niestety, w pewnym momencie patyk zawinął mi się na korbie, przez co spadł mi łańcuch, który jakoś nadspodziewanie długo zakładałem na zębatkę. W tym czasie mój towarzysz się oddalił, a ja straciłem około minutę i spadłem na szóste miejsce. Gdy jedzie się sporo za czołówką, a pod nogą nie czuć mocy trudno mobilizować się do szybkiej jazdy w dół, więc na zjazdach na pewno też nic nie odrabiałem.

Zaczynałem się już zastanawiać co ja tutaj w ogóle robią z tak nędzną dyspozycją. Mimo wszystko byłem daleki od włączenia trybu turystycznego i ciągle zmuszałem się do równej jazdy, pilnowałem picia i jedzenia. Po pierwszej rundzie byłem piąty (myślałem, że jadę szósty, ale nie wiedziałem o pogubieniu trasy przez Adama Mandziaka). Na drugiej pętli miałem wrażenie, że jadę już naprawdę wolno, ale pod koniec żelebskiego single tracka zauważyłem gdzieś w oddali Marka Burego. To los uśmiechnął się do mnie po raz drugi. Dokładnie tego mi w tym momencie trzeba było – dodatkowej mobilizacji. Tak bardzo nie chciałem spaść na jeszcze niższą pozycję, że od razu znalazłem dodatkowe siły żeby przyspieszyć.

W pewnym momencie złapałem dosyć dobry rytm i jazda była coraz płynniejsza, zacząłem też agresywniej zjeżdżać. W drugiej połowie drugiej pętli dojechałem do zawodnika, który wyprzedził mnie podczas defektu i od razu zostawiłem go na podjeździe.  Kolejny na horyzoncie pojawił się Sławek Skóra, który zazwyczaj prezentuje mocno zbliżony poziom, co po raz kolejny się potwierdziło. Na szczęście Sławka też szybko zostawiłem za sobą i kilka minut później przede mną pojawił się Marcin Rydel. Poczułem krew, przejście go oznaczało dla mnie podium open, a to zawsze jest ważne. Szybko go doszedłem i dużo nie kalkulując od razu zaatakowałem na podjeździe. Poszło, pozycja medalowa, teraz równo i mocno do mety. Ostatnie pół kilometra to już łagodniejszy teren, po 42km wjeżdżam na metę z czasem 2:28:47 i okazuje się, że jestem drugi.

Zwycięża Przemek Ciak, który przedłuża swoją  dominację w tym cyklu z ubiegłego sezonu. Siedem minut to przepaść. No dobra, powiedzmy, że gdyby nie defekty (miałem też patyka w kasecie, ale z tym poradziłem sobie ekspresowo) to byłoby sześć, ale to wciąż bardzo dużo. W najbliższych wyścigach na Roztoczu zapowiada się walka o maksymalnie drugie miejsce, ale sezon jest długi i będę się starał jeszcze tutaj zwyciężyć.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Szkoda, że nie mam danych do analizy z tego wyścigu. Niestety niedawno znowu kleiłem tylną obudowę mojego Garmina, więc w obawie przed uszkodzeniem urządzenia na nierównościach wziąłem stary licznik, który niestety szybko się wyłączył. W efekcie cały maraton przejechałem na czuja, nie mając ani informacji ile zostało do mety,  ani ile minut jestem na trasie. O śladzie na Stravę i wynikach z segmentów także mogę zapomnieć. Szkoda tego, ale na pewno miałbym jakieś porównanie względem poprzednich lat. Same czasy na pewno były gorsze ze względu na to, że na wielu odcinkach było sporo błota, ale generowaną moc chętnie bym zobaczył, chociaż może w tym przypadku lepiej nie wiedzieć żeby się nie stresować (trzeci uśmiech losu) ;)

Na koniec podziękowania dla mojego tegorocznego sponsora, czyli bankomatu przy Alei IX Wieków Kielc, mojego trenera, dietetyka, kucharza, a ostatnimi czasy w dużej mierze także mechanika, czyli mnie, oraz osoby, która zawsze we mnie wierzy, nawet gdy inni już dawno przestali (czyli także mnie) ;)

2022.08.21 – Karpacz – Uphill Race Śnieżka

Uphill Race Śnieżka to wyścig, na który czekałem cały rok. Z optymizmem patrzyłem na start gdyż w ostatnich tygodniach forma szła w górę i noga była całkiem dobra.  Dwa tygodnie przed wyścigiem zrobiłem sobie bardzo obfity w kilometraż i przewyższenia tydzień, po którym czułem się trochę zajechany, więc kilka dni poprzedzających uphill to były już tylko lekkie przejażdżki.

Trudno było powiedzieć czy zdążyłem z odświeżeniem nogi, więc przed wyścigiem towarzyszyła mi spora niepewność. Optymistycznie nie nastrajały też prognozy pogody, które zapowiadały deszcz, a to nie jest moja pogoda.

W dzień wyścigu czarny scenariusz pogodowy niestety się potwierdził. Od rana padało i nie było co liczyć, że podczas wyścigu się to zmieni. Nasmarowałem nogi maścią rozgrzewającą, założyłem kombinezon przełajowy z długim rękawem, rękawiczki z membraną i pojechałem zawieźć do biura rzeczy do odebrania na górze, po wyścigu. Padało na tyle, że zrezygnowałem z rozgrzewki i wróciłem na chwilę do hotelu żeby nie marznąć. Poważnie rozważałem wycofanie się, bo wizja hipotermii i odmrożenia sobie rąk nie była optymistyczna, ale ostatecznie zdecydowałem się nie odpuszczać bez walki. Kilka minut przed startem wjechałem do sektora, rower oparłem o bandę w drugiej linii i szybko uciekłem gdzieś pod dach.

Chwilę przed godziną zero wracam do sektora, deszcz ciągle pada, jest zimno. Zastanawiam się czy zdjąć kurtkę przeciwdeszczową, ale ostatecznie wybieram ryzyko lekkiego zagotowania się niż zmarznięcia. Startujemy, w końcu jest szansa się trochę rozgrzać. Dosyć szybko wyjeżdżam na czoło peletonu, jest mi tak zimno, że potrzebuję trochę pociągnąć z przodu żeby się dogrzać, a poza tym prowadząc nie zbieram na siebie wody spod kół. Jadę tak przez cały odcinek asfaltowy. Pozornie jest to nieco zbędna utrata sił, ale z drugiej strony nie forsuję tempa i nie biorę na siebie oprysku spod kół, więc generalnie wychodzi na plus. Po skręcie na bruk prowadzący do świątyni Wang jadę chwilę chodnikiem, oszczędzając energię, ale to są ostatnie chwile na prowadzeniu. Siedmiu zawodników mnie wyprzedza, a ja jadę swoim równym tempem tuż za tą grupką, ze sporą przewagą nad resztą.

Organizm jest już dosyć dobrze rozgrzany i jedzie mi się w miarę komfortowo, rozważam nawet zdjęcie kurtki. Pojawia się niestety inny problem. Przed startem zobaczyłem mleko na ściankach opon i postanowiłem dla pewności trochę dopompować Była to chyba zbyt pochopna decyzja, bo telepie mną straszliwie i trudno przez to jechać płynnie. Zbliżam się ciągle do siódmego zawodnika, a z tyłu mam coraz większą przewagę i biję się z myślami czy zatrzymać się i upuścić powietrza. W końcu mniej więcej w połowie wyścigu pękam, staję i upuszczam, ale tylko w tylnym kole. Kilkaset metrów później zatrzymuję się ponownie i koryguję przód. Strata się zwiększyła, przewaga zmniejszyła, ale w końcu energia nie będzie szła w powietrze a prosto w napęd.

Na punkcie pomiaru czasu przy Strzesze Akademickiej jestem ósmy (czas 36:23), rok temu byłem tam ponad minutę szybszy, a dwa lata temu, gdy wjechałem najszybciej miałem tam czas 35:05. Zważywszy, że dwa razy musiałem się zatrzymać to czas jest dobry! Ponownie odrabiam straty do siódmego miejsca, noga kręci dobrze, nie rwę tempa, wiem, że w końcu wyprzedzę zawodnika, jadącego bezpośrednio przede mną i bardziej skupiam się na złamaniu godziny. Teren robi się coraz bardziej odkryty, a to oznacza, że zaczyna wiać coraz mocniej i to niestety już drugi rok z rzędu prosto w twarz. Ciągle w głowie przeliczam prognozowany czas i szanse na wypełnienie założenia czasowego są coraz mniejsze. Od Rozdroża koło Spalonej Strażnicy podjazd nieco się wypłaszcza, jak co roku w tym miejscu staram się trochę nadgonić. Deszcz przestaje padać.

Dojeżdżam do zjazdu w kierunku Domu Śląskiego, od którego jest około 1,7km do mety. To ważny odcinek z punktu widzenia dobrego czasu na mecie. Nie można się na nim obijać, trzeba dokręcać na maksa. Mam 32 zęby na przedniej zębatce i to jest zdecydowanie za mało, za rok na pewno założę 36, bo pod górę mam spory zapas na kasecie. Mimo zbyt wolnego przełożenia zjazd idzie płynnie, chociaż ta nutka niepewności gdy leci się w dół po bruku w okolicach 50km/h na sztywnym, chińskim widelcu jednak jest ;) Za Domem Śląskim wskakuję na siódme miejsce. Perspektywa zejścia poniżej godziny wygląda obiecująco. Podjazd Drogą Jubileuszową jest trudny technicznie, bo przestrzenie między głazami, tworzącymi nawierzchnię są spore. Mając to na uwadze uważam, że moje opony 1,95 to optymalna szerokość do uzyskania dobrego wyniku. Oczywiście na cieńszych też się da wjechać, ale chociażby ryzyko rozcięcia bocznej ścianki byłoby zbyt duże.

O ile odcinek Drogi Jubileuszowej na północ od szczytu jedzie się nawet przyjemnie, bo góra dobrze osłania od wiatru tak po wschodniej stronie jest prawdziwy armagedon. Wieje tutaj niemiłosiernie, w dodatku prosto w twarz. Oprócz naduszania na pedały trzeba się skupiać na mocnym trzymaniu kiery żeby nie spaść z roweru. Na ostrym zakręcie 200m przed metą wieje tak mocno, że mam problem ze zmianą kierunku jazdy. Teraz droga do mety jest już bardzo stroma, ale czas mam pod kontrolą i po 59 minutach i 49 sekundach przecinam linię mety. Jestem zmęczony i na samą myśl o zjeździe jest mi zimno. W poprzednich latach pogoda była dużo lepsza i można było pozwolić sobie na pamiątkową sesję zdjęciową, ale tym razem jedyne o czym myślę to jak najszybciej zjechać 1700m do schroniska i przebrać się w ciepłe ciuchy. Sugestia osoby rozdającej medale żebym jechał od razu na dół mówi sama za siebie, raczej dobrze nie wyglądałem ;)

O zjeżdżaniu, przynajmniej na początku, nie ma jednak mowy. Jest stromo i ślisko, decyduję, że te najstromsze 200m sprowadzę. Jest jednak pewien mały problem – jestem w butach szosowych… Wygląda na to, że dostanie się na górę, w porównaniu do ostrożnego stawiania każdego kroku, było dziecinnie łatwe. Po pięciu minutach schodzenia stwierdzam, że w końcu trzeba skorzystać z tego, że mam rower i zacząć zjeżdżać. Gdy już stoję okrakiem nad ramą okazuje się, że nic z tego nie będzie. W przednim kole nie ma powietrza. Czeka mnie jeszcze 1500m spaceru w butach szosowych po śliskiej kostce i w niskiej temperaturze, w dodatku przy szalejącym wietrze. Gdy schodzę w dół i szczękam zębami mijam ludzi, którzy dopiero jadą na górę. Trochę mi ich żal, ale jak na nich patrzę to mają chyba podobne odczucia w stosunku do mnie.

Filmik z uphillu, na którym widać jak spaceruję sobie w dół (1:18:55).

Po około pół godziny ostrożnego schodzenia krok po kroczku, przemoczony i zziębnięty docieram w końcu do schroniska. Na szczęście w środku jest ciepło. Odnajduję swój bagaż, ale przez kilka minut nie jestem w stanie się przebrać. Wyglądam pewnie jak śmierć, bo szybko znajduje się jakiś dobry człowiek, który częstuje mnie gorącą herbatą. Powoli wracam do siebie. Przebieram się w ciepłe ubrania i dochodzę do siebie. Teraz została już tylko misja przygotowania roweru na zjazd, czyli zamontowanie przedniego hamulca i tarczy oraz napompowanie koła. Serwis załatwiam dosyć sprawnie, na szczęście organizatorzy mają pompkę stacjonarną w aucie, co znacznie ułatwia sprawę. Idealnie wyrabiam się na przyspieszoną turę zjazdu :) Zjazd ze Śnieżki na sztywnym widelcu nie należy do przyjemnych, ale najważniejsze, że już nie pada i jest mi ciepło. Jestem szczęśliwy, że przetrwałem tę pogodę, bo rano nie zapowiadało się to dobrze.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

 

Patrząc na czas mojego wjazdu można by powiedzieć, że skoro jest słabszy prawie pół minuty niż przed rokiem i prawie dwie minuty niż mój rekord to tendencja jest spadkowa. Na pewno tak nie jest. Waty wykręciłem bardzo dobre (4,74/kg), po prostu pogoda była bardzo niekorzystna i w dodatku straciłem sporo czasu na upuszczanie powietrza ze zbyt mocno napompowanych kół. Na pewno jeśli brać pod uwagę miejsce był to mój najlepszy wjazd na Śnieżkę i tutaj tendencja rosnąca została podtrzymana – 2019 – 19. Open, 2020 – 10. Open, 2021 – 8. Open i w końcu w 2022 – 7. Open i 4. M3. Biorąc pod uwagę rezerwy sprzętowe (po zmianie kół rower powinien ważyć coś ok 7,6kg) oraz naprawdę spore rezerwy w moim organizmie to jest realna szansa na kolejną poprawę miejsca, a przy dobrej pogodzie także na rekord życiowy pod względem czasu wjazdu.

 

Zabawna sprawa z tą Śnieżką. Do 2019 roku śmiałem się z tego wyścigu i sensowności jechania przez całą Polskę żeby wjechać sobie 13km na jakąś górę, ale gdy pierwszy raz wchodziłem na Śnieżkę już w połowie drogi wiedziałem, że muszę tam wjechać rowerem.  Zrobiłem to dokładnie miesiąc później i spodobało mi się na tyle, że specjalnie na kolejne uphille złożyłem sobie osobny, lekki rower. W 2023 zamierzam wjechać po raz kolejny, polecam! :)

2022.02.06 – Mostki – ŚLR

Ostatni wyścig sezonu zimowego to ŚLR w Mostkach. Jedna z moich ulubionych i szczęśliwych miejscówek. Tylko raz tutaj nie wygrałem (w 2018 prowadziłem od startu przez większość dystansu, ale złapałem gumę, zwyciężyłem w 2019 i 2020 oraz w 2021 w Sabat Gravel, który miał bazę w Mostkach).  Tym razem na wyścig jechałem nie do końca pewny swego, gdyż nie czułem się rewelacyjnie. W dodatku oblodzone szutrówki nie zagrzewały zbytnio do walki, a bardziej kazały myśleć o tym, żeby jechać ostrożnie i uniknąć kontuzji.

Wyścig rozpoczynam dynamicznie, przez około 2km jadę w ścisłym czubie, ale później zaczynam zostawać. Droga jest na tyle oblodzona, że nie chcę ryzykować i jadę konsekwentnie swoje szukając przyczepności. Po kilku kilometrach jazdy po lodzie wjeżdżamy w końcu w teren. Jestem na około 6-7 pozycji. Szybko odrabiam straty i awansuję na trzecie miejsce widząc przed sobą w oddali Rafała Olesia i Łukasza Maziarka. Znowu jedziemy po szutrach, mam około 35-45 sekund straty. Na lodzie skupiam się żeby nie stracić, a w terenie jadę co mogę, licząc, że to wystarczy na odrobienie strat.

Niestety w lesie przez długi czas nie widzę przed sobą rywali i dochodzą mnie już myśli, że może być „po wyścigu”. Mimo to staram się jechać na maksa, w końcu to wyścig i trzeba się spinać. Zaciętość i cierpliwość zostają nagrodzone. Kilkaset metrów za wąską kładką (trzeba nią przejść nad rzeczką) migają mi w oddali sylwetki rywali. Uśmiecham się pod nosem i daję ząbek w dół. Wiem, że za chwilę doskoczę do czołówki. Na podjeździe za bufetem podkręcam tempo i łapię chłopaków na szczycie. Jest równo godzina ścigania za nami, a przed nami znowu kilka kilometrów po lodzie. Teraz mam za zadanie utrzymać koło, co przy niezbyt forsownym tempie i lekko już roztopionym lodzie nie stanowi problemu. Tempo jest na tyle spokojne, że mimo nie do końca „moich” warunków wychodzę na zmianę i podkręcam.

Jedziemy wąską i mokrą rynną, ostro chłapie po nogach. Do lasu (5km do mety) wjeżdżam pierwszy i atakuję. Robi się luka, poprawiam i waty są już naprawdę wysokie. Puścili. Fragment szutrów (tym razem błotnych) i długi podjazd w lesie jadę wciąż bardzo mocno. Na szczycie oglądam się i przewaga jest już bezpieczna. Pozostaje tylko równo i bez przygód przejechać ostatnie 2,5km :) Na metę wjeżdżam z czasem 1:27:15. Jestem mega szczęśliwy, bo przed startem nie spodziewałem się zbytnio zwycięstwa. Po pierwszych kilometrach też nie wyglądało to zbyt dobrze, ale kolejny raz sprawdziła się zasada, że warto walczyć do końca :)

Sezon jesienno-zimowy zakończony. Wystartowałem w 14 wyścigach, 4 z nich wygrałem, a na podium stałem w sumie 9 razy. Całkiem przyzwoicie, chociaż zamieniłbym te wszystkie wyniki na medal MP w przełajach.  W tym roku z przekroju całego sezonu na niego nie zasłużyłem. Trzymajcie kciuki żebym w przyszłym sezonie w końcu zmobilizował się do solidnych przygotowań i był w stanie z realnymi szansami i mocą w nogach stanąć do walki na Mistrzostwach Polski. Póki co odliczam dni do wiosny, bo pogoda tej zimy jest bardzo słaba w porównaniu do ostatnich lat, więc i kilometrów w nogach mam mniej. Mimo to powoli, ale jednak się rozkręcam :)