2023.04.15 – Żelebsko – Roztocze Epic MTB Maraton

Przyszła wiosna i wraz z nią kolejny sezon ścigania. Na pierwszy ogień maraton na ukochanym Roztoczu, miejscu, które ma w sobie wspaniałą energię, pozwala zwolnić i oczyścić głowę. Jak to dobrze, że już trzeci sezon rozgrywany jest tam cykl Epic MTB Maraton, dzięki czemu jest mi tam jeszcze bardziej „po drodze”. W tym roku inauguracja w Żelebsku, czyli miejscówce, w której wyścigi rozgrywane są od 2020 roku, czyli jeszcze zanim to wszystko przerodziło się w cykl. W 2021 zwyciężyłem tam po świetnie pojechanym wyścigu, a w 2022 byłem drugi po epickiej końcówce w ulewie. Wymagająca trasa zawsze kosztowała mnie sporo zdrowia i zawsze potrafiła wykrzesać ze mnie najgłębiej ukryte pokłady energii i mogłem tylko oczekiwać, że tym razem będzie podobnie.

Po przybyciu na miejsce pogoda nie zachęcała do zmiany ciuchów na obcisłe – deszcz był mocny i w połączeniu z niską temperaturą gwarantował, że dla mnie ten wyścig to będzie walka o nieprzemrożenie dłoni i uniknięcie hipotermii. W pewnym momencie postanowiłem nawet, że stawanie na starcie nie ma sensu i rozsądniej będzie odpuścić niż ryzykować zamarznięcie na trasie. Warunki były na tyle słabe, że Organizator postanowił przesunąć wyścig o pół godziny. I wtedy stał się cud, deszcz prawie od razu przestał padać, wyszło słońce i prawie wszystkim niezdecydowanym wróciły chęci do ścigania. Los uśmiechnął się do mnie tego dnia po raz pierwszy. Wsiadłem do auta, nasmarowałem nogi maścią rozgrzewającą, przebrałem się w strój i kilka minut przed startem wskoczyłem na rower. Rozgrzewka przepadła, ale w ciepłych dresach czekałem sobie spokojnie w sektorze na start.

Zapowiadał się błotny wyścig, ale takie warunki akurat są dla mnie dobre, ważne że nie padało. Od startu ruszyłem mocno, co się opłaciło, bo na pierwszym podjeździe było bardzo grząsko i jadąc jako pierwszy mogłem wybrać optymalną linię. Na początku maratonu szybko spłynąłem na piątą pozycję, chłopaki mi odjechali, a ja samotnie jechałem przez kilka kilometrów (choć w zasadzie przez cały maraton). Gdzieś w połowie rundy zauważyłem, że mam pasażera „na kole”, ale nic sobie z tego nie robiłem i jechałem swoje. Niestety, w pewnym momencie patyk zawinął mi się na korbie, przez co spadł mi łańcuch, który jakoś nadspodziewanie długo zakładałem na zębatkę. W tym czasie mój towarzysz się oddalił, a ja straciłem około minutę i spadłem na szóste miejsce. Gdy jedzie się sporo za czołówką, a pod nogą nie czuć mocy trudno mobilizować się do szybkiej jazdy w dół, więc na zjazdach na pewno też nic nie odrabiałem.

Zaczynałem się już zastanawiać co ja tutaj w ogóle robią z tak nędzną dyspozycją. Mimo wszystko byłem daleki od włączenia trybu turystycznego i ciągle zmuszałem się do równej jazdy, pilnowałem picia i jedzenia. Po pierwszej rundzie byłem piąty (myślałem, że jadę szósty, ale nie wiedziałem o pogubieniu trasy przez Adama Mandziaka). Na drugiej pętli miałem wrażenie, że jadę już naprawdę wolno, ale pod koniec żelebskiego single tracka zauważyłem gdzieś w oddali Marka Burego. To los uśmiechnął się do mnie po raz drugi. Dokładnie tego mi w tym momencie trzeba było – dodatkowej mobilizacji. Tak bardzo nie chciałem spaść na jeszcze niższą pozycję, że od razu znalazłem dodatkowe siły żeby przyspieszyć.

W pewnym momencie złapałem dosyć dobry rytm i jazda była coraz płynniejsza, zacząłem też agresywniej zjeżdżać. W drugiej połowie drugiej pętli dojechałem do zawodnika, który wyprzedził mnie podczas defektu i od razu zostawiłem go na podjeździe.  Kolejny na horyzoncie pojawił się Sławek Skóra, który zazwyczaj prezentuje mocno zbliżony poziom, co po raz kolejny się potwierdziło. Na szczęście Sławka też szybko zostawiłem za sobą i kilka minut później przede mną pojawił się Marcin Rydel. Poczułem krew, przejście go oznaczało dla mnie podium open, a to zawsze jest ważne. Szybko go doszedłem i dużo nie kalkulując od razu zaatakowałem na podjeździe. Poszło, pozycja medalowa, teraz równo i mocno do mety. Ostatnie pół kilometra to już łagodniejszy teren, po 42km wjeżdżam na metę z czasem 2:28:47 i okazuje się, że jestem drugi.

Zwycięża Przemek Ciak, który przedłuża swoją  dominację w tym cyklu z ubiegłego sezonu. Siedem minut to przepaść. No dobra, powiedzmy, że gdyby nie defekty (miałem też patyka w kasecie, ale z tym poradziłem sobie ekspresowo) to byłoby sześć, ale to wciąż bardzo dużo. W najbliższych wyścigach na Roztoczu zapowiada się walka o maksymalnie drugie miejsce, ale sezon jest długi i będę się starał jeszcze tutaj zwyciężyć.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Szkoda, że nie mam danych do analizy z tego wyścigu. Niestety niedawno znowu kleiłem tylną obudowę mojego Garmina, więc w obawie przed uszkodzeniem urządzenia na nierównościach wziąłem stary licznik, który niestety szybko się wyłączył. W efekcie cały maraton przejechałem na czuja, nie mając ani informacji ile zostało do mety,  ani ile minut jestem na trasie. O śladzie na Stravę i wynikach z segmentów także mogę zapomnieć. Szkoda tego, ale na pewno miałbym jakieś porównanie względem poprzednich lat. Same czasy na pewno były gorsze ze względu na to, że na wielu odcinkach było sporo błota, ale generowaną moc chętnie bym zobaczył, chociaż może w tym przypadku lepiej nie wiedzieć żeby się nie stresować (trzeci uśmiech losu) ;)

Na koniec podziękowania dla mojego tegorocznego sponsora, czyli bankomatu przy Alei IX Wieków Kielc, mojego trenera, dietetyka, kucharza, a ostatnimi czasy w dużej mierze także mechanika, czyli mnie, oraz osoby, która zawsze we mnie wierzy, nawet gdy inni już dawno przestali (czyli także mnie) ;)