Archowum tagów: Etapówka

2014.06.20 – Parczew – Lubelska Vuelta

2014.06.20I – Prolog

Startowałem już w maratonach 24h, Maratonie Dookoła Polski, wielu maratonach MTB, wyścigach XC, Eliminatorze, a także etapówce MTB. Zaliczyłem też dawno temu dwa wyścigi szosowe i trzeci w ubiegłym roku, do tego kilka czasówek. Do kompletu brakowało chyba tylko etapówki szosowej. Gdy zobaczyłem, że w pobliskim Parczewie rozgrywana jest Lubelska Vuelta – czteroetapowy wyścig szosowy, od razu wpisałem go do kalendarza. Trasa płaska, ale za to w ograniczonym ruchu i przede wszystkim niedaleko domu. Miał to być jeden z ciekawszych startów w tym roku i dobry trening przed najważniejszymi celami sezonu. Kilka dni przed wyścigiem noga była jednak bardzo zamulona i stwierdziłem, że nie ma sensu statystować, lepiej darować sobie i porządnie odpocząć przed Mazovią 12h. Po namowach Tomka Bali zadecydowałem, że jednak pojadę do Parczewa i przynajmniej zrobię dobry trening.

II – Czasówka 3,6 km

Na pierwszy dzień zaplanowano dwa etapy. Pierwszy to 3,6km jazda indywidualna na czas, którą ukończyłem na 64. miejscu (na ponad 100 startujących) i 12. w kategorii, czasem 5:12, średnią 41,7km/h i stratą prawie 48. sek. do Emila Potręcia). Trochę za słabo się rozgrzałem, nie miałem kasku czasowego, kombinezonu i kozy, jak większość ze startujących, ale to marne usprawiedliwienie, bo powinienem był urwać co najmniej kilkanaście sekund i zmieścić się w pierwszej 40.

III – I etap ze startu wspólnego – 76,5 km

Ok 3h po czasówce miał być rozegrany 76,5km etap ze startu wspólnego. Czekaliśmy na niego razem z Przemkiem Krawczykiem, Krzyśkiem Żurkiem, Danielem Tabiszewskim i Bartkiem Brodą, który tak bardzo chciał się ze mną zabrać w ucieczkę, że poczęstował mnie sporą porcją przepysznych pierogów z truskawkami ;) Był to mój pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia, gdyż rano tak się spieszyłem na pociąg do Parczewa, że nie zdążyłem zrobić śniadania. 25 minut przed startem wyjechałem na rozgrzewkę. Mimo, że nie szło zbyt dobrze to nawet się rozgrzałem. Punktualnie o 15 jako jeden ze 104 kolarzy wyruszyłem na trasę. Przejazd honorowy przez Parczew nie miał zbyt wiele wspólnego ze spacerkiem, za to był w sam raz, żeby pobudzić mięśnie do intensywniejszego działania.

Gdy wyjechaliśmy z Parczewa czołówka znacznie przyspieszyła, prędkość oscylowała w okolicach 42-45 km/h. Jechałem spokojnie, starając się trzymać z przodu, żeby móc zareagować w razie gdyby kroiła się jakaś akcja. Po kilkunastu kilometrach jedna z ucieczek odjechała od peletonu na kilkanaście sekund. Jechałem wtedy trochę dalej, obok lidera wyścigu i zauważyłem, że zaczyna szukać okazji żeby przeskoczyć do przodu. Zrobiłem mu miejsce i od razu siadłem na koło, chcąc jedynie przeciągnąć się do czuba peletonu. Szybko jednak zmieniłem plan i postanowiłem przeskoczyć za Emilem do czołowej grupki. Niestety nie upilnowałem koła, jechałem jakiś metr za nim, przez co straciłem sporo sił. Gdy byliśmy już całkiem blisko dotarło do mnie, że nie styknie mi sił i odpuściłem, czekając na peleton, w którym schowałem się za Piotrkiem Gutkiem. Piotrek chłop jak dąb, więc pilnowałem go mocno, nie pozwalając wpuścić nikogo przed siebie. Drugą osobą, z którą chętnie osłaniałem się od wiatru był Robert Krawczyk, także potężnie zbudowany, do tego bardzo doświadczony i mocny.

Szybko stało się jasne, że ucieczka powinna dojechać do mety, chłopaki z MayDaya mieli Grześka Tomasiaka z przodu i spokojnie kontrolowali sytuację, ja starałem się oszczędzać, ale gdy tylko szło coś groźniejszego zawsze byłem tam, gdzie trzeba i w razie potrzeby momentalnie doskakiwałem. Kilka razy sam znajdowałem się w grupce, która nieznacznie odrywała się od peletonu, ale za każdym razem było widać, że nie ma szans uciec, więc nie pracowałem mocno żeby odjechać, a raczej wychodziłem na spokojne zmiany, obserwując co się dzieje z tyłu. Kilkanaście kilometrów walka w peletonie zaczęła się na dobre. Chłopaki zaczęli co chwilę rantować, trzeba było się sprężać, żeby utrzymać koło. Kilka razy było naprawdę ciężko, ale z zaciętą miną na twarzy a’la Andrzej Miszczuk (zresztą także jadący w peletonie) doskakiwałem tam gdzie trzeba i kleiłem koło. To było naprawdę coś, w dodatku gdy kryzys puścił miałem siłę żeby spokojnie przechodzić w to miejsce peletonu, w które chciałem, nie ważne czy osłaniany od wiatru czy nie. Była moc. Na ostatnich kilometrach zaczęło lekko padać, ale nie przeszkadzało to zupełnie w jeździe.

IV – Kraksa

Gdy dojeżdżaliśmy do pierwszych świateł w Parczewie do mety było 2km, a w peletonie jechały 44 osoby. Wszyscy szli mocno, grupa się naciągała i postanowiłem przejść na czoło peletonu, żeby mieć lepszą pozycję po wyjściu z zakrętu, bo w mieście na pewno będzie ciasno. Rozpędziłem się, przede mną była spora luka, w którą postanowiłem szybko wjechać. Niestety nie tylko ja miałem taki plan, doszło do kontaktu i w ułamku sekundy już wiedziałem, że będzie kiepsko. Momentalnie runąłem w dół, szorując lewym bokiem po asfalcie. Upadając zobaczyłem peleton jadący prosto na mnie, perspektywa bardzo nieciekawa, ale na szczęście nikt po mnie nie przejechał. Wstałem chyba jeszcze szybciej niż upadłem i od razu chciałem wskoczyć na rower, ale tylne koło nie chciało się kręcić. Sprawdziłem, łańcuch założony, wszystko gra, więc wtf? Po chwili okazało się, że koło jest tak scentrowane, że nie mieści się w ramie. Podobny problem miał gość, który upadł obok mnie. Pozostali szybko się pozbierali i pociągnęli za peletonem. Początkowo ruszyliśmy z buta najkrótszą drogą do mety, ale szybko postanowiłem jednak jakoś dokręcić 2 km po trasie, bo przy mocnym naduszaniu na pedały jakoś to szło. Przy okazji nadrobiłem kilkaset metrów, bo źle skręciłem i dotarłem na metę z czasem 1:57:33, 6 minut za peletonem (średnia peletonu 41,4 km/h), 54 open i 11 w kategorii. Na kreskę wjeżdżałem poodbdzierany i w podartych spodenkach, prawie jak Mark Cavedish na Giro 2012 ;) Byłem równocześnie dumny ze swojej postawy na wyścigu i z dotoczenia się na metę, a jednocześnie przerażony tym, że grubo się pozdzierałem.

Na mecie dostałem ogromne brawa od kibiców, co trochę podniosło mnie na duchu, zapozowałem też do kilku fotek (będzie fajna pamiątka, dużo lepsza niż rany i późniejsze blizny ;/), wyłączyłem Stravę i udałem się na parking, gdzie zdałem chłopakom relację z kraksy. Będąc jeszcze w szoku poszedłem do karetki, żeby mnie opatrzyli. Panowie najpierw zaczęli głaskać moje rany, ale szybko dostali polecenie żeby darli do czerwoności, aż usuną brud z ciała. Trochę to bolało, ale nawet nie tak bardzo. Dobrze, że zajęli się mną szybko, bo nawet nie chcę myśleć jakby to było, gdyby adrenalina już przestała działać. Miałem też nosa, że dzień wcześniej ogoliłem porządnie nogi, co zaniedbywałem bardzo w ostatnich miesiącach.

V – Epilog

Lubelska Vuelta skończyła się dla mnie po pierwszym dniu. Ani ja, ani rower nie nadawaliśmy się do dalszej jazdy. Gdyby to była prawdziwa Vuelta to pewnie bym tak łatwo nie odpuścił, a lekarze jakoś doprowadziliby mnie do stanu używalności, ale w obecnej sytuacji zdrowie było najważniejsze. Nie wiem czy wykuruję się na Mazovię 12h. Póki co nie wygląda to zbyt ciekawie. Noga goi się zadowalająco, z ręką jest gorzej, poparzona i bardzo piecze. Łażę prawie na golasa po domu, żeby nie podrażniać ran i nie mam pomysłu jak to ogarnąć, gdy trzeba będzie wyjść na miasto. Żal mi potwornie. Nie chodzi nawet o Vueltę, gdzie noga podawała super, ani o rower, który wymaga wymiany tylnego koła i siodełka. Kask jakoś jeszcze pojeździ. Nawet nie chodzi mi o tę nieszczęsną Mazovię, ale szkoda zdrowia, bo rany będą goić się długo. To pierwsza moja tak poważna kraksa na rowerze i pierwsza w miarę poważna kontuzja od bardzo dawna. W myśl zasady „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” pozostaje być dobrej myśli, cierpliwie się kurować i jak najszybciej wracać na rower. Szosowa etapówka prawie zaliczona, pierwsze poważne kolarskie szlify zebrane. Teraz już chyba spokojnie mogę powiedzieć, że „Nic, co kolarskie nie jest mi obce”…

Podziękowania:
– Kazie za zdalne zapisanie mnie w biurze zawodów
– Bartkowi za posiłek regeneracyjny ;)
– Ratownikom za opatrzenie ran
– Organizatorom za ogarnięcie tematu w związku z wycofaniem się i za zorganizowanie fajnego wyścigu
– Przemkowi za podwózkę do domu

2013.05.30-2013.06.02 – Gwiazda Mazurska

2013.06.02Już od dawna chciałem pojechać na jakąś etapówkę, ale wydawało się, że w tym sezonie już nic z tego nie wyjdzie. Propozycja wyjazdu pojawiła się niespodziewanie podczas puławskiego Czempionatu, gdzie Arek z Robertem szukali zawodnika do drużyny i złożyli mi propozycję nie od odrzucenia. W tym roku odbywała się piąta edycja Gwiazdy Mazurskiej, wyścigu organizowanego przez Cezarego Zamanę. Ja już dawno odpuściłem płaskie maratony i od 2009 roku nie ścigałem się w Mazovii, ale w ramach treningu i odmiany od górskiego ścigania postanowiłem pojechać i spróbować swoich sił na wyścigu etapowym.

Prolog – Indywidualna jazda na czas – Szczytno – 4,7 km

Na czwartkowe popołudnie zaplanowany był prolog – indywidualna jazda na czas dookoła jeziora w Szczytnie. Trasa liczyła 4,7km, w całości po kostce brukowej. W ramach rozgrzewki dokładnie zapoznaliśmy się z pętlą, objeżdżając ją kilka razy. Nabiliśmy sporo powietrza w opony i ustawiliśmy się na starcie, gdzie co 30 sekund startowali kolejni zawodnicy, według kolejności zgłoszeń. Jako, że byliśmy jednymi z pierwszych zapisanych to wyruszyliśmy wcześnie, dobrze rozgrzani i mający świeżo w pamięci każdy zakręt trasy. Spośród naszego teamu startowałem ostatni i goniłem Arka, który wystartował bezpośrednio przede mną. Zacząłem mocno, pierwsza część była z wiatrem i bez problemu można było utrzymywać prędkość bliską 40km/h. Po nawrocie nie było już tak łatwo, gdyż wiało prosto w twarz i trzeba było się bardzo starać, żeby jechać powyżej 30km/h. Mocno pochylony na kierze starałem się dogonić Arka, ale to się nie udało. Doszedłem za to Piotrka, czwartego zawodnika naszego teamu, który wystartował jako pierwszy z nas i z powodu problemów technicznych nie miał szans na dobry wynik. Mój czas 8:02, najlepszy z drużyny, okazał się 24. czasem tego dnia i 3. w kat. M2, co było dla mnie ogromnym, oczywiście bardzo miłym zaskoczeniem :) Po dekoracji zawieźliśmy pierwszy puchar na kwaterę i zgodnie ze zwyczajem chłopaków, którzy na Gwieździe byli już czwarty raz, ustawiliśmy go na samym brzegu telewizora, żeby zrobić miejsce na kolejne trofea.

I Etap – Jedwabno – 53 km

Po prologu to dopiero etap w Jedwabnie miał pokazać na ile mocna jest stawka. Po dobrej czasówce ja, Arek i Robert startowaliśmy z pierwszego sektora, niestety popełniliśmy szkolny błąd ustawiając się gdzieś w jego połowie. Zaważyło to na przebiegu całego maratonu, bo wąski początek mocno rozciągnął stawkę i trzeba było gonić czołówkę. Mimo wiatru na odkrytym terenie udało mi się dobić gdzieś do końcówki pierwszej grupy, ale zmęczenie pogonią było tak duże, że długo się tam nie utrzymałem i spłynąłem na niższe miejsce. Po kilkunastu kilometrach uformowała się nas trzyosobowa grupka, w której tempo było bardzo mocne a współpraca układała się wyśmienicie. Niestety, na 33. km w moją tylną przerzutkę uszkodził jakiś patyk. Chłopaki pojechali dalej, a ja przekonany, że to już koniec jazdy zatrzymałem się ocenić szkody. Na szczęście dałem radę w miarę szybko doprowadzić wygięty wózek do stanu używalności, prostując go rękami, ale straciłem na to na pewno ponad minutę. Jednak oceniając na chłodno to bardzo niewielka strata, gdybym zrobił jeden obrót korbą więcej załatwiłbym mojego Srama na amen i resztę Gwiazdy miałbym z głowy. Gdy wróciłem na trasę złapałem się do kolejnej trzyosobowej grupki, niestety jazda szła słabiej, a zmiany dawaliśmy tylko we dwóch. Na około 1,5km przed metą postanowiłem zaatakować na niewielkim wzniesieniu, oderwałem się od grupy i samotnie wjechałem na metę. 53 km pokonane w 2:00:47 i 22 miejsce na etapie to nie jest to, na co liczyłem przed startem. W dodatku okazało się, ze awaria kosztowała mnie miejsce na podium (do trzeciego miejsca straciłem tylko 50 sek.), przez co do końca dnia miałem podły nastrój. Robert z Arkiem także nie mieli powodów do zadowolenia, Robert podobnie jak ja, zajął 4. miejsce w kategorii a Arek czuł się podczas jazdy bardzo słabo i ostatkiem sił dojechał do mety.

II Etap – Purda – 50,5 km

Przed sobotnim, 50km etapem w Purdzie nastroje w drużynie były bojowe. Ja traciłem tylko 17 sekund w generalce do III miejsca w M2, Robert natomiast był tylko sekundę od podium w M4, Arek też czuł się trochę lepiej, więc zapowiadała się walka. Celem na ten dzień były co najmniej dwa puchary za etap i wskoczenie na podium w generalce. Tym razem już nie popełniliśmy błędu i na starcie ustawiliśmy się na początku sektora. Pierwsze kilometry upłynęły pod znakiem jazdy w pierwszej grupie, później czołówka odskoczyła a ja z Robertem zostaliśmy w sporej grupie pościgowej. Dobrym znakiem był brak mojego bezpośredniego rywala do trzeciego miejsca w generalce, który przy wjeździe w poważniejszy teren został z tyłu. Z czasem grupa pościgowa także się porwała i ostatecznie zostaliśmy we trzech. Współpraca układała się świetnie i 2-3 km przed metą dogoniliśmy trzech zawodników. Na końcówce tempo spadło, spróbowałem zmobilizować kolegów to mocniejszej jazdy, ale tylko jeden postanowił przyspieszyć, a właściwie rozpoczął długi finish. Jedynie ja utrzymałem tempo i na metę wpadłem tuż za nim z czasem 1:56:49, 13. open i 3. w kat. M2 i z przewagą 2:55 nad czwartym zawodnikiem w M2, dzięki czemu wskoczyłem na trzecie miejsce w generalce. Robert także zrealizował plan i na telewizorze wylądowały kolejne puchary, oczywiście ustawiliśmy je po lewej stronie :)

III Etap – Nidzica – 42 km

Po płaskich i banalnie łatwych etapach w Jedwabnem i Purdzie w niedzielę przyszedł czas na finał na dużo ciekawszej trasie w Nidzicy. Założenia były proste: utrzymać miejsca na podium w generalce i powalczyć o pudło na etapie. Pierwsze kilometry po starcie trzymam się w czołówce, trasa wiedzie najpierw lekko pod górę, później z góry, mimo ścigania w poprzednich dniach jedzie mi się bardzo dobrze. Na pierwszej przeszkodzie grupa się nieco rwie, jadę niedaleko za Robertem, ale przestrzeliwuję zakręt i tracę dystans, dogania mnie Tomek Kowalski, z którym walczę o trzecie miejsce w generalce M2. Z Tomkiem na plecach doganiamy w końcu Roberta, z którym jedzie Tomek Posadzy, który w generalce M4 ma taki sam czas. Grupę uzupełnia Przemek Sadło, z którym przejechałem większość poprzednich etapów. Jedziemy po zmianach mocnym tempem i pilnujemy się na wzajem. Na interwałowych odcinkach Tomek trochę zostaje, niestety chłopaki na zmianie nie podkręcają tempa i nie udaje się go urwać. Ja z kolei mam problem na jednym odcinku błotnym i o mało co nie odpadam, udaje się jednak dogonić grupę i dalej do mety już jedziemy razem. Najmocniejsze zmiany daje Przemek, któremu noga tego dnia zdecydowanie podaje. 3km przed metą, na szutrowym podjeździe decyduję się zaatakować. Zyskuję kilkadziesiąt metrów przewagi i pędzę szybko w dół, niestety chłopaki mnie dochodzą. Tomek momentalnie robi poprawkę, z ogromnym trudem dochodzę i siadam na koło, przed wjazdem na asfalt tempo spada, po wyjściu z zakrętu decyduję się na kolejny skok, ale tym razem prawie od razu mam wszystkich na kole, idzie kolejna kontra, pół kilometra do kreski, nie mam sił żeby odpowiedzieć. Grupa tnie się do samego końca, ja wjeżdżam 10 sekund za nimi, 42km, 1:43:53, 17. open i 5. w M2. Jestem niesamowicie zmęczony, ale także ogromnie szczęśliwy, bo wiem, że obroniłem trzecie miejsce w generalce M2, wyprzedzając o 2:27 Tomka Kowalskiego. W generalce open jestem 15. Robert dzięki finishowi wyprzedził w generalce o sekundę Tomka Posadzy i zajął 2. miejsce w M4 i 9. open. Drużynowo jako CST Merida Big Nine Rajders zajmujemy czwarte miejsce.

Start w Gwieździe Mazurskiej wypadł nadspodziewanie dobrze. Trzecie miejsce w generalce i dwa trzecie miejsca na etapach cieszą mnie bardzo i dosyć pokaźnie wzbogacają moją półkę z trofeami. Zdobyłem także kolejne cenne doświadczenie kolarskie. Jazda w etapówce to zupełnie inna rzecz niż klasyczne maratony, dochodzi więcej kalkulacji taktycznych, trzeba także radzić sobie ze zmęczeniem. Akurat w moim przypadku regeneracja następowała zadowalająco i nie miałem na kolejnych etapach uczucia jakiegoś nadzwyczajnego zmęczenia nóg. Cieszy mnie to nie mniej niż zajęte miejsce :) Co do organizacji to Mazovia jak to Mazovia, szału nie ma, ale na Gwieździe atmosfera była jakby dużo milsza niż zazwyczaj. To pewnie kwestia tego, że dla wielu zawodników był to rodzinny wyjazd, połączony ze ściganiem i to na pewno było widać. Zdecydowanie na plus bardzo dobre oznaczenie tras, bufety na mecie i szybkie dekoracje. Dopisała także pogoda. Na minus należy zdecydowanie nudne i mało wymagające etapy, brak myjek po błotnym etapie w Nidzicy oraz brak nagród, które otrzymali jedynie zwycięzcy generalki w kategorii open. Jak na tak dużą i rozpoznawalną imprezę to po prostu śmiech na sali. Na koniec pragnę podziękować Arkowi i Robertowi, którzy namówili mnie na start w Gwieździe Mazurskiej oraz Piotrkowi, czwartemu zawodnikowi drużyny i jednocześnie sponsorowi naszego startu :) Podziękowania także dla reszty ekipy, z którą spędziłem długi weekend, oraz dla operatorów komórkowych, dzięki którym możliwe było spędzenie kilku dni praktycznie bez Internetu. Taka przymusowa przerwa w dostępie do Sieci to niezwykle ciekawe doświadczenie, dobrze, że są jeszcze miejsca, do których nie dotarły wszystkie osiągnięcia naszej cywilizacji :)

2012.06.16-17 – Sielpia – ŚLR

Kolejny start w tym sezonie to dwudniowy etap ŚLR w Sielpi. Powrót na trasy Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, po opuszczeniu maratonu w Nowinach, to przede wszystkim chrzest bojowy nowo złożonego roweru. W piątek wieczorem, razem z Pawłem, przystąpiłem do składania do kupy wszystkich części. Wiedziałem, że taka akcja dzień przed wyścigiem to nie jest dobry pomysł, ale sytuacja wymusiła to rozwiązanie, wcześniej się nie dało i tyle. Nie spodziewałem się jedynie, że wyjedziemy z serwisu aż o 3 w nocy.

Z Lublina wystartowałem z Pawłem i Sebastianem ok. 7:30. Dosyć późno, ale pierwsi zawodnicy na sobotniej czasówce mieli wyruszyć o 12, więc obyło się bez jakiejś specjalnej nerwówki. Po dojeździe na miejsce okazało się zresztą, że w miasteczku sportowym wyjątkowo piknikowa, wręcz leniwa atmosfera. Przygotowania do startu niestety średnio profesjonalne, gdyby nie wcześnie otwarty bufet to jechałbym na głodnego, rozgrzewka też niemrawa, ogólnie rzecz biorąc klimat wakacyjnego miasteczka bardzo się udzielił i jakoś dużo mniej niż zwykle przejmowałem się wyścigiem. No i wyszedł pierwszy mankament roweru: amortyzator nie zawsze się odblokowuje, postanawiam zatem jechać całą czasówkę bez blokady.

Startowaliśmy co 30 sekund, z Lublinian wyruszałem ostatni, więc podczas rozgrzewki dopingowałem chłopaków jadących przede mną. Mimo, że już kilka minut przed moim startem kręciłem się w okolicy to trochę się zagapiłem i mało brakowało a spóźniłbym się na swoją próbę. Widząc, że nikt nie stoi na starcie podjechałem pod linię, spokojnie się zameldowałem i oczywiście okazało się, że teraz moja kolej i za 15 sekund jadę. Pełen luz, końcowe odliczanie i ogień!

Wyruszam ostro, amor trochę pompuje na twardym, ale po rozpędzeniu już nie stanowi to problemu. Trasa łatwa, jadę mocno, po chwili doganiam dziewczynę, która startowała przede mną, później chyba jeszcze jedną osobę. I nagle czuję, że sztyca się zapada. Muszę się zatrzymać, próbuję jakoś naprawić te rzecz, kręcę szybkozamykaczem, ale śruba jest zbyt słabo ściśnięta i nic to nie daje. Mija mnie kilku zawodników, w końcu ktoś pożycza mi klucze, dokręcam zacisk i ruszam w pogoń. Doganiam kolegę, który pożyczył mi klucze, oddaję w locie, dziękuję i cisnę dalej. Doganiam kolejnych zawodników, jestem zły na siebie, na rower, wiem, że straciłem dużo, ale staram się walczyć o każdą sekundę i każdą pozycję w końcowym rozrachunku.

Trasa łatwa, płaska, trochę piachu, ale idzie wszystko przejechać. W końcu dojeżdżam do jedynej na trasie poważnej przeszkody: krótki, stromy podjazd i techniczny zjazd po kamieniach. Nie zdążam zredukować i końcówkę podjazdu walę z buta. Nie ryzykuję zjazdu po kamieniach i sprowadzam rower. Mknę szybko do mety, ale staram się oszczędzić trochę sił na końcówkę. Ku mojemu zdziwieniu nagle widzę znajome tereny i technicznych kierujących do mety. To już? Cisnę końcówkę ile wlezie i wpadam na metę. Spodziewałem się, że będzie dużo dłużej. Czas 1:09:30, 89 miejsce open i 37 w Elicie. Przez historię ze sztycą straciłem ok. 30 pozycji i jestem bardzo niezadowolony, tym bardziej, że to mój błąd i powinienem był go uniknąć. Jeszcze raz odradzam składanie roweru tuż przed startem.

Ciąg dalszy w sobotę to spacer na plażę, kwaterunek, kolacja oraz oczywiście przygotowania do meczu Polska – Czechy. Mimo, że średnio mnie on obchodzi, ulegam zbiorowemu szałowi i biorę udział we wspólnym oglądaniu. Na terenie obozu mieliśmy dwie „strefy kibica” – w obu telewizory były wystawione na balkonach a kibice gromadzili się przed tymi balkonami. Po jednej połowie w każdej strefie, z tym, że o ile pierwszą nawet obejrzałem to na drugiej więcej było przysypiania ;) Co do wyniku to cóż, piłka nożna to bardzo trudny sport, nawet najsłabszy piłkarz jest wciąż wielkim sportowcem hehe.

W niedzielę wstaję rano, wyspany jak nigdy przed maratonem. Śniadanie na stołówce, podobnie jak kolacja, niezbyt kolarskie, w dodatku zbyt wczesne, więc ponownie start nieco na pusto. Ale w Sielpi w końcu jadę z pierwszego sektora, w dodatku ustawiłem się z chłopakami prawie na samym przodzie, więc jest bardzo pro ;) Ruszamy punktualnie. Od samego początku ogień, szybki wjazd do lasu, ale podłoże dosyć twarde, więc prędkość ciągle duża. Tym razem na rozjazdówce wyprzedza mnie trochę osób, w końcu łapię się na koło Andrzejowi z Inżynierii i dobrych kilka minut jadę za nim. Po chwili słyszę soczyste k… i widzę jak Andrzej się zatrzymuje. Okazało się, że nie wytrzymała tylna przerzutka i wyścig się dla niego skończył. Jak to później żartobliwie, skomentował Tomek: „Może w końcu przerzuci się na Srama”.

Cisnę dalej mocno, robi się mała grupka i z czasem coraz większy piach. Dalej jednak płasko. Jeszcze przed pierwszym bufetem dogania mnie Karcer i na asfalcie daje bardzo mocną zmianę. Od razu siadam na koło i wiozę się aż do wjazdu w las.  Tam kilka osób wbija się między nas po czym grzęzną w piachu. Lipa, ja też muszę zejść, podobnie jednak prowadzący Seba. Całą grupą prowadzimy rowery przez kilkanaście metrów, po czym łapiemy trochę twardego i zaczynamy znowu kręcić. Robią się małe odstępy, ale niweluję je przed ogromnym nasypem. Tam całą grupą podprowadzamy rowery. Po grani także nie jedziemy, gdyż po obu stronach przepaść. Na końcu bardzo stromy zjazd. Większą część sprowadzam, co także nie jest takie łatwe, a końcówkę zjeżdżam z tyłkiem za siodełkiem i tuż nad tylnym kołem. Właśnie w takich momentach docenia się rower, ja ze swojego jestem bardzo zadowolony, rama i amor to były strzały w dziesiątkę! Dalej odcinek leśny i na asfalt wjeżdżam razem z jakimś gościem na Meridzie, z którym już do końca wyścigu będziemy się zjeżdżać. Ciągnie mocno pod górę, ja się zaginam, siedzę na kole i nie puszczam. Wyprzedzamy kilka osób, cieszę się, że dałem radę i nie straciłem na podjeździe.

Na pierwszym bufecie łapię tylko banana i batona i cisnę dalej sam. Jedzie mi się świetnie, bardzo szybki odcinek i po bufecie sił jakby więcej. Dojeżdżam do rzeczki, z roweru niestety schodzę dopiero w połowie i kilka metrów go przenoszę, wody jest po kolana. Szkoda, że nie zsiadłem wcześniej, zostałoby trochę smaru, zwłaszcza, że za chwilę robi się piaszczyście. Jadę dalej, ale już nie tak szybko jak do rzeczki. Zjeżdżam się z kolejnymi kolarzami. Tym razem, nie tylko jak to zazwyczaj w tej części wyścigu, jestem wyprzedzany, ale także i ja wyprzedzam. Wyprzedza mnie jakiś szybki zawodnik, siadam mu na koło i wiozę się kilka kilometrów. Na drugim bufecie zatrzymuję się, uzupełniam szybko bidon i biorę banany i batony.

Na kolejnym odcinku znowu dojeżdża do mnie dwóch kolarzy, m.in znowu kolega na Meridzie, a ja znowu siadam mu na koło. Jedziemy kilka kilometrów, dojeżdżamy do drzewa leżącego w poprzek drogi, przenosimy rowery i wtedy ni stąd ni zowąd łapie mnie skurcz. Reaguję natychmiastowym krzykiem a kolega na Meridzie reaguje natychmiastowym podaniem fiolki z magnezem. Dzięki wielkie! Wypijam i od razu wsiadam na rower. Chłopaków mam jeszcze w zasięgu wzroku i staram się dogonić, ale są dla mnie za szybcy.

Końcowe kilometry to wyprzedzanie zawodników z dystansu Fan a później także Family. Już na asfalcie mijam m.in. Tomka z rodzinką (niestety słabo się rano czuł i postanowił odpuścić Master). Przede mną nie widzę nikogo, za mną bezpiecznie, więc ze spokojem, ale dalej dosyć mocno kręcąc korbą, wjeżdżam na metę na 35 pozycji Open (20 w Elicie) z czasem 3:19:01. Trzy minuty za Sebastianem i niecałe dwie za Darkiem z MayDaya. Jestem umiarkowanie zadowolony, bo miejsce jest w miarę przyzwoite, rower dał radę (amor robi robotę!) a mi udało się podjąć na trasie walkę :) Niestety miejsce dalej jest kiepskie i czeka mnie dużo pracy żeby przyjeżdżać wyżej.

Podsumowując maraton w Sielpii można mieć mieszane uczucia co do trasy. Z jednej strony płasko i nudno, z drugiej wcale nie tak łatwo jakby się mogło wydawać, gdyż piachy zrobiły swoje i kto chciał, zostawił tam sporo zdrowia. Poza tym organizacja, jak zwykle w tym roku na ŚLR, wzorowa. Świetna atmosfera w miasteczku kolarskim, przemiła obsługa, punktualność, dobre bufety i nieźle oznaczona trasa sprawiają, że zdecydowanie chce się wracać na maratony ŚLR. Ogromne brawa dla Maziego i Mirry oraz pozostałych organizatorów za profesjonalne podejście. Mimo, ze w Lublinie równolegle była rozgrywana Mazovia to ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, w którym maratonie startować. Cieszę się także ze złożenia nowego roweru, który mam nadzieję będzie mi służył długo i udanie. Póki co jestem bardzo zadowolony.

Na koniec ogromne podziękowania kieruję w stronę Pawła Kulpy z Centrali Rowerowej, który bardzo przyczynił się do powstania mojego ściagacza. Rady odnośnie do doboru komponentów, jak zwykle niezawodne zaplecenie i przygotowanie kół, doprowadzenie do ładu uszkodzonej ramy oraz pozawieszanie na niej wszystkich części to jego ogromny wkład w to, żebym na wyścigach zajmował coraz lepsze miejsca. Taki mechanik to skarb. Kolejny test Canyona w niedzielę na Maratonie Kresowym w Chełmie. Będzie ostro!