Archowum tagów: CityTrail

2015.02.14 – Lublin – CityTrail

2015.02.14

Od Dychy do Maratonu nie biegałem, więc dzień przed zawodami zrobiłem 20-minutowy trening na przetarcie. Trzy mocne tempówki w środku trochę mnie sponiewierały i zrodziły spore obawy przed sobotnim biegiem. Mimo tego zdecydowałem, że w sobotę stawiam wszystko na jedną kartę i trzymam tempo najszybszej dziewczyny i tak jak najdłużej, aż do odcięcia prądu.

Tuż przed 11 ustawiam się na starcie, ale mimo dobrej rozgrzewki zapowiada się istny armagedon, a to wszystko za sprawą… GPS! Tak, komóra nie chce złapać fixa i wygląda na to, że bieg będzie nieważny ;) Na szczęście minutę przed startem sygnał zostaje złapany i mogę odetchnąć z ulgą. Teraz już wszystko w moich nogach. Gotowi? Start! Z „bloków” wychodzę z opóźnieniem i przede mną robi się bardzo tłoczno. Na pierwszym podbiegu idę mocno lewą stroną i już jestem trzeci, przede mną tylko mocne chłopaki z Perfect Runner ;) Sprytnym manewrem zrobiłem sobie trochę miejsca, więc szybko odpuszczam i łapię jakieś rozsądne tempo. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy, ale tym razem oddalają się ode mnie wolniej niż podczas poprzednich biegów. Tabliczkę z pierwszym kilometrem mijam z czasem 3:30. Szybko, nawet bardzo.

Drugi kilometr to dalsza część lekkiego podbiegu, międzyczas wyraźnie słabszy (4:20), ale intensywność podobna. Chwilę później wyprzedza mnie Joanna Wasilewska, pierwsza kobieta, zatem od razu łapię się za nią i trzymam jej tempo. Nie ma lekko, trzeci kilometr to znowu 4:20, ale ostatnie dwa są z górki. Dobiega do nas grupka trzech-czterech zawodników, wśród nich Marek Drob. Podłączam się pod niego, ale dziś jest bardzo szybki. Następnie wyprzedza nas Grzesiek Pożak (pamiętam tego biegacza, bo to już trzeci bieg, gdy łyka mnie w tym samym miejscu). Chcę z nim powalczyć, ale sił wystarcza na około pół minuty. Później wyprzedza mnie jeszcze Bartek Łowczak. Innym biegaczom, których czuję za plecami, odbiegam zanim przyjdzie im do głowy, że mogą być szybsi. Znowu zostaję z J. Wasilewską. Biegnę już ostatkiem sił.

Czwarty kilometr to 3:57, czyli tempo takie jak finalnie na całości biegu. Ostatnie 1000m biegnę naprawdę mocno, walczę. Jakieś 400m przed metą wyprzedzam towarzyszkę biegu i znacznie przyspieszam. Marek i Bartek są jednak za daleko żeby ich dojść, na mecie wklejają mi po kilka sekund. Piąty kilometr zamykam w 3:38, a cały bieg w 19:43. Siedem sekund gorzej od listopadowej życiówki na tej trasie, ale za to z najlepszym miejscem CT w tym sezonie (23. open/242 i 7./47 M20). Do czołowej dwudziestki zabrakło 5 sekund, ale z biegu jestem zadowolony, chociażby dlatego, że udało się zgrać tracka ;) Tym razem ryzykowna taktyka się opłaciła i plan wykonałem. Ciekawe czy gdyby była Magda Kłoda wybiegałbym lepszy czas czy może padłbym trupem na czwartym kilometrze. Mam nadzieję, że będzie okazja przekonać się w marcu, bo sezon biegowy chcę zakończyć w dobrym stylu i wyrównać rachunki z kilkoma szybszymi dotychczas biegaczami ;)

2015.01.10 – Lublin – City Trail

2015.01.10

Czwarta w tym sezonie (a dla mnie trzecia) edycja CityTrail w Lublinie stanowiła dla biegaczy większe wyzwanie niż zazwyczaj. Wszystko z powodu oblodzonej w wielu miejscach trasy, przez co konieczna była nie tylko walka z dystansem, ale przede wszystkim walka o pozostanie w pionie podczas biegu. Zważywszy, że większość biegaczy startowała w terenowych butach, a wielu z nich nawet z nakładkami, pozwalającymi na lepszą przyczepność, stałem raczej na straconej pozycji jeśli chodzi o szanse na dobre miejsce. Po rozgrzewce wyglądało to naprawdę słabo, zwłaszcza, że różnica w przyczepności między mną, a ludźmi w lepszych „trampkach” była ogromna. Postanowiłem jednak nic sobie z tego nie robić, ustawiłem się z przodu i skoncentrowany czekałem na sygnał.

Start! Ruszam ostro i biegnę w samiutkim czubie. Po kilkudziesięciu metrach nogi są już mokre, bo tuż po starcie nikt nie omija kałuż, tylko każdy wali prosto przed siebie. Po kilometrze robi się już luźniej, ja powoli wracam na swoje miejsce w szyku, ale daję z siebie wszystko. P, po 2km jest ostry nawrót, praktycznie na lodzie, ale utrzymuję równowagę i pociskam. Wiem, że niedługo będzie już połowa, a potem z górki do mety (dosłownie i w przenośni). Na śliskich odcinkach biegnę ostrożnie, na suchych mocno przyspieszam (tak przynajmniej twierdził na mecie Bartek, który przez kilka minut biegł za mną). Drugą połowę dystansu w ogóle biegnę bardzo dobrze, wytrzymuję tempo innych zawodników. Na ostatnim kilometrze nie za bardzo mam z czego przyspieszyć, dopiero pół kilometra przed metą decyduję się na podkręcenie tempa. Opłaca się, bo wyprzedzam kilku zawodników i z czasem 20:43, (30./283 open i 9./55 M20) wpadam na metę. To tylko 26 sekund gorzej niż miesiąc wcześniej, co zważywszy na niewielką aktywność w ostatnich tygodniach i kiepskie warunki pogodowe jest na pewno sukcesem. Zresztą biegło mi się naprawdę dobrze, a na mecie byłem zadowolony z wyniku, co nie jest takie częste, więc tym bardziej był to dobry bieg.

Kolejny raz wybornie spędziłem sobotni poranek, przygarniając sporo endorfin. Dobrze, że mamy taką okazję do zimowej rywalizacji, w dodatku po leśnych ścieżkach, pozwalających na bezpośrednie obcowanie z przyrodą. Z pewnością pojawię się na lutowej edycji CityTrail i zapraszam na nią wszystkich, zwłaszcza rozpoczynających przygodę z bieganiem!

2014.12.13 – Lublin – CityTrail

2014.12.13.02Czas biegnie szybko, a ja wraz z nim. Tym razem na City Trail, czyli leśnej piątce na Dąbrowie. Po dyszce miałem sporą przerwę, nie tylko w bieganiu, ale także w treningach kolarskich. Zwyczajnie średnio mi się chciało. A jak już mi się chciało ciut bardziej to akurat nie było pogody, a później przyplątał się jeszcze jakiś katar ;) Nie robiłem z tego powodu paniki. bo przełom listopada i grudnia to czas, który planowo miał być przeznaczony na odpoczynek i nicnierobienie i taki dokładnie był. W związku z tym noga nie była zbyt rozruszana, a organizm zapadł na krótko w zimowy sen w piątek przed zawodami postanowiłem trochę się przewietrzyć i pobudzić organizm.. Wyszło całkiem przyzwoicie, chociaż przerwę dało się odczuć.

W sobotę w miarę wcześnie docieram do biura zawodów i robię z Martą porządną rozgrzewkę. Trasa nie jest aż tak błotnista jak można się było tego spodziewać, ale wyraźnie wolniejsza niż ostatnio. Ustawiam się tradycyjnie z przodu i po sygnale ogień. Jak zwykle pierwszy kilometr mocno, ok 3:45. Drugi o pół minuty słabiej, przerwa daje się we znaki. Na początku trzeciego kilometra gość przede mną pięknie się wykłada na błocie, na szczęście daję radę go ominąć. Jest bardzo ślisko i trzeba szczególnie zwracać uwagę którędy się biegnie. Trzeci kilometr jest odrobinę lepszy od drugiego. Do mety dwa i w dodatku nieznacznie z górki. Próbuję przyspieszyć, ale nie stać mnie na wiele. Mimo to, ten kilometr jest szybki, w okolicach 4 minut. Końcówka niesamowicie się dłuży, spinam się na ostatnich 200m i wpadam na metę z czasem 20:17. Przed startem wziąłbym go w ciemno, ale po biegu wygląda to trochę inaczej i jestem tylko umiarkowanie zadowolony.

Nie potrafiłem oszukać głowy w tym biegu i nie zeszmaciłem się tak jak bym sobie tego życzył. Wyprzedziło mnie przez to kilka osób, które powinienem był obiec. 33/244 miejsce i 12/52 w kat. do 30 lat są ok, ale mam ambicję na więcej. W styczniowej edycji powrócę mocniejszy, to pewne! Aha, jakby ktoś pytał to po południu trening na rowerze oczywiście odbyłem i mimo przeczadowej atmosfery na biegu to dopiero podczas przejażdżki poczułem się jak ryba w wodzie :)

2014.11.15 – Lublin – CityTrail

2014.11.15Jakże różne potrafią być nastroje po zawodach, które odbyły się w odstępie zaledwie czterech dni. Po blamażu w przełajach wystartowałem w pierwszym w tym sezonie biegu. Leśne 5km to coś w sam raz dla mnie, bo kondycja jest, ale doświadczenie biegowe i adaptacja mięśni do takiego wysiłku na poziomie praktycznie zerowym. Pierwszy i ostatni jak do tej pory trening biegowy (półgodzinny) tej jesieni zrobiłem 4. listopada, czyli 11 dni temu. Trochę dawno, więc bardzo obawiałem się, że pobiegnę słabo i tylko spotęguję niezadowolenie po ostatnim wyścigu. Wpisowe na cały cykl jednak już dawno opłacone i nie było odwrotu! Poza tym to ma być przede wszystkim zabawa, więc zawsze można pobiec na luzie :) Po lekkim śniadaniu dotarłem na Dąbrowę, gdzie od razu mnóstwo znajomych twarzy. Przeprowadziłem dobrą rozgrzewkę i ustawiłem się na samym przodzie (a właściwie to w drugiej linii, niech stracę ;)).

Tym razem zaczynamy bez końcowego odliczania, tylko gotowi – start :) Wyruszam jak z katapulty, ostro do przodu, w tym momencie bieg „na luzie” się kończy zanim się w ogóle zaczął ;) Trzymam się w czołowej dyszce i tak gdzieś przez pierwsze pół kilometra. Później oczywiście powolny zjazd coraz niżej. Mimo to biegnę szybko, po pierwszym kilometrze 3:40 i mieszane uczucia – z jednej strony czadowo, z drugiej jestem przerażony, że za mocno zacząłem i zaraz mnie odetnie. Uspokajam tempo, ale ciągle jest szybkie. Wyprzedza mnie pierwsza kobieta, początkowo trzymam się za nią, później odpuszczam, wiem, że jest mocna i jej tempo nie wyjdzie mi na zdrowie. Drugi kilometr w czasie 4:15, jest ok.

Na trzecim kilometrze jest już ciężko, nie tyle fizycznie, co po prostu wiem, że biegnę szybko i mogę nie wytrzymać tempa. Wiem też, że od połowy będzie z górki (w przenośni, o tym, że było też dosłownie minimalnie z górki dowiedziałem się w domu z wykresu), co pozwala mi przetrwać. Jest w końcu tabliczka, trzeci kilometr przebiegnięty w 4:12 – cieszę się, że pobiegłem go równo, co także dodaje mi sił przed końcówką. Na czwartym kilometrze uświadamiam sobie, że za tydzień lubelska dycha do maratonu, na którą już zrobiłem przelew. Jak ja to przebiegnę, w dodatku na drugi dzień, po finale Godziny w Piekle w Puławach? :D Biegnę jednak równo, trzymam mocne tempo i walczę. Walczę tak, jak powinienem był to zrobić na ostatnim wyścigu. Tym razem nie ma kalkulowania, jest tylko nak…wianie!

W końcu jest tabliczka „4km”, poprzedni kilometr przebiegłem w 3:35, widzę, że 15:42 już na zegarku, więc jest ogromna szansa żeby złamać 20 minut. Mission accepted! Dodatkowo zaczynam wierzyć, że dam radę obiec Damiana, który już dawno powinien mnie wyprzedzić. Biegnę mocno, około 500m przed końcem widać już metę. Przyspieszam i po raz pierwszy podczas tego biegu zaczynam wyprzedać. Ostatnie 100m to już prawie sprint, wpadam na metę z czasem 19:36, zadowolony, bo wynik jest powyżej moich oczekiwań. I to znacznie powyżej, nie sądziłem, że jestem zdolny na dzień dobry zrobić taki czas, czad! W dodatku Damian przybiega 14 sekund za mną, mission completed! :)

Pierwszy tegoroczny bieg zakończyłem na 28. miejscu open (na 305 osób)  i 10. w kategorii M20 (na 49). Poziom zawodników w stosunku do ubiegłego roku ogromnie poszedł w górę, rok temu, po dużo słabszych biegach łapałem się pod koniec drugiej dychy. Mimo, że było chłodno to i tak pogoda dopisała, frekwencja także (pierwszy raz ponad 300 osób w lubelskim CityTrail). Atmosfera była super, po biegu fotki ze znajomymi i jaranie się startem. Zupełnie jak w pierwszych sezonach ścigania w MTB. To było świetne przedpołudnie, znakomita odskocznia po kolarskim sezonie. Zostałem naładowany energią na tyle, że po powrocie do domu odbyłem jeszcze trening na rowerze. W końcu kolarzem się jest, a biegaczem się bywa! ;)