Archowum tagów: Family Cup

2013.06.09 – Family Cup – Lublin

2013.06.09Dzień po strzyżowskim maratonie kolejny wyścig, na którym nie mogło mnie zabraknąć. Nie dość, że rozgrywany „pod domem” to jeszcze współorganizowany przez Rowerowy Lublin, zatem start obowiązkowy. Kilka minut po 11 zjawiam się na Słonecznym Wrotkowie, gdzie trwają już zawody dla najmłodszych, objeżdżam rundę i stwierdzam, że lekko nie będzie, w końcu przez noc amor się nie naprawił, a korzenie z trasy nie zniknęły. Mimo to, podium wydaje się być w zasięgu. Godzina startu jest ciągle nieznana, to trochę niedobrze, ale jest przynajmniej okazja żeby porozmawiać ze wszystkimi znajomymi i rzucić okiem na wcześniejsze wyścigi.

Ostatecznie startujemy około 14:15, razem z kategorią Orlików. Ustawiam się w pierwszej linii, jest tak ciasno, że praktycznie stykamy się wszyscy kierownicami. Niestety widać, że są to zawody amatorów, każdy musi stać z przodu i basta! 3…2…1 i jedziemy. Na kraksę w takich warunkach nie trzeba długo czekać i już po kilkudziesięciu metrach tuż przede mną frunie Tomek Czapla. W ostatniej chwili hamuję, omijam go i w tym czasie czołówka odjeżdża w siną dal, a za nimi tworzy się długi sznur wolniejszych zawodników. Gonię ile sił w nogach, ale na singlach wyprzedzanie jest prawie niemożliwe. Do tego na najbardziej stromym „podjeździe” kilku „wycinaków” podprowadza, co skutecznie mnie przyblokowuje i ostatecznie grzebie moje szanse na dogonienie czołówki. Gonię wspólnie z Michałem Sztembisem, ale mamy sporą stratę do najlepszych. W rejonie nawrotu, gdzie widać kolarzy jadących z naprzeciwka obliczam, że jadę na czwartym miejscu w kategorii. Kręcę mocno, ale na każdym kółku mam mniej więcej taką samą stratę do Andrzeja Cebuli, który jedzie trzeci. Z okrążenia na okrążenie minimalnie powiększam przewagę nad Michałem, jest to jednak ciągle niewiele, w porywach kilkanaście sekund, mimo to czuję, że nie będzie mi on zagrażał, zresztą i tak skupiam się na tym co z przodu. Dwa kółka do końca widzę, że nie dam rady dojść chłopaków i po prostu staram się utrzymać tempo do końca. Wyścig kończę z czasem 49:24 na 4. pozycji w swojej kategorii i 7. open. Wygrywa niezagrożenie Tomek Bala, który startuje poza konkurencją, a w mojej kategorii Kamil Różalski i Tomek Siewierski. Wyprzedzają mnie także Szymek i Wojtek z kat. Orlik.

Na mecie czuję ogromny niedosyt i nie mogę przeboleć pechowego początku. Byłem za słaby, żeby dojść Kamila i Tomka, przed wyścigiem nawet nie łudziłem się, ze mogę ich objechać, ale jeśli jechałbym z Andrzejem, który zajął trzecie miejsce to myślę, że walka toczyłaby się do samego końca. Szkoda, że wyszło tak kiepsko, bo taka szansa na podium w Family Cup może się już nie powtórzyć. Jeśli chodzi o pozytywy z samego wyścigu to próżno ich szukać. Po tętnie było widać zmęczenie, Strzyżów dawał o sobie znać, ale zdziwiłbym się mocno, gdyby było inaczej. Cieszyła na pewno licznie zgromadzona publiczność, dopingująca kolarzy, miło było słyszeć motywujące okrzyki pod swoim adresem, dziękuję. Tym bardziej szkoda, że pojechałem tak słabo. Co do samej organizacji imprezy to duże brawa dla Kuby i wszystkich wspierających go członków i sympatyków Rowerowego Lublina. Mimo, że nie było ich zbyt wielu do pomocy to zrobili wszystko, co w ich mocy, żeby to miało ręce i nogi. Szkoda, że nie było więcej osób do obstawiania trasy, bo niedzielni spacerowicze momentami nic nie robili sobie z tego, że właśnie trwa wyścig kolarski. Drugi minus to brak podania godzin startów, na przyszłość trzeba to poprawić. Poza tymi dwoma niedociągnięciami wszystko było super, dodatkowo dopisała pogoda, a więc także i frekwencja była wysoka. Takie imprezy to świetna promocja sportu wśród dzieciaków, może spośród najmłodszych, których rywalizacja była zresztą najbardziej widowiskowa, znajdzie się w przyszłości jakaś gwiazda kolarstwa :)

2012.06.03 – Lublin – Family Cup

W tym roku organizacją Family Cup zajmowało się Stowarzyszenie „Rowerowy Lublin”, nie mogło mnie więc zabraknąć na starcie. Postanowiłem pojechać na tym, co mam, czyli 15 kg góralu na stalowej, 21″ ramie, sztywnym widelcu i przerzutkach Tourney. Doliczając do tego wielkie kulturalne święto Lublina, czyli Noc Kultury, która trwała dla mnie do 6 rano, oraz brak treningów wynik nie zapowiadał się zbyt obiecująco. Zwlokłem się z łóżka po trzech godzinach snu, zrobiłem porządne śniadanie, przygotowałem bukłak i pognałem nad Zalew, gdzie rozgrywane były zawody.

Nie miałem zupełnie pojęcia, o której będzie start mojej kategorii (zresztą chyba nikt tego nie wiedział), więc musiałem tam dojechać jak najszybciej, żeby nie zostać na lodzie. Gdy byłem już na miejscu i po rejestracji, średnio miałem możliwość i ochotę przejechać próbną pętlę. Całe szczęście, że się na to zdecydowałem, bo okazało się, że z niepozornego terenu nad Zalewem chłopaki wycisnęli wszystko co najlepsze i trasa wcale nie była płaska jak dziewczynka z pierwszej klasy. Było sporo technicznych odcinków, dużo korzeni oraz kilka krótkich podjazdów i zjazdów. Brak amorka wyraźnie dawał znać o sobie. Bez tego próbnego okrążenia mocno bym się zdziwił na wyścigu.

Ostatecznie moja kategoria wystartowała razem z U23 o 13:15. Niestety, zlekceważyłem konieczność zajęcia miejsca w pierwszej linii i na luzie stanąłem w drugiej. Był to błąd, który zaważył o przebiegu całego wyścigu. Zaraz po starcie zostałem zamknięty na krótkiej prostej przez kilku trzepaków, którzy zablokowali wjazd do lasu i było pozamiatane. Najlepsi odjechali a ja najpierw stałem w korku a potem wlokłem się na wąskich singlach za słabszymi zawodnikami. Większość wyścigu przejechałem solo, goniąc Mikołaja. Niestety zostaliśmy zdublowani przez najlepszą dwójkę i zamiast siedmiu pętli pojechaliśmy sześć. No i tej jednej rundy chyba mi zabrakło żeby odrobić przynajmniej tę jedną pozycję.

Podsumowując: trasa bardzo fajna, ale wyścig niestety bez historii. Nieco ponad godzina jazdy i 8. miejsce, czyli bardzo słabo. Następnym razem nie ma sentymentów. Jak się startuje w XC to się staje w pierwszej linii, kropka. Co prawda ostatecznie dużo bym nie zyskał, bo zbyt wiele czynników się złożyło na to, że ten start nie mógł się udać, ale przynajmniej więcej frajdy by było i wyścig byłby ciekawszy i rzeczywiście można by na nim zasmakować rywalizacji, zamiast jechać ciągle solo. Teraz pora wyciągnąć wnioski, złożyć w końcu Canyona i zacząć robić formę, bo czas nieubłaganie ucieka a chłopaki coraz bardziej odjeżdżają.

Na koniec dzięki dla wszystkich ludzi z ekipy przygotowującej wyścig. Duże brawa dla Was za wytyczenie trasy, jej zabezpieczenie, stanie na trasie i pilnowanie porządku, oraz miasteczka kolarskiego. Fajnie, że ktoś oprócz mnie zaczął w Rowerowym Lublinie organizować imprezy sportowe. W tym roku oprócz „mojego” maratonu 24h będzie jeszcze Lublin City Race, bardzo widowiskowy wyścig na Starym Mieście, organizowany wspólnie z LKKG (23 czerwca) oraz wyścigi XC/Cyclocross w ramach Lublin Super Session na Bike Parku przy Janowskiej (30 czerwca). Zapraszam wszystkich na te imprezy, jak widać, wystartować można nawet na 15 kg złomie bez amora, wystarczy tylko chcieć :)