Tag: Mistrzostwa Polski

2021.01.23 – Włoszakowice – Mistrzostwa Polski CX

Ostatni start sezonu przełajowego to Mistrzostwa Polski we Włoszakowicach koło Leszna, 450km od Kielc. Wyścig, który pierwotnie miał się odbyć dwa tygodnie wcześniej, ale z powodów politycznych (no bo chyba nikt normalny nie myśli, że w tym wszystkim chodzi o zdrowie) został przełożony.

Do Włoszakowic niestety musiałem pojechać sam, chociaż udział bez żadnego wsparcia i zaplecza technicznego to gra w rosyjską ruletkę. Czasem się udaje, ale takiej zabawie komfort psychiczny raczej nie towarzyszy. Trzeba w takim przypadku wszystko przed i po starcie ogarnąć samemu i liczyć, że w trakcie wyścigu nie będzie dużo błota oraz problemów sprzętowych. To pierwsze w moim przypadku nie miało i tak znaczenia, bo miałem do dyspozycji tylko jeden rower, więc i tak bym go nie wymieniał. Jeśli chodzi o defekty to sprzęt miałem przygotowany bardzo dobrze, ale to tylko jeden z elementów układanki, potrzeba jeszcze trochę szczęścia żeby nie złapać kichy. Takie zdarzenie miało miejsce na treningu dzień przed wyścigiem, kiedy to rozciąłem szytkę na kawałku szkła zalegającym w błocie. Dysponowałem przez to tylko 5 kołami gotowymi do ścigania. Ktoś nie będący w temacie pomyślałby, że całkiem na bogato, ale osoba mająca pojęcie o przełajach tylko uśmiechnęłaby się pod nosem i spojrzała z politowaniem ;)

Na miejscu byłem już w czwartek wczesnym popołudniem, zameldowałem się w hotelu i pojechałem zapoznać się z trasą. Płasko, w dużej części grząsko, ale praktycznie w całości przejezdnie.  Podobna sytuacja miała miejsce w piątek około południa, kiedy to odbyłem drugi trening. To on skończył się rozcięciem szytki, było to w najsłynniejszym miejscu trasy, gdzie w sobotę zamiast błota było bagno po kolana. Trochę mnie to wkurzyło, bo szytki nie są tanie, w dodatku trzeba je jeszcze nakleić a nie trwa to pięć minut. W związku z tym defektem nie miałem już ochoty na popołudniową jazdę, odebrałem tylko pakiet startowy, porozmawiałem trochę z ludźmi i resztę czasu spędziłem w hotelu.

Prognozy na dzień startu nie były optymistyczne, miał padać lekki deszcz i tak rzeczywiście było. Trasa, która w piątek przy wiosennej pogodzie sporo podeschła, w sobotę zmieniła się do tego stopnia, że postanowiłem odpuścić jej objazd na porannym treningu żeby nie taplać się w błocie i nie męczyć nogi zbędnym bieganiem. Na spokojnie zainstalowałem się przy trasie, przebrałem w strój i przystąpiłem do przygotowywania sprzętu. I tutaj miałem największą zagwostkę. Kilka dni przed startem Paweł złożył mi nowe koła, Rysiek nakleił szytki i dysponowałem kompletem na błotne warunki. Problem w tym, że na trasie było też kilka szybkich i względnie suchych odcinków, a te najbardziej błotne i tak nie nadawały się do jazdy. Do ostatniej chwili biłem się z myślami czy założyć nowe koła, i po konsultacjach (przepraszam wszystkich, których o to katowałem), 45 minut przed startem zainstalowałem komplet z szytkami na błoto.

Po rozgrzewce na rolce jadę do strefy wywołań. Na starcie lekko kropi. W mojej kategorii zgłoszonych jest 14 osób, czyli bez tłumów. Gwarantuje to, że mimo braku punktów z challange’u (licencję wyrobiłem dopiero na MP) będę startował z drugiej linii. To całkiem wysoka pozycja startowa, umożliwiająca wjechanie w pierwszy zakręt w czubie. Czekam do ostatniej chwili ze ściągnięciem ciuchów, bo w takiej aurze momentalnie się wychłodzę i rozgrzewka pójdzie na marne. Start mojej kategorii Masters I (35-39 lat) o 11:25, minutę po nas kategoria Masters IIa (40-44 lata), a kolejną minutę później Masters IIb (45-49 lat).

Jedziemy! Tym razem wpinam się sprawnie i ruszam razem ze wszystkimi. Od startu na czoło wysuwają się faworyci: Maksymilian Bieniasz i gwiazda wyścigu: Mariusz Gil (czterokrotny Mistrz Polski Elity). Ja na trawę wjeżdżam około 8-9 pozycji, ale na bieganiu przebijam się na szóste miejsce, a na drugą rundę wjeżdżam już piąty i tak do końca wyścigu. Pierwsza czwórka odjeżdża szybko, nie jestem w stanie nawiązać walki. Dosyć szybko wyrabiam sobie też bezpieczną przewagę nad kolejnymi zawodnikami.

Każda runda zaczyna się długim, 2-3 minutowym biegiem po błocie, później agrafki po kałużach i wreszcie mój ulubiony, szybki odcinek leśny. W lesie znowu odcinek biegania (trzy trawersy, w tym jeden ze bagienną kałużą, do tego przeszkoda w postaci kłody) i kolejna długa prosta. Po wyjeździe z lasu kolejny odcinek po trawie, na którym znajdują się m.in dwie rampy oraz ślimak. Później długa, asfaltowa prosta start-meta i od nowa bieganie. Już na drugiej rundzie od przytrzymywania kierownicy na odcinku biegowym marznie mi prawa dłoń. Z rundy na rundę jest coraz gorzej, ale myśl o zejściu z trasy pojawia się tylko na chwilę i szybko wypieram ją z głowy. Niestety wykresu tętna z tego wyścigu nie będzie, bo po odcinku biegowym opaska tętna mimo maksymalnego zacieśnienia opadła mi na brzuch. No cóż, trzeba ją będzie skrócić ;)

Na metę wjeżdżam z czasem 54:10, jestem piąty. Czy to dobre miejsce? Wielu wmawia mi, że tak. Staram się nie kłócić, ale wiem swoje. W tym sezonie była prawdopodobnie największa szansa na zdobycie medalu MP. Nie podjąłem żadnych szczególnych przygotowań żeby się do tego medalu zbliżyć. Na samym wyścigu objechałem wszystkich teoretycznie słabszych zawodników i to tyle, nie wydarzyło się nic ekstra, przy tej formie nie miało prawa. Można powiedzieć, że cel minimum wykonany, ale w ściganiu chodzi o coś więcej, wielu ludzi nigdy tego nie zrozumie. Gratulacje dla zwycięzcy Mariusza Gila i wicemistrzów: Maksa Bieniasza i Pawła Lemparta.

Na koniec wpisu chcę podziękować kilku osobom, które wspierają mnie i towarzyszą w mojej kolarskiej pasji. Przede wszystkim jest to Aneta, która jest najważniejszą osobą jaką spotkałem w swoim życiu. Nie muszę przed nią zatajać ceny swoich rowerów, części i wszystkich dupereli rowerowych, których jest milion i ciągle przybywa. Nie muszę wysłuchiwać, że znowu nie było mnie w niedzielę w domu i że mógłbym rzadziej jeździć na zawody. Mało tego, sama czasami ze mną na nie jeździ. Dziękuję Ci za Twój uśmiech i anielską cierpliwość :) Dziękuję też Jackowi i Kordianowi, którzy nigdy nie żałują mi sprzętu i nigdy krzywo nie patrzą gdy zamykam sklep i jadę na zawody. Dziękuję Adamowi, Pawłowi i Ryśkowi (kolejność alfabetyczna :D). Na każdego z nich zawsze mogę liczyć w kwestii przygotowania sprzętu i to nie dlatego, że każdy z nich jest złotą rączką, ale przede wszystkim dlatego, że każdy jest świetnym kumplem. Dziękuję też Piotrkowi za ubiegłoroczne treningi skoro świt i towarzystwo na kilku przełajach, super, że się wciągnąłeś! Dziękuję też trzeciemu z naszego trio #Okrzei555 – Michałowi, a także kolejnemu kumplowi i sparingpartnerowi – Mariuszowi.

Sezon przełajowy dobiegł końca. Na zimę mam jeszcze zaplanowane dwa maratony MTB, ale czy się odbędą to się okaże. Nikt nie wie jak będzie wyglądał kolejny letni sezon, ale nie liczę na zbyt wiele. Póki co zamierzam regularnie jeździć, im więcej tym lepiej, bo po pierwsze to lubię, a po drugie o tej porze roku jeszcze nikomu to nie zaszkodziło. W miarę rozwoju sytuacji zacznie się klarować kalendarz i główne założenia na ten sezon. Jeśli sezon ruszy to chcę być na niego gotowy. Jeśli ściganie zostanie zepchnięte na margines to raczej mnie to specjalnie nie zmartwi, będzie okazja odwiedzić z rowerem parę miejsc, na które nigdy nie ma czasu. Nie wyobrażam sobie za to przygody ze Zwiftem, ale myślę, że póki co nie będzie takiej potrzeby i możliwe będzie jeżdżenie po prawdziwych drogach i wśród prawdziwych drzew. Do zobaczenia na trasie!

2018.01.13 – Koziegłowy – Mistrzostwa Polski CX

Przełajowe Mistrzostwa Polski 2018 za mną. Nie przygotowywałem się do nich, ale w ostatniej chwili postanowiłem wyrobić licencję i wystartować. Nie nastawiałem się na nic, po prostu odkąd jestem Mastersem zawsze w nich startuję (to już trzeci rok z rzędu) i żal było tę serię przerywać. Chciałem powalczyć na maksa na trasie, która w końcu mi odpowiadała (choć może nie w zmrożonej wersji). Pojechałem tyle na ile było mnie stać, zająłem najlepsze jak dotąd miejsce (15., poprzednio  23. i 20.). Może dało by się urwać jedną albo dwie pozycje, ale tak wyszło, że się nie dało i ze startu jestem umiarkowanie zadowolony. W końcu miałem przyjemność jazdy na MP i bardziej mogłem skupić się na rywalizacji niż na tym żeby się nie przewrócić na śniegu czy lodzie.

Zabrakło niestety siły i dynamiki żeby powalczyć o więcej. Braku treningów się nie oszuka, cudów nie ma. W dodatku miałem notorycznie problemy z wpięciem w pedały, przez co też traciłem po kilkanaście sekund na rundę. Jeśli nie ma się mocy i jest się przeciętnym technicznie to już naprawdę nie można tracić czasu w tak głupi sposób. Przez ostatnie lata bardzo polubiłem przełaje i szkoda, że w tym sezonie nie mogłem regularnie startować, ale o ile nie wynikną jakieś nieoczekiwane okoliczności to do przyszłego sezonu przygotuję się najlepiej jak mogę i regularnie będę pojawiał się na trasach.

Na drugi dzień po MP zaplanowałem start w Maratonie MTB Biały Kruk w Janowie Lubelskim, który w ubiegłym roku wygrałem po solowym odjeździe. Bardzo mi zależało żeby tym razem także dobrze pojechać. Wiadomo w jakim miejscu jest forma, ale wyścigi o tej porze roku bywają nieobliczalne i wcale nie stawiałem się na straconej pozycji. Niestety akcji jaką odwaliłem na Kruku 2018 długo nie zapomnę i pewnie nie tylko ja…

Wyjechałem na rozgrzewkę po trasie i spokojnie jechałem i zapoznawałem się z pierwszymi kilometrami. Zobaczyłem, że czasu jest na tyle dużo, że spokojnie mogę objechać krótszą pętlę, przez co zapoznam się także z końcówką długiego dystansu (pokrywa się dla obu pętli). Gdy kończyłem rundę zobaczyłem jak sunie na mnie kilkadziesiąt osób. Okazało się, że jedzie maraton i to już krótszy dystans (startował 15 minut po dłuższym). Nie było łatwo mi się z tym pogodzić, ale cóż mogłem zrobić.

Udałem się do organizatorów, poinformowałem, że chyba godziny startu mi się pomyliły, zapakowałem szybko rower do auta i udałem się w drogę powrotną. Cholernie słabo :( Dzień był jednak bardzo ładny i mogłem użalać się nad sobą albo znaleźć jakąś fajną miejscówkę i wykorzystać warunki żeby jeszcze trochę pojeździć. Zatrzymałem się w Złotej Wodzie za Łagowem, wyciągnąłem górala i ruszyłem na legendarne Zamczysko, które każdej wiosny znajduje się na trasie Daleszyckiego Maratonu. Tego dnia super mi się kręciło. Zarówno na rozgrzewce przed maratonem jak i na popołudniowej przejażdżce po Górach Świętokrzyskich.

Dawno nie czułem takiej frajdy z jazdy rowerem. Pierwszy raz od 4,5 miesiąca siedziałem na góralu i było wybornie. Uwielbiam MTB, a im dłużej na nim nie jeżdżę tym później większa przyjemność! Niecałe 1,5h zaliczone, przejazd przez Zamczysko i zjazd z niego w kierunku Widełek, a także przeprawa przez rzeczkę i trochę „dziur” w lesie, co akurat trudno nazwać jazdą, a bardziej spacerem. Jakoś uratowałem ten dzień, chociaż ile razy sobie pomyślę o tym maratonie to nie mogę przeboleć tego co zrobiłem. Jednocześnie cieszę się, że się zmobilizowałem do popołudniowej jazdy. I nawet dopełnienie porannego pecha w postaci nienagrania się trasy GPS nie zabierze tych paru fajnych chwil. Nawet gdy odwali się taką akcję jak ja to trzeba robić swoje i myśleć o tym, co będzie, czasu nie cofnę, ale przynajmniej teraz już zawsze dwa razy sprawdzę godzinę startu :D

 

2017.01.07 – Sławno – Mistrzostwa Polski CX

2017-01-07Gdy okazało się, że MP w przełajach w 2016 będą w Lublinie to zażartowałem, że może nawet poskładam rower żeby wystartować. Dzięki kilku zbiegom okoliczności i pomocy Jacka z Metrobikes jesienią dysponowałem już sprzętem i zaliczyłem kilka wyścigów, w tym wspomniane mistrzostwa na własnym podwórku. Mimo, że nie zajarałem się jakoś szczególnie cyclocrossem, a wyniki pozostawiały wiele do życzenia to nie mogłem rozstać się z nowym rowerem i tak oto stajnia powiększyła się o kolejną, całkiem niezłą maszynę.

Gdy przyszła kolejna jesień trudno było znaleźć wymówkę i tak oto na trzy miesiące „zostałę przełajowcę”. Dziwna to sprawa, bo nie lubię zimna ani błota, a jechanie na wyścig dłużej niż trwa sam wyścig zawsze uważałem, dyplomatycznie ujmując, za mocno kontrowersyjne (przynajmniej dla amatora).

Po odpuszczeniu dwóch pierwszych rund Pucharu Polski przejechałem wszystkie kolejne w drodze do MP. Efekty były różne – dwukrotnie stałem na podium w swojej kategorii wiekowej, dwukrotnie byłem tuż za pudłem, pozostałe starty z jednym wyjątkiem też w pierwszej dziesiątce, co pozwoliło mi być przed Mistrzostwami na drugim miejscu w generalce Pucharu Polski. To jednak tylko statystyka, bo dobrze wiedziałem, że nie odzwierciedla to mojej pozycji w krajowym układzie sił, a żeby wejść w pierwszą dychę na MP musiałbym mieć prawdziwy dzień konia i trafić na swoje ulubione warunki pogodowe oraz liczyć na łut szczęścia. Jeśli ktoś nie zna wyników to uprzedzam fakty: żaden z tych trzech czynników nie wystąpił :D

Po Pucharze Polski w Katowicach wraz z wieloma innymi zawodnikami udałem się na objazd trasy w Sławnie. Była bardzo podobna do tej sprzed roku, ale warunki pogodowe zupełnie inne. Przed MP śledziłem prognozę i fotki z trasy wrzucane przez organizatorów. Początkowo zapowiadało się na błotną rzeźnię i konieczność zabrania dwóch rowerów. Kilka dni przed wyścigiem było już pewne, że zamiast błotnego spa będzie sporo na minusie i krioterapia. Do ostatniej chwili wahałem się czy w ogóle jechać na czempionat. Trzy dni przed wyścigiem stwierdziłem, że „Twardym trza być a nie mientkim”, to MP i nie wypada odpuścić.

Do Sławna pojechałem z Szymkiem dzień wcześniej żeby jeszcze odbyć jeden trening w warunkach bojowych. Po przebraniu się i wyjechaniu na trasę wytrzymałem jakieś trzy minuty, po czym palce u rąk straciły kontakt z bazą i zamarzły. Zjechałem więc do jedynego ciepłego miejsca w pobliżu trasy, czyli stołówki. Po ogrzaniu się wróciłem na trasę i zrobiłem dwie rundy w dwóch seriach z kolejną przerwą na ogrzanie się. Następnie odstaliśmy swoje w kolejce, zapisaliśmy się i w ciuchach rowerowych pojechaliśmy do hotelu. Szybki prysznic, obiadokolacja, przygotowanie ciuchów na start i spać.

 

 

W dzień wyścigu z rana temperatura przekracza -20 stopni. Po głowie chodzą myśli, żeby odpuścić ten start, bo w takim zimnie i tak nie wytrzymam nawet jednej rundy. Na szczęście serce do walki bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i postanawiam walczyć. Do butów i rękawic upycham chemiczne ocieplacze, ochraniacze na buty obwiązuję trytkami żeby się nie zsuwały podczas biegania i jedziemy na miejsce. Wpinam rower w trenażer i rozgrzewam się na zewnątrz. Nie ma wiatru, świeci słońce, jest znośnie.

Kilka minut przed startem zmieniam koło na terenowe, ściągam bluzę z membraną spod spodu z obawy, że będzie mi jednak za gorąco (w korpus na szczęście nie marznę tak jak w dłonie) i podjeżdżam w okolice startu. Jest przeraźliwie zimno i żałuję, że pozbyłem się jednej warstwy. Nie ma już jednak czasu na zmiany, w dodatku i tak prawie spóźniam się na start. Sędziowie na szczęście są tego dnia wyrozumiali i nie robią problemów.

Jedziemy! Start bardzo słaby, spadam gdzieś pod koniec stawki. Niestety odrabianie strat idzie słabo, a raczej nie idzie w ogóle. Oglądam jak stawka coraz bardziej odjeżdża. Ślizgam się wszędzie, muszę bardzo uważać, żeby się nie przewrócić. O dziwo kilka podjazdów, których wcześniej nie wjeżdżałem tym razem pokonuję płynnie do samego końca. Niestety ciągle nie wszystkie i w trzech miejscach trasy muszę cisnąć z buta. Jazda nie daje mi żadnych przyjemności, trudno się w ogóle zmęczyć, bo większą uwagę przywiązuję do utrzymania się w pionie. W dodatku na mrozie manetka odmawia posłuszeństwa i częściej nie działa niż działa, co także mnie spowalnia.

Na szczęście idealnie trafiłem z ubiorem i zachowuję idealny komfort termiczny. Ocieplacze także działają, dzięki czemu udaje mi się ocalić palce u dłoni. Marne to pocieszenie, bo na metę wjeżdżam 20. Pod koniec wyścigu musiałem się nieźle sprężać żeby uniknąć (skutecznie!) dubla od Piotra Rakiewicza, który jedzie świetny wyścig, prowadzi od samego startu i zasłużenie zwycięża w naszej kategorii Masters I (30-39 lat).

Pomimo marnego wyniku (co prawda poprawiłem się o trzy miejsca w stosunku do ubiegłego roku, ale nie taki był plan) jestem zadowolony, że przyjechałem do Sławna, wystartowałem i przetrwałem ten wyścig. Mistrzostwa Polski przypadły w zdecydowanie najmroźniejszy weekend tej zimy. Normalnie nie wychodzę na rower poniżej -5st. C. Tym razem było ok. 13-14st. mrozu. Mam nadzieję, że za rok na MP w Koziegłowach będzie cieplej i bardziej przyczepnie, bo zamierzam walczyć tam o dobre miejsce, a nie o przetrwanie.

Na koniec dziękuję bardzo ekipie, z którą jeździłem cały sezon na przełaje oraz kibicom na trasie, którzy przyjechali z Lublina żeby dopingować. Wielkie dzięki  należą się także organizatorom MP, czyli Przemkowi Gierczakowi i jego ekipie ze Sławna za to, że mimo niesprzyjających warunków dali radę przygotować trasę na tyle, że nadawała się do ścigania :) Na koniec dziękuję Anecie – mojej największej kibicce, która wytrzymała kolejne trzy miesiące, podczas których praktycznie w każdy weekend byłem poza Lublinem. Dziękuję Ci za wszystko :*

2016.01.10 – Lublin – Mistrzostwa Polski CX

2016.01.10Mistrzostwa Polski w Lublinie nie zdarzają się co roku, więc postanowiłem w nich wystartować, mimo, że przełaj to wybitnie nie moja konkurencja :) W ramach przygotowań zaliczyłem kilka wyścigów przełajowych żeby zobaczyć z czym to się je i moje przypuszczenia się potwierdziły. To bardzo wymagająca dyscyplina i żeby móc odnosić w niej sukcesy trzeba perfekcyjnej techniki i świetnego przygotowania fizycznego, które pozwoli na blisko godzinną jazdę na maksa, bez ani chwili wytchnienia.

W Trzech króli odpuściłem ściganie w lubelskim szosowo-treningowym klasyku i wybrałem się do Parku Ludowego na zapoznanie z trasą i test nowych kół. Na treningu było bardzo dużo ludzi i prawie wszyscy mi odjeżdżali co nie nastrajało mnie zbyt dobrze przed Mistrzostwami. Drugi objazd trasy odbyłem po pierwszym dniu MP. Po południu pojechałem na trasę, przejechałem trzy rudy i już wiedziałem, że będzie ślisko, twardo i bardzo szybko.

W dzień Mistrzostw na miejscu melduję się niecałe 1:30 przed startem. Załatwiam formalności, rozstawiam trenażer i przygotowuję się do rozgrzewki. Tomo z forum Rowerowego Lublina montuje mi kamerkę na kierze, będzie film! Schodzą się kibice i znajomi. Gdy przyjeżdża Oskar z Michałem rozstawiamy namiot żeby było się gdzie rozgrzewać. Trochę z tym wszystkim schodzi i rozgrzewkę rozpoczynam bardzo późno, ale za to w komfortowych warunkach :) W dzień startu nie objeżdżam już trasy, warunki są identyczne jak kilkanaście godzin wcześniej podczas objazdu. Od razu ustawiam się w strefie wywołań i podjeżdżam na start. W Masters I jest nas 43. Najliczniej obsadzony wyścig, nawet w Elicie tylu nie ma :) W dodatku minutę po nas startuje kilkunastu zawodników Cyklosportu. Ależ będzie się działo!

Stoję w trzecim rzędzie, sygnał sędziego i ogień! Początek ok, jadę w miarę wysoko i staram przebijać się kiedy tylko się da. Już na pierwszej rundzie chłopaki tuż przede mną wpadają w poślizg i zaliczają glebę. Ja omijam i ostrożnie jadę swoje. Staram się spokojnie pokonywać zakręty i dawać z siebie maksa na prostych. Ciągle słyszę kibiców, których przy trasie jest mnóstwo. Wielu z nich krzyczy po imieniu „Grzesiek dajesz!” itp. teksty. Dzięki! Uwielbiam to! Najgłośniejsza jest oczywiście grupa Rowerowego Lublina z Anetą na czele!

Robię wszystko żeby się godnie zaprezentować na własnym terenie, a nie jest to łatwe. Kraksa z pierwszego kółka nie jest jedyna, co chwilę słyszę jak ktoś się przewraca. Ja na szczęście do samego końca trzymam pion, gorzej niestety jest z poziomem ;) Walczę o każdą pozycję, ale ciągle mam wrażenie, że jestem na szarym końcu. Przed wjazdem na ostatnią rundę wyprzedza mnie Łukasz Pańko, który od kilku minut mocno naciskał. Próbuję go gonić, ale dzisiaj jest szybszy i zasłużenie mnie objeżdża. Na metę wpadam 23, czyli mniej więcej w połowie stawki. Pierwsza dwudziestka, która była celem minimum jest poza moim zasięgiem, ale po wyścigu nie robi mi to jednak różnicy. Cieszę się, że dojechałem w jednym kawałku i bez bliskich spotkań ze zmrożoną glebą :)

Gdy wrażenia opadają idę pokręcić chwilę na trenażerze, później szybki prysznic, jedzenie i danie główne, czyli oglądanie wyścigu Elity. Chodzę po trasie i z wypiekami na twarzy oglądam najmocniejszych polskich przełajowców. Mimo o wiele trudniejszych warunków (przed wyścigiem zaczął padać śnieg i przysypał calutką trasę) jadą dużo szybciej niż my. Ogromny szacun! Ogląda się to świetnie. Wyścig pewnie wygrywa Marek Konwa, przed Marcelim Bogusławskim (złoto U23) i Mariuszem Gilem. Cieszę się, bo dokładnie taką kolejność obstawiałem :) Po rozdaniu medali Rowerowy Lublin i Marzena od nas z ekipy wygrywają konkurs na najlepszych kibiców. Jest super!

To była świetna impreza, bardzo dobrze zorganizowana, na której zarówno zawodnicy jak i kibicie dopisali! Oby więcej takich! Co się zaś tyczy mojej dalszej przygody z przełajem to sam nie wiem, bo nastroje i koncepcja zmieniają mi się co chwilę. Raz chcę pozbyć się roweru, bo do tanich przecież nie należy, innym razem pragnę wziąć rewanż i lepiej przygotować się do następnego sezonu przełajowego. Póki co jestem po kilku treningach w zimowej scenerii Starego Gaju i jazda przełajem zaczyna mi się podobać… Pożyjemy, zobaczymy ;)

Na koniec podziękowania:
– Jackowi z Metrobikes.pl za wypożyczenie nowiutkiej, topowej przełajówki na cały sezon
– Pawłowi z Centrali Rowerowej, który zaplótł mi świetne koła, na których postawiłem Speca
– Klubowi Erkado RT Kraśnik, który sponsorował moje starty w sezonie przełajowym
– Tomkowi z Wydolność.pl za wsparcie w zakresie planowania treningów
– Tomkowi Staszewskiemu za pomysł i zmontowanie czaderskiego filmiku z Mistrzostw
– Wszystkim kibicom, zwłaszcza Rowerowemu Lublinowi za super doping!