Archowum tagów: Szosa

2016.04.30 – Parczew – Piękny Wschód 512km

2016.05.01Piękny Wschód to idealny ultramaraton na początek sezonu. Optymalny dystans, bliska lokalizacja, dobra organizacja, sporo znajomych z lubelskiej ekipy – nie mogę nie wystartować :) W dodatku w tym roku trasa wiedzie dużo bliżej Lublina, więc co do niektórych odcinków konsultuję z Włodkiem Oberdą (Organizator) przebieg trasy, tak żeby była ona atrakcyjniejsza :) To miłe gdy staje się przed szansą pościgania na drogach, które się zna, na pewno wzrasta pewność siebie oraz chęć walki. W tym roku nie jadę sam – Aneta startuje na 283km :) Jest mocna i ma dobrą obstawę, u mnie pod nogą też coś tam jest, więc przed startem jestem spokojny o nasz wynik. Jedyne czego można się obawiać to zapowiadana kiepska pogoda, ale na to nie mam wpływu, więc podchodzę do sprawy na luzie.

Do Parczewa jedziemy oczywiście dzień wcześniej. Prognozy pogodowe zmieniają się z godziny na godzinę, więc zabieram ze sobą wyjątkowo mocno wypchaną torbę. Pod względem stroju jestem przygotowany na absolutnie każdą pogodę, ostateczny wybór nastąpi pół godziny przed startem :) Po odprawie transport do hotelu, krótka wizyta na spotkaniu integracyjnym i ostatnie przygotowania sprzętu przez wyścigiem. Wszystko zapięte na ostatni guzik – idziemy spać. Z rana sprawdza się najgorszy scenariusz – pada. Szybkie śniadanie i po nim kluczowa decyzja dnia – dobór stroju. Decyduję się na letnie spodenki, ocieplane nogawki, koszulkę z długim rękawem i bluzę oraz przeciwdeszczową kurtkę z tworzywa na wierzch. Na buty idą przeciwdeszczowe ochraniacze, na głowę buff, a na oczy okulary z żółtymi szybkami. Do torby podsiodłowej wędruje wiatrówka. Jak zwykle najtrudniejszym wyborem są rękawiczki. Decyduję się na jesienno-wiosenne Northwave’y z membraną. Jak nie będzie konkretnej zlewy to raczej w nich nie zmarznę, jak słońce w trakcie dnia przypiecze to zawsze mogę je ściągnąć. Do przepaku na punkt w Janowie daję zapasowe skarpetki, nogawki, koszulkę termo na noc, zapasowego buffa oraz kilka żeli.  Jestem gotowy :D

Przed startem w ostatniej chwili decyduję się jeszcze na odwiedzenie łazienki przez co na starcie pojawiam się w ostatniej chwili :) Lekko pada, ale nie ma tragedii. Startujemy! Grupa formuje się dosyć wolno, ale w końcu przyjmujemy odpowiedni szyk i ciśniemy. Jazda 35km/h w ogóle nie męczy, mimo to po kilku minutach odpada pierwszy załogant kwitując sprawę stwierdzeniem „Ja 35km/h” nie będę jechał”. Trudno, na pierwszy punkt kontrolny w Kołaczach (PK 1, 39km) dojeżdżamy zatem w siedmiu. Włodek potwierdza moje obawy – nie jedziemy na tyle szybko żeby oddalać się od pozostałych grup. Jazda nie jest tak sprawna jak w ubiegłym roku, w dodatku mam wrażenie, że niektórzy nie mają w ogóle pojęcia o jeździe w grupie. Drugi punkt kontrolny to Cyców (PK 2, 62km). Tam tylko podbijamy kartę, grupa trochę się dzieli, ale po wyjeździe z miejscowości zjeżdżamy się i ciśniemy w kierunku kolejnego punktu. W Chełmie (PK 3, 98km) jesteśmy po lekko ponad trzech godzinach jazdy. Już raczej nie pada, ale ciągle jest zimno. Pobieramy jedzenie, udzielam krótkiego wywiadu dla TVP Lublin i szybko ruszamy w dalszą drogę. Niestety, ale w pięciu. Dwójka towarzyszy chyba się zasiedziała na punkcie, nie czekamy na nich, szkoda czasu.

Czwarty punkt kontrolny to Wojsławice (PK 4, 124km). Tam na rynku także pobieramy jedzenie i picie i mimo gorących próśb o pozostawienie podpisów na pamiątkowej tablicy i wspólną fotkę ruszamy dalej. Jedziemy dalej w pięciu, ale ciągnięcie grupy zostało już tylko mi i Ryśkowi Hercowi. Pozostali dają krótki i mało intensywne zmiany, w dodatku coraz częściej strzelają na podjazdach. Naradzamy się z Ryśkiem co robić, ale ja nie czuję się mocny na uciekanie we dwóch przez ponad 300km. W Tomaszowie Lubelskim (PK 5, 155km) jemy szybką zupkę, która zresztą średnio przypada mi do gustu. Gdy już zbieramy się do wyjazdu na punkt podjeżdża pięcioosobowy skład z grupy numer 3 z Czarkiem Urzyczynem, Tomkiem Niepokojem i Krzyśkiem Kurdejem w składzie. Wsiadamy szybko na rowery i ruszamy w dalszą trasę. Jestem ogromnie wkurzony i świetnie zdaję sobie sprawę czym to się skończy.

Tyszowce to PK 6, 184km. Podbijamy kartę i wyruszamy na najtrudniejszy odcinek – drogę do Krasnobrodu, prowadzącą przez Tomaszów Lubelski. Teraz już nie ma zmiłuj, na podjazdach Rysiek nadaje mega mocne tempo i po kolei urywamy kolejnych chłopaków. Jestem za słaby żeby dawać długie i równie intensywne zmiany, ale zbyt mocny żeby strzelić z koła, więc kontroluję sytuację skupiając się na przetrwaniu kryzysu. Wiem, że od Tomaszowa będzie już lepiej i rzeczywiście sytuacja po kilkudziesięciu minutach się poprawia. Teraz zamiast z podjazdami (na nich na pewno nadrabiamy nad pościgiem) walczymy z wiatrem. I w perspektywie rywalizacji z pięcioosobową, wyrównaną grupą jest to walka skazana na niepowodzenie. Na punkcie w Krasnobrodzie (PK 7, 237km) tankujemy bidony, ładujemy kieszenie bananami i wcinamy drożdżówy. Tuż przed wyruszeniem w dalszą część trasy na punkt zajeżdża pociąg złożony z ośmiu zawodników – to trzecia grupa, która startowała 6 minut za nami powiększona o spadkowiczów z naszej grupy. Postanawiamy poczekać na nich i wspólnie kontynuować jazdę.

Od tej pory zaczyna się jazda komfortowa dla organizmu, ale zarazem bardzo męcząca psychicznie. Monotonne kręcenie korbami ze świadomością, że do mety jest jeszcze ponad połowa trasy i że jest się 6 minut w plecy w stosunku do gości, którzy niekoniecznie są od ciebie mocniejsi nie jest wcale miłe. W głowie kołatają się różne myśli i wraca pytanie pojawiające się zawsze na tego typu wyścigach: „Po jaką cholerę ja to robię?”. Tym razem naprawdę nie potrafię sobie sensownie na nie odpowiedzieć, ale nie mam w zwyczaju wycofywać się z wyścigów, a już tym bardziej nie zamierzam pęknąć na takim dystansie.

Na punkcie w Zwierzyńcu (PK 8, 261km) i Biłgoraju (PK 9, 281km) nie podbijamy karty tylko robimy sobie fotki przy tablicach i ruszamy w dalszą drogę. O 17:30 dojeżdżamy na obiad Punkt w Janowie (PK 10, 317km), gdzie jest przepak i super obiad. Porcje robią wrażenie i już na wejściu zarówno ja jak i Czarek prosimy o zestawy pomniejszone. To rzadkość, że zamiast dokładki proszę o mniejszą porcję, ale uwierzcie mi, jakbym zjadł całość to albo bym eksplodował albo już nie poderwał się z krzesła do dalszej jazdy :D Po obiedzie zakładam pod spód koszulkę termo, uzupełniam jedzenie na drogę i jestem gotowy. Grupa się trochę grzebie, więc korzystając z okazji przecieram tu i ówdzie Speca żeby prezentował się trochę lepiej :) Po półgodzinnym pit-stopie startujemy w dalszą trasę.

Za Janowem dopada nas znowu leciutki deszczyk. To zerowy problem, kręcimy jak gdyby nigdy nic. Odcinek do Kazimierza jest najdłuższy w całym maratonie – 93km bez punktu kontrolnego. Przed Urzędowem dopada nas noc. Na szczęście dysponuję potężną lampą od SolarForce.eu, więc ciemności w ogóle się nie boję. Kilka minut po 21 meldujemy się na punkcie w Kazimierzu (PK 11, 410km) . Tuż przed wjazdem na punkt wychodzi kolejny brak obycia w grupie przez niektórych uczestników maratonu, gdyż jeden z nich gwałtownie hamuje i Tomek Niepokój wpada na niego lekko się zdzierając. Na punkcie znowu uzupełniamy picie i banany. Dodatkowo Jarek Kędziorek użycza mi i kilku osobom oliwki do łańcucha. Odczytuję SMS od Anety wysłany o godzinie 20, że dojechali. Super, świetny czas, to info poprawia mi nastrój. Po 15 minutach postoju (ależ dużo!) wyruszamy w drogę do Nałęczowa. Napęd znowu cichutki, pracuje wyśmienicie :)

Odcinek Kazimierz-Nałęczów znam wyśmienicie, chyba najlepiej z całego maratonu. Jedzie się wspaniale, na hopkach czuję się świetnie. Już od kilku godzin wszystko co pod górę walę stając w korby. Dzięki temu odciążam tyłek oraz unikam statycznej pozycji na rowerze. Nigdy tak dobrze nie jeździło mi się pod górkę na stojaka :D Przy wjeździe do Nałęczowa robimy kolejną fotkę. Droga do Kamionki jest mi także znakomicie znana. To ja zaproponowałem Włodkowi skrót przez Borków. Ten odcinek jedzie mi się też super fizycznie, ale psychicznie to już bardzo ciężka jazda. W Nałęczowie (PK 12, 434 km) jestem 20km od domu, a kilkanaście kilometrów dalej tylko pół kilometra od rodzinnego domu ojca i w myślach śmieję się, że lepszej okazji do zakończenia tego maratonu nie będzie. Oczywiście nie ma mowy o zjechaniu z trasy, meta jest już zbyt blisko. Między Borkowem a Kamionką Jarek łapie gumę i łamie kierę z chińskiego carbonu. To kolejne 12 minut przymusowego postoju. Na szczęście na lemondce da się jechać, więc nie musimy go zostawiać.

Tyle samo czasu trwa postój na ostatnim Punkcie Kontrolnym (PK 13, 466km) w Kamionce. Stamtąd już tylko 46km do mety, do godziny 1 w nocy zostało ok 1:25 i wygląda na to, że powinniśmy zdążyć :) Końcówkę jedziemy całkiem mocno. Jak to na całym maratonie silniejsi dają dużo długich zmian (co uważam za bezsensowne, krótsze zmiany byłyby efektywniejsze), a słabsi wąchają ciągle koło. Przez ogólne znudzenie jazdą jakoś mnie to nawet nie denerwuje i bez zwracania nikomu uwagi jadę swoje. Ostatnie kilometry przed metą dłużą się straszliwie. W oddali widać już Parczew, ale z szybkich obliczeń wychodzi, że możemy się nie wyrobić na godzinę 1. Na szczęście tempo jeszcze wzrasta i na metę zajeżdżamy punktualnie o godzinie 1, po 18h na trasie :) Średnio mam ochotę na cokolwiek, nie jestem nawet jakoś specjalnie głodny. Odbieram medal, robimy pamiątkowe zdjęcie, żegnam się z chłopakami i uciekam do hotelu. Po prysznicu, wysłuchaniu relacji Anety i opowiedzeniu jej swoich wrażeń w końcu zasypiam.

2016.05.01.02

Rano trudno mi się zwlec z łóżka, w ostatniej chwili schodzimy na śniadanie, a później jedziemy na metę powitać kolejnych finisherów, umyć rowery i ogarnąć transport powrotny. Moją wielką torbę wypchaną ubraniami kolarskimi na każdą okazję do Lublina zabierze Yanq, natomiast na pociąg musimy czekać kilka godzin. W tym czasie robimy rundkę po Parczewie, jemy dobry obiad w miejscowej knajpie i wygrzewamy się w parku w centrum. W pociągu kolejne rozmowy o wyścigu, bo wraca z nami kolejnych dwóch kolarzy (w tym Kosma z mojej grupy startowej) i tak dojeżdżamy do Lublina :) Jeszcze tylko 9km (w tym cała aleja JPII pod górę) i jestem w domu :D Można spokojnie iść odpoczywać scrollować :D

Podsumowując: Podczas wyścigu nie było lekko. Psychicznie, bo fizycznie to wszystko całkiem spoko, idealnie trafiłem też z ubiorem. Mimo, że forma daleka od ideału to w zupełności wystarczająca na przejechanie Pięknego Wschodu w takim tempie. Poza kryzysem przed Tomaszowem, gdzie musiałem się momentami ostro spinać żeby utrzymać koło Ryśkowi to maraton był jak bułka z masłem. Może właśnie dlatego tak bardzo nie cieszył. Może świadomość, że grupa nie jest tak mocna żeby zbliżyć się do wyniku sprzed roku sprawiała, że nie było takiego zacięcia i takiej „radości” z jazdy. Może swoje zrobiła świadomość, że czas netto na finishu będę miał 6 minut gorszy od współtowarzyszy maratonu, którzy wystartowali po nas. Oczywiście od czasu do czasu dochodziły mnie myśli żeby można spróbować zaatakować i odjechać, ale z drugiej strony to nie byłem na to przygotowany fizycznie, a skok od ostatniego PK na metę na pewno nie byłby do końca w porządku do reszty grupy. Pewne niepisane zasady ultramaratonów nie dopuszczają takich zachowań – kto zaliczył ich już kilka ten wie o co chodzi.

Czy wystartuję w Pięknym Wschodzie za rok? Tak! Czy będzie to długi dystans? Nie wiem. Przez większość maratonu byłem pewien, że nie, i że krótki to maksimum tego, co będzie w stanie zaakceptować moja głowa. Z perspektywy czasu nie jestem już tego taki pewien. Na pewno sporo też zależy od tego jakie będą dystanse. Uważam, że 500km i 250km to optymalne dystanse na początek sezonu i jestem za ich utrzymaniem. Myśli o porzuceniu ultramaratonów już dawno odeszły, bo mam przecież porachunki z P1000J oraz BB Tour, który zresztą wyjątkowo będzie w tym roku rozegrany w obie strony. Skoro tak będzie to trzeba jechać, nie? :D I tak to już z tym rowerem bywa: Find what you love and what makes you happy and let it kill you! :D Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi!

2015.05.24 – Białka – Sztafeta 1/4 Iron Mana – ITT

2015.05.24

Gdy Metrobikes.pl wszedł w sponsorowanie triathlonu w Białce otrzymałem od organizatorów propozycję wystartowania w tych zawodach. Całkiem dobrze radzę sobie na rowerze, mam jakieś tam pojęcie o bieganiu, ale pływam od wielkiego dzwonu, więc indywidualny start w najlepszym razie skończyłby się kompromitacją, a w najgorszym utonięciem. Żeby uniknąć tych średnio optymistycznych scenariuszy postanowiłem zmontować mocną sztafetę i wygrać te zawody. Skład wykrystalizował się dopiero dwa dni przed startem, ale pozwalał z nadzieją patrzeć na nasze szanse.

Pływak w osobie Krzyśka Rutkowskiego miał nam zapewnić przewagę po wyjściu z wody, żebym mógł kontrolować sytuację i powiększać przewagę na rowerze. Zważywszy na moją niską dyspozycję na początku tego sezonu musieliśmy mieć też mocnego biegacza, który dowiezie przewagę do końca, a w razie czego będzie w stanie odrobić straty. Dlatego wybór padł na Romualda Prószyńskiego, biegacza z Puław, który nawet dwa tygodnie po przebiegnięciu maratonu gwarantował dobry wynik :) W dniu zawodów była lekka nerwówka, bo dla każdego z nas był to pierwszy triathlon i musieliśmy pilnować żeby ogarnąć wszystkie zasady i nie dostać głupiej „dyski”. Pogoda była niestety nędzna, lekki deszczyk i ponure niebo, ale akurat nią nikt z nas się nie przejmował, taki dzień i tyle.

Po odprawie i rozgrzewce pływaków sędziowie dają sygnał do startu i Krzysiek szybko wskakuje do wody. Wychodzi z niej równie szybko, tuż za Łukaszem Lisem, który startuje indywidualnie. Obaj mają ogromną przewagę nad resztą stawki. Ja zdezorientowany nie zdążam nawet ściągnąć nogawek, szybko przejmuję chipa, co sił wybiegam ze strefy zmian i wskakuję na rower. Widzę za sobą Łukasza i cisnę ile wlezie. Jedziemy 10km, później nawrót i z powrotem i tak dwa razy. Po pierwszym nawrocie Łukasz mnie dogania i wyprzedza, a ja jadę jakieś 50m za nim trzymając dystans. Po kilku kilometrach takiej jazdy odpuszczam, bo jest dla mnie odrobinę za mocno, nie chcę się „upalić”. Nad pozostałymi trzymam bezpieczną przewagę i kręcę rytmicznie tempem około 38-39km/h. W pewnym momencie orientuję się, że jadę w wiatrówce, ale postanawiam już jej nie ściągać. Amatorka ;)

W połowie dystansu mam około 1:15 straty do Łukasza i kilka minut przewagi nad drugim kolarzem-triathlonistą. Drugą połówkę jadę minimalnie wolniej, ale i tak utrzymuję bezpieczną przewagę nad goniącymi mnie zawodnikami. Trasa jest bardzo fajna, oprócz ok. 1-2km odcinka połatanej nawierzchni runda prowadzi po idealnym asfalcie. W dodatku jej większość ukryta jest w lesie na wąskiej i dosyć krętej trasie, co sprawia, że jedzie się naprawdę przyjemnie. Deszczowa pogoda to dodatkowe utrudnienie, zwłaszcza gdy leży się na lemondce, ale największym problemem jest zdecydowanie brak formy. Mimo to walczę do samego końca, na ostatnich dwóch kilometrach jeszcze minimalnie przyspieszając do 40km/h i w strefie zmian melduję się ze stratą 2:26 do lidera. Przekazuję szybko chip Romkowi, który rusza dopełnić dzieła. O wynik jestem już spokojny, bo wiem, że przewaga jest spora i Romek ją jeszcze powiększy. Po rozmowie z Krzyśkiem w strefie zmian, idę do chłopaków ze sklepu. Śledzimy kolejno dojeżdżających zawodników. Okazuje się, że mamy ponad 18 minut przewagi. Spokojnie udaję się pod prysznic, a potem na metę, gdzie Roman jest już od kilku minut. Kończymy z czasem 1:58:58. Wyprzedziło nas niestety dwóch solistów(1:55:30 i 1:55:45), naprawdę mocne chłopy! Druga sztafeta 24:37 za nami. Pogrom! :)

Triathlon w Białce to naprawdę świetna impreza, ogromne podziękowania dla Trinity Club za organizację i zaproszenie do rywalizacji. Mimo kiepskiej pogody było niezwykle klimatycznie. Miło było spotkać tak wielu znajomych, głównie kolarzy i biegaczy, a także klientów sklepu Metrobikes.pl, pod szyldem którego wystartowała nasza sztafeta :) Bardzo dziękuję moim partnerom ze sztafety: Krzyśkowi Rutkowskiemu i Romualdowi Prószyńskiemu (Krzysiek w pływaniu był 2. open, ja z Romkiem zajęliśmy 5. miejsca w swoich dyscyplinach na 67 osób). Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja kiedyś razem wystartować :) Na koniec dziękuję Anecie za obecność i nieocenione wsparcie :) To były dobre zawody, kolejne w niedzielę w Urzędowie :)

2014.09.07 – XXII wyścig po ziemi biłgorajskiej

2014.09.07Najważniejsze wyścigi w sezonie zaliczone i pora na jego końcówkę. W przeciwieństwie do ubiegłego roku czuję się w tym okresie dużo lepiej i wygląda na to, że mogę powalczyć o dobre lokaty w ostatnich startach. Pierwszy weekend września planowo miałem jeszcze odpuścić, ale po BB Tour noga kręci w miarę ok, więc aż żal się nie pościgać. Wyjazd na ŚLR do Sobkowa niestety nie wypalił, bo skład się bardzo wykruszył, więc pojechałem do Biłgoraja na szosę. Wyścig blisko i tanio, do tego sporo ludzi z Lublina, więc zapowiadało się sympatyczne ściganie.

Do Biłgoraja jadę z Filipem Owczarkiem, słońce świeci i zapowiada się ładny dzień. Przed nami 60 km ścigania, może trochę za krótko i za płasko, ale jak na obecną formę to wydaje się, że będzie idealnie. Plan jest taki, żeby przyjechać w głównej grupie, ale w miarę możliwości jechać w z przodu i spróbować złapać się w odjazd dnia. Wszystkie kategorie startują razem, więc problem niskiej frekwencji na lokalnym ogórku tym razem nie będzie istniał, dzięki czemu wyścig powinien być ciekawy do końca.

Startujemy i pierwsze kilka kilometrów jedziemy w miarę spokojnym (ok 35km/h) tempem, w jednej grupie. Po 6km mijamy przejazd kolejowy i stamtąd dopiero zaczyna się ostre ściganie i prędkość momentalnie wzrasta. Jadę z przodu peletonu, a gdy wyprzedza mnie Tomek Bala i Michał Ładosz staram się trzymać blisko nich, bo wiem, że jeśli mam iść w odjazd to właśnie gdy oni będą uciekać. Gdy przejeżdżamy przez jedną z wiosek widzę jak nagle chłopaki przede mną mocno hamują, niektórzy wręcz idą bokiem, czuć swąd palonej gumy. Chyba każdy ma przed oczami kraksę, ale ostatecznie udaje się jej uniknąć. Okazuje się, że przyczyną zamieszania był kot, który niespodziewanie wbiegł pod koła. Na początku wyścigu tradycyjnie jest kilka niegroźnych szarpnięć i po kilkunastu minutach zaczynają się pierwsze mocniejsze zrywy, na przemian Tomka i Ładiego. Nogi pieką, ale dociągam, kilka razy robiąc im trochę zła robotę, bo holuję za sobą peleton. Kosztuje mnie to sporo sił i pierwszą połowę wyścigu jadę na oparach, mocno podmęczony. Dopiero po 30 km zaczynam czuć się wyraźnie lepiej, noga jest już odmulona i mogę nieco swobodniej poruszać się w peletonie. Niestety cały czas mam w głowie kraksę z lubelskiej Vuelty, boję się zamknięcia w peletonie i przyjmuję przez to sporo wiatru na siebie. Zbyt wielu chłopaków buja rowerami niemalże w stylu Pyzika, a ja nie zamierzam znowu przez ponad tydzień zmieniać opatrunków, więc trzymam się z dala od problemów.

Kilkanaście kilometrów przed metą Ładi w końcu odjeżdża, razem z jakimś gościem z Rzeszowa. Peleton goni i kilka razy jest blisko, ale nic z tego nie wychodzi. Ja oszczędzam siły na końcówkę i jadę już spokojnie w grupie. Finish niestety przychodzi bardzo niespodziewanie i podobnie jak wielu innych zawodników dowiaduję się o nim 100m przed kreską. Oglądam się tylko wokół siebie czy jest bezpiecznie i bez walki wjeżdżam na metę, widzać kilkanaście metrów przed sobą efektowny lot do rowu. Kończę rywalizację w zasadniczej grupie z czego jestem zadowolony. 1:27 ścigania ze średnią 40km/h to bardzo sympatyczna sprawa. Szybkość i dynamika jaką czuć podczas wyścigów szosowych kładzie na łopatki maratony MTB i jest bardzo pociągająca. Niestety wiąże się z tym spore ryzyko i nie wiem czy w przyszłości będę gotów je podjąć. Póki co ciągle bardziej odpowiadają mi maratony MTB :)

 

2014.06.20 – Parczew – Lubelska Vuelta

2014.06.20I – Prolog

Startowałem już w maratonach 24h, Maratonie Dookoła Polski, wielu maratonach MTB, wyścigach XC, Eliminatorze, a także etapówce MTB. Zaliczyłem też dawno temu dwa wyścigi szosowe i trzeci w ubiegłym roku, do tego kilka czasówek. Do kompletu brakowało chyba tylko etapówki szosowej. Gdy zobaczyłem, że w pobliskim Parczewie rozgrywana jest Lubelska Vuelta – czteroetapowy wyścig szosowy, od razu wpisałem go do kalendarza. Trasa płaska, ale za to w ograniczonym ruchu i przede wszystkim niedaleko domu. Miał to być jeden z ciekawszych startów w tym roku i dobry trening przed najważniejszymi celami sezonu. Kilka dni przed wyścigiem noga była jednak bardzo zamulona i stwierdziłem, że nie ma sensu statystować, lepiej darować sobie i porządnie odpocząć przed Mazovią 12h. Po namowach Tomka Bali zadecydowałem, że jednak pojadę do Parczewa i przynajmniej zrobię dobry trening.

II – Czasówka 3,6 km

Na pierwszy dzień zaplanowano dwa etapy. Pierwszy to 3,6km jazda indywidualna na czas, którą ukończyłem na 64. miejscu (na ponad 100 startujących) i 12. w kategorii, czasem 5:12, średnią 41,7km/h i stratą prawie 48. sek. do Emila Potręcia). Trochę za słabo się rozgrzałem, nie miałem kasku czasowego, kombinezonu i kozy, jak większość ze startujących, ale to marne usprawiedliwienie, bo powinienem był urwać co najmniej kilkanaście sekund i zmieścić się w pierwszej 40.

III – I etap ze startu wspólnego – 76,5 km

Ok 3h po czasówce miał być rozegrany 76,5km etap ze startu wspólnego. Czekaliśmy na niego razem z Przemkiem Krawczykiem, Krzyśkiem Żurkiem, Danielem Tabiszewskim i Bartkiem Brodą, który tak bardzo chciał się ze mną zabrać w ucieczkę, że poczęstował mnie sporą porcją przepysznych pierogów z truskawkami ;) Był to mój pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia, gdyż rano tak się spieszyłem na pociąg do Parczewa, że nie zdążyłem zrobić śniadania. 25 minut przed startem wyjechałem na rozgrzewkę. Mimo, że nie szło zbyt dobrze to nawet się rozgrzałem. Punktualnie o 15 jako jeden ze 104 kolarzy wyruszyłem na trasę. Przejazd honorowy przez Parczew nie miał zbyt wiele wspólnego ze spacerkiem, za to był w sam raz, żeby pobudzić mięśnie do intensywniejszego działania.

Gdy wyjechaliśmy z Parczewa czołówka znacznie przyspieszyła, prędkość oscylowała w okolicach 42-45 km/h. Jechałem spokojnie, starając się trzymać z przodu, żeby móc zareagować w razie gdyby kroiła się jakaś akcja. Po kilkunastu kilometrach jedna z ucieczek odjechała od peletonu na kilkanaście sekund. Jechałem wtedy trochę dalej, obok lidera wyścigu i zauważyłem, że zaczyna szukać okazji żeby przeskoczyć do przodu. Zrobiłem mu miejsce i od razu siadłem na koło, chcąc jedynie przeciągnąć się do czuba peletonu. Szybko jednak zmieniłem plan i postanowiłem przeskoczyć za Emilem do czołowej grupki. Niestety nie upilnowałem koła, jechałem jakiś metr za nim, przez co straciłem sporo sił. Gdy byliśmy już całkiem blisko dotarło do mnie, że nie styknie mi sił i odpuściłem, czekając na peleton, w którym schowałem się za Piotrkiem Gutkiem. Piotrek chłop jak dąb, więc pilnowałem go mocno, nie pozwalając wpuścić nikogo przed siebie. Drugą osobą, z którą chętnie osłaniałem się od wiatru był Robert Krawczyk, także potężnie zbudowany, do tego bardzo doświadczony i mocny.

Szybko stało się jasne, że ucieczka powinna dojechać do mety, chłopaki z MayDaya mieli Grześka Tomasiaka z przodu i spokojnie kontrolowali sytuację, ja starałem się oszczędzać, ale gdy tylko szło coś groźniejszego zawsze byłem tam, gdzie trzeba i w razie potrzeby momentalnie doskakiwałem. Kilka razy sam znajdowałem się w grupce, która nieznacznie odrywała się od peletonu, ale za każdym razem było widać, że nie ma szans uciec, więc nie pracowałem mocno żeby odjechać, a raczej wychodziłem na spokojne zmiany, obserwując co się dzieje z tyłu. Kilkanaście kilometrów walka w peletonie zaczęła się na dobre. Chłopaki zaczęli co chwilę rantować, trzeba było się sprężać, żeby utrzymać koło. Kilka razy było naprawdę ciężko, ale z zaciętą miną na twarzy a’la Andrzej Miszczuk (zresztą także jadący w peletonie) doskakiwałem tam gdzie trzeba i kleiłem koło. To było naprawdę coś, w dodatku gdy kryzys puścił miałem siłę żeby spokojnie przechodzić w to miejsce peletonu, w które chciałem, nie ważne czy osłaniany od wiatru czy nie. Była moc. Na ostatnich kilometrach zaczęło lekko padać, ale nie przeszkadzało to zupełnie w jeździe.

IV – Kraksa

Gdy dojeżdżaliśmy do pierwszych świateł w Parczewie do mety było 2km, a w peletonie jechały 44 osoby. Wszyscy szli mocno, grupa się naciągała i postanowiłem przejść na czoło peletonu, żeby mieć lepszą pozycję po wyjściu z zakrętu, bo w mieście na pewno będzie ciasno. Rozpędziłem się, przede mną była spora luka, w którą postanowiłem szybko wjechać. Niestety nie tylko ja miałem taki plan, doszło do kontaktu i w ułamku sekundy już wiedziałem, że będzie kiepsko. Momentalnie runąłem w dół, szorując lewym bokiem po asfalcie. Upadając zobaczyłem peleton jadący prosto na mnie, perspektywa bardzo nieciekawa, ale na szczęście nikt po mnie nie przejechał. Wstałem chyba jeszcze szybciej niż upadłem i od razu chciałem wskoczyć na rower, ale tylne koło nie chciało się kręcić. Sprawdziłem, łańcuch założony, wszystko gra, więc wtf? Po chwili okazało się, że koło jest tak scentrowane, że nie mieści się w ramie. Podobny problem miał gość, który upadł obok mnie. Pozostali szybko się pozbierali i pociągnęli za peletonem. Początkowo ruszyliśmy z buta najkrótszą drogą do mety, ale szybko postanowiłem jednak jakoś dokręcić 2 km po trasie, bo przy mocnym naduszaniu na pedały jakoś to szło. Przy okazji nadrobiłem kilkaset metrów, bo źle skręciłem i dotarłem na metę z czasem 1:57:33, 6 minut za peletonem (średnia peletonu 41,4 km/h), 54 open i 11 w kategorii. Na kreskę wjeżdżałem poodbdzierany i w podartych spodenkach, prawie jak Mark Cavedish na Giro 2012 ;) Byłem równocześnie dumny ze swojej postawy na wyścigu i z dotoczenia się na metę, a jednocześnie przerażony tym, że grubo się pozdzierałem.

Na mecie dostałem ogromne brawa od kibiców, co trochę podniosło mnie na duchu, zapozowałem też do kilku fotek (będzie fajna pamiątka, dużo lepsza niż rany i późniejsze blizny ;/), wyłączyłem Stravę i udałem się na parking, gdzie zdałem chłopakom relację z kraksy. Będąc jeszcze w szoku poszedłem do karetki, żeby mnie opatrzyli. Panowie najpierw zaczęli głaskać moje rany, ale szybko dostali polecenie żeby darli do czerwoności, aż usuną brud z ciała. Trochę to bolało, ale nawet nie tak bardzo. Dobrze, że zajęli się mną szybko, bo nawet nie chcę myśleć jakby to było, gdyby adrenalina już przestała działać. Miałem też nosa, że dzień wcześniej ogoliłem porządnie nogi, co zaniedbywałem bardzo w ostatnich miesiącach.

V – Epilog

Lubelska Vuelta skończyła się dla mnie po pierwszym dniu. Ani ja, ani rower nie nadawaliśmy się do dalszej jazdy. Gdyby to była prawdziwa Vuelta to pewnie bym tak łatwo nie odpuścił, a lekarze jakoś doprowadziliby mnie do stanu używalności, ale w obecnej sytuacji zdrowie było najważniejsze. Nie wiem czy wykuruję się na Mazovię 12h. Póki co nie wygląda to zbyt ciekawie. Noga goi się zadowalająco, z ręką jest gorzej, poparzona i bardzo piecze. Łażę prawie na golasa po domu, żeby nie podrażniać ran i nie mam pomysłu jak to ogarnąć, gdy trzeba będzie wyjść na miasto. Żal mi potwornie. Nie chodzi nawet o Vueltę, gdzie noga podawała super, ani o rower, który wymaga wymiany tylnego koła i siodełka. Kask jakoś jeszcze pojeździ. Nawet nie chodzi mi o tę nieszczęsną Mazovię, ale szkoda zdrowia, bo rany będą goić się długo. To pierwsza moja tak poważna kraksa na rowerze i pierwsza w miarę poważna kontuzja od bardzo dawna. W myśl zasady „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” pozostaje być dobrej myśli, cierpliwie się kurować i jak najszybciej wracać na rower. Szosowa etapówka prawie zaliczona, pierwsze poważne kolarskie szlify zebrane. Teraz już chyba spokojnie mogę powiedzieć, że „Nic, co kolarskie nie jest mi obce”…

Podziękowania:
– Kazie za zdalne zapisanie mnie w biurze zawodów
– Bartkowi za posiłek regeneracyjny ;)
– Ratownikom za opatrzenie ran
– Organizatorom za ogarnięcie tematu w związku z wycofaniem się i za zorganizowanie fajnego wyścigu
– Przemkowi za podwózkę do domu

Starsze posty «