Archowum tagów: XC

2017.08.27 – Bodzentyn – Family Cup

Tydzień po błotnej masakrze na maratonie w Bodzentynie powrót do tego miasteczka na wyścig XC w ramach Family Cup. Startowałem w FC dwa razy, gdy odbywał się w Lublinie, ale najwyżej byłem na czwartym miejscu. Tym razem cel był jasny: pojechać i wygrać. Niestety przez te parę lat Family Cup straciło znacznie na prestiżu i oprócz frekwencji spadł także poziom sportowy. Do tego stopnia, że miałem pewne opory przed tym żeby w ogóle jechać do Bodzentyna, no ale stwierdziłem, że lepszy ogórkowy wyścig niż mocny trening :)

Na miejscu słoneczna pogoda, trasa wytyczona po stoku narciarskim i niestety garstka ludzi. Na szczęście przyjeżdża Mateusz Kowalczyk, który wygrał w tym roku kilka edycji ŚLR na dystansie Fan, więc będzie się z kim ścigać. Przed startem Mati teoretycznie jest chyba faworytem, bo jeździ krótszy i bardziej dynamiczny dystans, ale nic sobie z tego nie robię, bo wiem, że jak noga jest niezła to potrafię pojechać dobrze wyścig XCO.

 

Startujemy o 11, do przejechania 8 rund po 1,1km i ponad 40m w pionie po banalnej technicznie, trawiastej trasie. Już na pierwszych metrach wychodzę na prowadzenie i narzucam ostre tempo. Od pierwszego podjazdu zaczynam zyskiwać przewagę, co tylko motywuje mnie do podkręcenia tempa i jeszcze mocniejszej jazdy. Po pierwszej rundzie mam już ponad 20 sekund przewagi i ciągle ją powiększam. Mniej więcej od połowy wyścigu czuję się już dosyć pewnie i mogę kontrolować przewagę, która i tak do samego końca rośnie.

Przyjemnie jedzie się wyścig prowadząc i czując się dobrze. Mniej przyjemnie, że rywali można policzyć na palcach jednej ręki. Na metę wjeżdżam z czasem 36:52, który nie ma nic wspólnego z XC, nawet w amatorskim wydaniu. Mati traci do mnie ponad 1,5 minuty. Objechałem nie byle kogo, więc nawet z takiego ogóra mam jednak trochę satysfakcji :) Fajnie, że Anetę też namówiłem na start, dzięki temu do domu wracamy z dwoma pucharami za pierwsze miejsce. Wieczorem godzinka obowiązkowego rozjazdu. To był dobry dzień! :)

2016.10.08 – Puławy – XC

O2016-10-08statni wyścig w sezonie letnim to Grand Prix Puław MTB. Pogoda już mocno jesienna, zimno, ślisko i średnio mi się chce, ale jadę. Na miejscu wcale nie lepiej, gdy przebieram się w strój dygoczę z zimna. Na rozgrzewkę ubieram się ciepło i dwie zapoznawcze pętelki  nastrajają mnie bardzo pozytywnie. Robi się cieplej, na trasie nie ma błota, jest za to kilka podjazdów i nawet jeden podbieg. Będzie dobrze!

Do przejechania 8 rund po 2,1km. Ustawiam się na starcie, zdejmuję bluzę, długie spodnie i okulary, znak i jedziemy! Szybko wpinam się w pedał i startuję bardzo dynamicznie. Oprócz mnie podobny czas reakcji ma tylko Janek, za nim wjeżdżam do lasu, ale od razu go wyprzedzam i włączam tryb „ucieczka”. Pierwszą rundę jadę bardzo mocno i wypracowuję na tyle dużą przewagę, że dopiero gdy zjeżdżam z boiska widzę zawodników za sobą, którzy na nie wjeżdżają.

Kolejne okrążenia także cisnę mocno, już od 2-3 rundy nie widzę za sobą nikogo, nawet gdy zjeżdżam z boiska to z tyłu jest czysto. Technicznie jadę idealnie, redukuję w porę, dynamicznie i płynnie pokonuję zakręty i rozkręcam mocno na prostych. Gdy to tylko możliwe daję ząbek na dół, momentami jadąc minimalnie twardziej niż to mam w zwyczaju. Udaje mi się nie popełnić żadnego błędu, nawet podczas zakładania kolejnych dubli.

Z rundy na rundę jest coraz trudniej utrzymać tempo, ale powtarzam sobie, że jeszcze tylko jedno kółko mocno, a później trochę zluzuję żeby zebrać siły na końcówkę. Nic z tego, do samej mety jadę mocno, na dwie pętle do końca wiem, że już nie dam sobie odebrać tego zwycięstwa. Na kreskę wpadam po 50 minutach samotnej jazdy, podnoszę ręce do góry, z twarzy znika zmęczenie i pojawia się ogromny uśmiech.

Kolejny cel osiągnięty: wygrywam open Grand Prix Puław. Nie są to Mistrzostwa Świata, ani nawet jakiś znany w Polsce wyścig, ale zawsze trudno o zwycięstwo, bo na starcie staje lokalna czołówka XC. W końcu byłem z tej czołówki najmocniejszy i mocnym akcentem zakończyłem sezon. Wszystkie drugie miejsca, które przykleiły się do mnie w tym roku są już nieważne, bo na sam koniec okazałem się najszybszy. Teraz pora na zabawę w kolarstwo przełajowe i bieganie :)

2016.09.25 – Nowa Dęba – XC

2016-09-25Bardzo chciałem pojechać na wyścig w Nowej Dębie, bo byłem tam cztery lata temu i utkwiła mi w pamięci bardzo fajna trasa. Zainteresowanie wśród Lublinian było niestety zerowe, ale w ostatniej chwili na start namówiłem Szymka Skrzypczaka i pojechaliśmy. Na miejscu znajome twarze (m.in. Filip Owczarek z Gośką oraz chłopaki z Rzeszowa, czyli Tomek Biesiadecki, Janusz Łodej i Tomek Kargol z Shimano), dobra muza (m.in Zeppelini, wow!) i ciepło :)

Rejestracja, bez zbędnych formalności, szybka, przebieramy się i na trasę. Tym razem z jednej górki organizatorzy wycisnęli znacznie więcej i trzykilometrowa runda od razu przypada mi do gustu. Sporo podjazdów, masa zakrętów i zero sztucznych przeszkód to dokładnie tak jak lubię :) Może odrobinę zbyt łatwo technicznie, ale lepiej tak niż przegiąć w drugą stronę…

Dwie pętle na rozgrzewce zrobiłem w 24 minuty, więc obliczyłem, że skoro na wyścigu jest 11 rund to jedna zajmie pewnie około 10 minut, czyli zapowiadało się 1:50 jazdy – mocne przegięcie jak na XC. Do tego sędziowie nie dali sobie przemówić do rozsądku żeby puścić nas razem z Mastersami i zrobić po 9 okrążeń dla wszystkich. No cóż, nie pierwszy raz spotkałem się z ludźmi, którzy robią wyścig i liczą się z podpowiedziami zawodników, ale cóż, takimi prawami rządzą się ogóry :D Po jeszcze jednej rundce zapoznawczej (tzw. oficjalny objazd trasy ;D) ustawiamy się na starcie. Przez rozbicie kategorii, liczba osób w moim wyścigu nie osiąga nawet 10, będzie zatem mniej ciekawie, ale cóż, o zwycięstwo i tak będzie się z kim ścigać.

Startujemy! Szybko formuje się pierwsza czwórka. Szymon Brzoza trochę odjeżdża, Tomek Biesiadecki zalicza lekkiego klina, więc gonię z Szymkiem. Nasza strata szybko robi się kilkunastosekundowa, więc musimy się sprężyć. Niestety Szymek jest dzisiaj dla mnie za mocny i szybko tracę z nim kontakt. Na początku drugiej rundy zostaję sam, kilkanaście sekund za mną goni Tomek Biesiadecki. Zamierzam szybko wyrobić sobie nad nim bezpieczną przewagę żeby porzucił myśl walki o podium. Jadę wyraźnie szybciej od niego i już po pierwszych rundach wiem, że podium jest pewne. Niestety liderzy coraz bardziej się oddalają. Próbuję złapać rytm i nawiązać walkę, ale przeziębienie i brak treningów w ostatnim tygodniu dają o sobie znać.

Jadę równo, rundy pokonuję w zbliżonym czasie, doganiają mnie chłopaki z kategorii 30+, którzy wystartowali chwilę po nas i mają do przejechania tylko 7 rund. Czuć, że ich tempo jest wyższe. Jedną pętlę wiozę się za Grześkiem Sową, później 1,5 rundy solo i jeszcze pół za Januszem Łodejem. Zaczynam zbliżać się do wicelidera, ale i tak jest to spory dystans. Coraz trudniej o koncentrację i przydarzają się małe błędy. Cztery ostatnie rundy każdy z naszej czołowej trójki pokonuje zdecydowanie wolniej.

Ostatecznie na metę wjeżdżam trzeci w elicie z czasem 1:55:33, ze stratą 4:33 do zwycięzcy Szymka Skrzypczaka (to prawie 25 sek. straty na rundę ;/) i 2:07 za drugim Szymkiem Brzozą. Nad czwartym Tomkiem Biesiadeckim mam 7:31 przewagi. To był ekstremalnie długi wyścig jak na XC, ale jeśli chodzi o samą trasę to na pewno nie można mieć zastrzeżeń – mi się bardzo podobała, brawo :) Szkoda, że na puławskim Czempionacie nie potrafią wycisnąć tyle z terenu. Mimo tego, że na dekorację trzeba było czekać dosyć długo a nagrody były łagodnie mówiąc słabiutkie to i tak organizacja była całkiem niezła i chociażby dla samej trasy warto było przyjechać :) Jak termin mi podpasuje to za rok też pewnie się tam pojawię. Oby w lepszej formie :)

2016.05.21 – Puławy – XC

Druga edycja puławskiego Czempionatu 2016 rozpoczynała dzień świra. Bezpośrednio po wyścigu miałem jechać do pracy, a po pracy szybko do domu zmienić rower i na Maraton Turystyczny Rowerowego Lublina 300km.

Niestety relacja z wyścigu nie będzie zbyt obszerna, bo w połowie trzeciej rundy (do przejechania było ich 8) poczułem, że tylne koło zaczyna pływać. Jechałem wtedy na czele czteroosobowej ucieczki, czułem się całkiem dobrze i mocno się wkurzyłem gdy okazało się, że nie będę w stanie powalczyć o wygraną. Przepuściłem chłopaków i zszedłem z roweru sprawdzić co się stało. Opona nie była na tyle rozcięta, żeby totalnie sflaczała. Postanowiłem więc biec ile sił na stadion żeby dopompować koło, dać szansę mleku na zaklejenie i walczyć dalej o cenne punkty.

Rozcięcie okazało się jednak zbyt duże i zamiast zapewnić sobie sporą przewagę w generalce to teraz znowu trzeba będzie się spinać na każdy wyścig żeby obronić tytuł. Szkoda gadać, zawsze tyle szkieł w Puławach, że aż dziw bierze, że tyle lat udało się nie przyflaczyć. Przyszła jednak i na mnie pora, pozostaje dalej robić swoje i odkuć się na czerwcowym wyścigu.

Dalsza część relacji z tego szalonego dnia we wpisie z Maratonu Turystycznego Rowerowego Lubina, bo to on był gwoździem weekendu :)

 

Starsze posty «