Tag: ŚLR

2020.01.26 – Mostki – ŚLR

Ostatni wyścig zimowego sezonu to ŚLR w Mostkach. Rok temu tam zwyciężyłem, dwa lata temu prowadziłem z dużą przewagą, ale przez defekt dojechałem ostatecznie piąty, a na drugi dzień byłem trzeci w duathlonie. Czyli miejsce, które kojarzy się raczej dobrze. W styczniu lekkie odpuszczenie treningów i mini-roztrenowanie, więc nie czułem się zbytnio w gazie i bałem się tego startu. Nie ma jednak odpuszczania, jadę do Mostków walczyć i wiem, że w pełni zadowolony będę tylko po zwycięstwie.

Na starcie kilka mocnych osób, m.in. Jarek Kleczaj czy Rafał Oleś. W związku z tym, że trasa jest szybka i w większości szutrowa to nie ma opcji odjazdu na solo, bo w obecnej formie to zakończyłoby się większą katastrofą niż ostatnio na Białym Kruku. Pozostaje jedynie mądra taktycznie i ekonomicznie jazda.

Start, po asfalcie zaciąga Olo, ja siadam na koło i przed wjazdem w teren wychodzę na czoło. Na szutrówkę wjeżdżamy dużą grupą. W większości na zmianie ja albo Rafał. Po pewnym czasie gdy większość ludzi woli wieźć się na kole odpuszczamy nieco tempo. Po sześciu kilometrach jest skręt w lewo i ostry podjazd singlem. Przyspieszam i wjeżdżam go jako pierwszy, podkręcam tempo. Pęka momentalnie i po kilku chwilach formuje się czteroosobowa czołówka – za mną jedzie Rafał Oleś, Rafał Rymarczyk i Jarek Kleczaj, więc bez niespodzianek. Po odcinku singli wjeżdżamy ponownie na szutry, a następnie wracamy w trudniejszy teren w Rezerwacie Wykus. Tam zaczyna zostawać Rafał Rymarczyk. Za Wykusem ostatecznie odpada od naszej trójki, choć jeszcze przez kilka kilometrów widzimy go za sobą.

Na podjeździe w kierunku Kamienia Michniowskiego  rozpoznawczo podkręcam tempo i widzę, że robi się luka. To dobry znak, ale odpuszczam, bo dzisiaj na pewno nie dam rady uciekać na solo przez 13km, zwłaszcza na długich szutrach byłoby to samobójstwo. 11km przed metą mamy ostatni, długi szutrowy zjazd przed technicznym odcinkiem, na którym może rozstrzygnąć się sprawa zwycięstwa. Wjeżdżam tam pierwszy i jadę swoje. Jakieś 7km przed metą Rafał popełnia błąd i zostaje, kilometr dalej Jarek wychodzi przede mnie, teraz to ja popełniam błąd, bo za późno redukuję bieg w terenie i spada mi łańcuch. Jarek odjeżdża, nachodzi mnie Rafał. Można by pomyśleć, że jest po zawodach, ale ja walczę do końca.

Rzucam się w pogoń, zrywam Rafała, który przez większość trasy dzielnie się trzymał, ale teren w końcówce wybitnie mu nie sprzyja. Jakieś 4km przed metą dojeżdżam do lidera. 1,5km przed metą wjeżdżamy na szutrówkę, którą jechaliśmy na początku maratonu. Droga wiedzie w dół, początkowo jadę na zmianie, ale później chowam się na tył. Tuż przed ostrym skrętem w prawo, 600m przed metą przypuszczam atak, błyskawicznie wyskakuję zza pleców Jarka, na wyjściu z zakrętu poprawiam i cisnę ile fabryka dała. Ostatnia hopka, wjeżdżam, oglądam się za siebie – puścił. Końcowe 300m jadę już pewny zwycięstwa i po 37,1km (1:32:41) melduję się na mecie z 11s. przewagi.

Z dużą niepewnością podchodziłem do tego wyścigu. Przez ostatnie trzy tygodnie prawie nie jeździłem – średnio 4,5h i 90km tygodniowo. Przyczyny były różne, nie miałem ciśnienia żeby pozostawać w rytmie treningowym, głowa chyba musiała trochę od tego wszystkiego odpocząć, organizm niekoniecznie – zmęczony absolutnie nie byłem i nie jestem. Chciałem się sprężyć jeszcze na ten jeden wyścig. W związku z szybką trasą musiałem obrać odpowiednią taktykę i odpowiednio gospodarować siłami. Plan zrealizowałem w stu procentach i pod tym względem był to jeden z moich lepszych wyścigów w życiu. Jestem szczęśliwy, że mocnym akcentem zakończyłem ten bardzo dobry sezon zimowy. Roztrenowanie chyba już za mną, po trzech tygodniach nicnierobienia czas wrócić do regularnych treningów, bo pierwszy wyścig letniego sezonu już za dwa miesiące. Zleci w mgnieniu oka :)

2019.01.26 – ŚLR – Mostki

Zimowe ściganie trwa w najlepsze. Ledwo co skończyły się przełaje, a już rozpoczęła się karuzela maratonów. Po Kruku wyścig bliżej Kielc – zimowa edycja ŚLR w Mostkach. Z tym wyścigiem także mam pewne porachunki, bo rok temu pewnie prowadziłem od startu, mimo, że ponad połowę jechałem na kapciu i ostatecznie nie dałem tak rady dojechać do mety. W tym roku o zwycięstwo miało być trudniej, bo na liście startowej lider naszej drużyny – Marcin Jabłoński. Do tego Rafał Oleś ze Skarżyska, co prawda szosowiec, ale duża część maratonu po szutrach, więc nie ma się co łudzić, że nie będzie się liczyć. Cel minimum to podium, ale nie byłbym sobą jakbym nie liczył po cichu na zwycięstwo.

Do Mostków jadę z Andrzejem „Atmosfericem”, a jak razem jedziemy na zawody to wracam ze zwycięstwem, więc rokowania są dobre ;) Trasa w większości identyczna jak rok temu, wydłużona w jednym miejscu o kilka kilometrów. Temperatura ma być sporo na minusie, więc już w domu wysmarowuję się końską maścią, a także kupuję ocieplacze do rękawic. Bez nich mogłoby być nieciekawie, a tak mam komfort psychiczny, że mi ręce nie zamarzną w środku lasu.

Ustawiamy się na starcie, jak najpóźniej zdejmuje rozgrzewkowe ciuchy żeby się nie wychłodzić. Nie zwykłem grubo ubierać się na wyścig, nawet jeśli ma trwać prawie 2h i jest -6st. C, bo jechałbym zbyt wolno w obawie żeby się nie zapocić. Zakładam spodnie bez membrany, letnie skarpety i buty, a na nie ochraniacze. Na górę tylko koszulka termo i lekka bluza z membraną. Najgrubsze rękawiczki to sprawa obowiązkowa, ale już na głowę (i na szyję) tylko cienki buff. Niestety start opóźnia się 2-3 minuty. Ruszam szybko i już na pierwszym, lekkim podjeździe staram się uciec żeby bezpiecznie pokonać pierwszy zjazd. Później bardzo śliski odcinek, który sprawdziłem na rozgrzewce. Jadę tutaj pierwszy, trochę mną miota, ale wiem co robić – zero paniki i płynna jazda to jedyny sposób żeby uniknąć wywrotki.

Pierwsze kilometry przejeżdżam solo, ale widzą całkiem blisko za sobą Marcina i Rafała jak stopniowo się zbliżają. Jadę swoje, w końcu do mnie dojeżdżają i jedziemy we trójkę po szutrach. Na pierwsze single wjeżdżam trzeci, nie wybrałem idealnej ścieżki i trochę zostaję. Chłopaki momentalnie odjeżdżają. Po Marcinie się tego spodziewałem, ale że Rafał się za nim utrzymuje to jestem w szoku. Gonię, ale strata rośnie. Gdy wypadamy na kolejne szutry widzę ich w oddali, mam co najmniej minutę straty. Muszę się sprężać, bo widzę, że dwójka zawodników mnie goni.

O dziwo na szutrach powiększam nad nimi przewagę, a w lesie przez jednak zachowawczą jazdę trochę tracę. O dziwo Rafał strzela Marcinowi na szutrówce. Stopniowo zbliżam się do niego i w końcu jedziemy razem. Tempo jest komfortowe, nie do końca mi to odpowiada, więc pod górę jadę swoje nie próbując wieźć się za Rafałem, na szybkich zjazdach dosyć ostrożnie. Poganiam, bo z tyłu ciągle widać rywali. Bufet mijamy razem, ale widzimy Marcina przed sobą. Gdy wjeżdżamy na single trasa robi się bardziej techniczna i wiedzie lekko pod górkę. Kręcę mocno, tutaj technika też ma znaczenie, bo trudno utrzymać równowagę. Zaczynam się trochę oddalać od Rafała i o dziwo widzę, że zbliżam się do Marcina. Rozsądnie podkręcam i przed wypłaszczeniem jedziemy już razem. Jestem ciekaw jak długo dam radę utrzymać jego tempo, ale na płaskim jest ok i nie mam problemów.

Gdy rozpoczyna się najstromszy podjazd w lesie po twardym śniegu, koło Kamienia MIchniowskiego Marcin zrywa łańcuch. Zostaję sam, nie da się jechać, kawałek podbiegam. Gdy jestem znowu na szutrze myślę tylko o tym żeby dać z siebie wszystko, bo zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Po pewnym czasie widzę Rafała za sobą, ale na kolejnych singlach znikam mu na dobre. Jadę jak w transie i z niecierpliwością wyczekując jeziora, bo wzdłuż niego prowadzi ostatni odcinek do mety. Trasa trochę się dłuży, ale zaczynam kojarzyć teren z poprzedniego roku, kiedy to nie tylko organizowany był maraton, ale także duathlon i biegłem tą trasą. W końcu jest jezioro, gdy jadę wokół niego co chwilę spoglądam na miejsce, z którego wyjeżdża się z lasu. Ciągle nikogo nie ma. Do mety mam jakieś 2km, tego już nie da się przegrać!

Na metę wjeżdżam samotnie po 1:52:37 jazdy, z przewagą prawie 5,5 minuty nad drugim zawodnikiem – Maćkiem Ścigą. Marcin wjeżdża trzeci, 6,5 minuty za mną i tym samym mamy na podium dwóch zawodników z Teamu MetroBikes.pl :) Szybko skuł ten łańcuch, ja bym tam zamarzł w taką pogodę! Jestem szczęśliwy ze zwycięstwa, jest tylko lekki niedosyt, że przez defekt Marcina nie mogliśmy rywalizować do samego końca. Z drugiej strony po ubiegłorocznym pechu, tym razem z kolei dopisało mi szczęście :) Czwarte zwycięstwo z rzędu. Mam nadzieję, że nie wyczerpałem limitu pierwszych miejsc na ten rok i w docelowym, letnim sezonie będzie pod nogą na tyle, że wystarczy żeby też coś wygrać. Inaczej te zimowe zwycięstwa nie będą miały żadnej wartości. Póki co jednak dobra passa trwa i morale jest wysokie.

Kolejne starty najprawdopodobniej na wiosnę. Póki co wygląda na to, że czekają mnie dwa miesiące przerwy od ścigania. Od początku kwietnia ścigałem się praktycznie co weekend i pod tym względem potrzebuję trochę oddechu żeby nie wypalić się po kilku pierwszych wiosennych maratonach. Pod względem fizycznym czuję się w porządku, zmęczenie mi w ogóle nie doskwiera, ostatnie dwa miesiące jeździłem bardzo mało i kondycję utrzymywałem praktycznie tylko dzięki wyścigom. Czas w końcu solidnie potrenować żeby zbudować wysoką formę na nowy sezon :)

2018.04.08 – Chęciny – ŚLR

Sezon 2018 w końcu się rozpoczął. Start na wariackich papierach. Sprzętowo w ostatniej chwili udało się poskładać nową zabawkę – Specialized Epic Expert 2018 w jadowitym krwisto-złotym malowaniu. Barwy? Przypadek, koroniarzem nie jestem ;) Wielkie dzięki dla Adama, który po całym dniu miał jeszcze na to siłę i cierpliwość. Rower czeka jeszcze kilka przeróbek, ale tekst nie o tym :)

Poza sprzętem ostatnie tygodnie i ostatnie dni to czyste wariactwo. W sklepie kocioł, całe dnie na nogach, aż wieczorami zmęczone mięśnie dają znać o sobie. Staram się krótko, ale regularnie wychodzić z rana na rower, żeby cokolwiek pokręcić. Po zwariowanej sobocie (10-23) w sklepie po głowie krążą myśli „jechać czy nie jechać – oto jest pytanie”. Pogoda ma być super, nowy rower jest, trasa zapowiada się wyśmienicie. Decyduję się umrzeć na polu bitwy niż rzucić biały ręcznik jeszcze przed walką. W razie czego alibi mam całkiem dobre ;)

Na maraton blisko, pakuję się z Adamem do Metrowozu, na pace rowery i namiot, nie pokażemy się na podium to przynajmniej polansujemy się na chęcińskim rynku. Na miejscu słońce, ludzie wypakowują rowery, atmosfera gęstnieje, wkrótce karuzela ruszy. W biurze pobieramy pakiety, rozstawiamy czerwony namiot i robimy sesję foto z rowerami. Epic czystszy już nigdy nie będzie, więc te kilka zdjęć mu się należy. Mam lekkie obawy, bo będzie to jego pierwsza jazda. Ja szybko przyzwyczajam się do dobrego, ale jak zareaguje sprzęt rzucony od razu na głęboką wodą tego nie wie nikt.

W sektorze mnóstwo znajomych twarzy, trzeba było czekać kilka miesięcy żeby poczuć znowu tę atmosferę. Z Marcinem i Tomkiem z teamu ustawiamy się w pierwszej linii, co ma zaowocować paroma fajnymi fotkami, przynajmniej tyle…  Chwilę po 10:30 startujemy. Początek po asfalcie ale gdy wyjeżdżamy z centrum i wjeżdżamy na szuterek już kumam o co chodzi z tymi fullami. Po 200m wiem, że nie ma powrotu do sztywnego górala. Zawieszenie pięknie pokonuje nierówności, siedzę jak na kanapie i zastanawiam się dlaczego byłem taki głupi, że dopiero teraz przesiadłem się na Epica. Nieważne. Jedziemy, trzymam się czujnie w czubie, idą pierwsze zaciągi. Tym razem nie napalam się na zabranie się z czołówką za wszelką cenę i jadę swoje. Taki jest pomysł na ten maraton. Jedynie słuszny. To początek sezonu, nogi są zmęczone, nie mogę szarpać, muszę wybadać grunt. Po kilku kilometrach stawka się rozciąga, jadę w drugiej połowie drugiej dychy i taką pozycję brałbym w ciemno.

 

Czuję się zaskakująco dobrze, kilometry upływają, a organizm się trzyma. To wielka pokusa do podkręcenia tempa, ale wiem, że sam na siebie ukręciłbym bata, więc w trybie kierowcy PKSu trzymam równe i ekonomiczne tempo. Trasa jest świetna, sucha i różnorodna. Na sztywnych podjazdach Eagle nie raz ratuje mi tyłek. Zjazdy wszystkie moje, buzia sama się uśmiecha, jest gładko i przyjemnie. Boost i przednia opona 2.3 robią swoje, zjeżdża się jak na „moturze”. Są ze trzy miejsca na trasie, gdzie trzeba ładować z buta, przyjmuję to z pokorą, cudów nie ma, a nawet jeśli są to w obecnej formie i tak nie ma co na nie liczyć. Moje 58kg nie daje dużego zasięgu przy tak intensywnym wysiłku, więc regularnie jem i piję żeby w pewnym momencie nie rozłączyło mi nóg od mózgu (a może na odwrót, zależy…).

Końcowe kilometry trochę się dłużą, walka z trasą trwa do końca, ale jest to mimo wszystko walka przyjemna, bo trasa z górnej półki. Za trasy kocha się ŚLR, a miłość jak wiadomo jest ślepa niestety. Na ostatnim podjeździe kibicuje Waldek, więc podkręcam. Metę osiągam jako 14 na 81 startujących (7 w M3). Wynik stosunkowo dobry, obecna dyspozycja na pewno nie pozwala na więcej. Cieszy mnie bardzo, że obyło się bez skurczów i kryzysów. Na pewno pomógł w tym rower, bo jechało się komfortowo i nie wytłukło mnie tak jak na hardtailu. Może to dlatego na trasie obyło się bez typowego zgonu, a może nie dałem z siebie wszystkiego? Raczej dałem, tak, dałem! :)

Z nadzieją patrzę na kolejne tygodnie. Do nadrobienia jest dużo, ale najważniejsze imprezy sezonu w lipcu i wtedy noga ma kręcić. Póki co zwiększam kilometraż i zaangażowanie, bo 14 miejsce dla mnie nic nie znaczy, a dobrych wyników bez potu i bólu nie będzie, trzymajcie kciuki! :)

2017.07.16 – Morawica – ŚLR

Wakacyjny maraton w Morawicy miał być kaszką z mleczkiem dla ludzi, którzy twierdzą, że jak nie ma stromo pod górę i szybko w dół to już jest wycieczka, Mazovia i w ogóle wyścig szosowy. Kto ma trochę pojęcia (tak, za takiego się uważam) wie, że na płaskim też trzeba zapier…, tzn. mocno kręcić i że czasem jest to sporo trudniejsze, bo nie można pozwolić sobie na chwilę oddechu podczas zjazdu. Raz puścisz koło i cię nie ma.

Taki właśnie w rzeczywistości miał być wyścig w Morawicy. Szybki i bezlitosny. Dwa dni wcześniej objechałem część trasy (połowa pokrywała się z rundą dystansu Family, którą miała jechać Aneta). Wiedziałem, że trzeba być od początku czujnym i zabrać się w odjazd, bo jazda w drugiej grupie będzie przynosić straty.

Po starcie jechałem z przodu i gdy tylko Marcin Jabłoński ode mnie z teamu Metrobikes.pl mocniej pociągnął już siedziałem mu na kole. Po kilku minutach zostało nas siedmiu. Ja, Marcin, Szymon Zacharski, Paweł Chrząszcz, Paweł Bukalski, Boguś Ostrowski i Maciej Krysztoforski. Oprócz mnie wszyscy na fullach – takie trendy. Po trzydziestu z lekkim okładem kilometrach strzelam z tej grupy jako pierwszy. No cóż, chciałbym sobie to tłumaczyć brakiem wspomnianego fulla, ale chyba jednak brakuje po prostu mocy.

 

Gdy odpadam jestem już tak ujechany, że zawodnicy, którzy mnie dościgają przejeżdżają obok mnie jak kolarz na treningu obok baby wiozącej mleko w bańce na swoim starym składaku. Kiepskie uczucie. Próby złapania koła w najlepszym razie kończą się odpadnięciem z pociągu po kilku minutach walki o utrzymanie. Jest źle. Motywuję się jednak do tego, żeby pozostać na trasie i ukończyć wyścig tracąc jak najmniej, bo walczymy w drużynówce, a w Morawicy jesteśmy w osłabionym składzie.

Ostatecznie na metę wjeżdżam z czasem 3:19:48 (17. open i 3. w elicie). Mimo najłatwiejszej w sezonie trasy jestem mocno ujechany i zły, że tak się to potoczyło, bo apetyt miałem na więcej. Na szczęście reszta chłopaków pojechała dobrze i w drużynówce znowu umocniliśmy się na prowadzeniu :) No i debiut Anety wypadł także udanie – na dystansie Family wygrała kategorię kobiet! Kolejny wyścig to zagnańska odsłona ŚLR. Także będzie szybko, oby tym razem efekt końcowy był lepszy :)