Archowum tagów: Dycha do Maratonu

2016.01.30 – Lublin – Trzecia Dycha do Maratonu

2016.01.30To już trzecia nocna dycha, w której uczestniczę, druga jako zawodnik. Przed rokiem dobiegłem z życiówką i tak ma być także tym razem. Trasa mi bardzo pasuje, odbyłem nawet kilka treningów biegowych (trzy wtorkowe przebieżki plus City Trail przed tygodniem), więc liczę na dobry bieg. Plan minimum zakłada poprawienie życiówki (39:42) i zejście poniżej 39:30. W optymistycznej wersji chcę złamać 39:15.

Niestety 10 godzin przed biegiem, wczesnym popołudniem, zaczyna boleć mnie głowa i ogólnie czuję się kiepsko. Nie nastraja to zbyt optymistycznie, ale nie zamierzam się poddawać. Pod halę podjeżdżam rowerem przed 18:30, odbieram pakiet i idę z Anetą do Basketonu. Godzinę przed biegiem zaczynam się przebierać. Na szczęście samopoczucie się poprawia i 25 minut przed biegiem mogę spokojnie skupić się na rozgrzewce. Trochę truchtu, kilka przyspieszeń i jestem gotowy.

Taktyka na bieg jest prosta: pierwszy kilometr z rezerwą, pierwsza piątka poniżej 19 minut (PB 19:07). Później utrzymywanie tempa na płaskim w okolicach 4min/km, przetrzymanie podbiegu na Skłodowskiej i podbieg Zana tak żeby zbyt wiele nie stracić i mieć jeszcze siłę szarpnąć na wypłaszczeniu.

Po raz pierwszy na lubelskich biegach są strefy startowe, dzięki temu jest bardzo luźno. Nie planuję pobiec 30 minut tak jak na tabliczce pierwszej strefy, więc staję gdzieś w trzecim rzędzie. Pewnie trochę szybszych osób stoi za mną, ale tutaj już i tak nikomu przeszkadzał nie będę. Odliczanie od dziesięciu do godziny 22 i poszli. Początek jak zwykle mocno, ale z głową. Nie szarpię tempa, biegnę płynnie i z rezerwą. Pierwsze 1,5km upływa szybko. Tradycyjnie co chwilę ktoś mnie wyprzedza, ale tak to bywa jak się startuje z czuba. Grunt to nie podpalać się i biec swoje. Dzisiaj zamierzam być pod tym względem konsekwentny! Po trzech kilometrach wszystko idzie zgodnie z planem, ale zaczynam czuć, że to nie lajtowa przebieżka. Dobiega do mnie trzech biegaczy z Markiem Drobem na czele, łapię się z nimi. Biegną odpowiadającym mi tempem i co najważniejsze równo.

Lecimy tak do półmetka. Na zegarku 18:56 – jest dobrze, bardzo dobrze. Wychodzę przed Marka i dyktuję tempo. W myślach powtarzam sobie „teraz jeszcze kilometr w tempie minimum 4min/km i później spokojnie pod górę na Skłodowskiej”. Odcinek do podbiegu dłuży się strasznie, ale w końcu wyłania się jest! Wyprzedza mnie Piotrek Drączkowski oraz Magda Kłoda, która prowadzi wśród kobiet. Ich tempo jest za mocne, biegnę swoje. Na szczycie dobiega Grzesiek Sałdan. To mniej więcej moja liga, łapię się za nim, a na zbiegu na chwilę dokładam. Całą Głęboką siedzę mu na plecach, tempo planowo, 4min/km na płaskim. Na Nadbystrzyckiej mamy już towarzystwo. Zaczynam czuć ten bieg, ale nie zamierzam odpuszczać.

Wbiegamy na Zana, do mety zostaje niewiele ponad kilometr. Postanawiam podkręcić, ale po 200-300m widzę, że jestem „za krótki”. Teraz inni przyspieszają, walczę. Gdy wbiegamy na kostkę przy stoku jestem mocno styrany i mam już lekką stratę. Widzę Anetę, która dopinguje, super! 600 metrów do końca. Tylko i aż! Przetrzymuję kryzys i niecałe 400m rozpoczynam decydujący atak :) Obiegam halę najszybciej jak tylko mogę, zero kalkulacji. Ostatnie metry to już zbieg i prosta w środku. 39:12! Plan wykonany w stu procentach, bieg rozegrałem perfekcyjnie! Życiówka poprawiona o pół minuty, 39:30 połamane, 39:15 także! Miejsce 45/1178 i 15/363 M30! Jestem przeszczęśliwy! :)

Po biegu jakaś zupka, szybki prysznic i wspólne sesje foto z biegaczami i Rowerowym Lublinem (zarówno tym biegającym jak i kibicującym). Po dekoracji i losowaniu nagród przenosimy imprezę do Basketonu :) Zamawiam pizzę, 30cm. Całość wsuwam migiem na solo! Teraz można się bawić ;)

Po takim biegu jak wczoraj medal dawany za ukończenie nabiera wartości! Jaram się! :)

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)


 

 

 

 

2015.11.22 – Lublin – Druga Dycha do Maratonu

2015.11.22Plan na drugą dychę był bardzo prosty: umrzeć na mecie i poprawić rekord życiowy. Został on wykonany tylko połowicznie. Na mecie byłem prawie trupem, niestety do życiówki minimalnie zabrakło. Ale zacznijmy od początku.

Ładna pogoda i uwielbienie dla jazdy rowerem, która jest znacznie ciekawsza od biegania, nie sprzyjają treningom biegowym. Tej jesieni odbyłem trzy treningi biegowe: 23X, 29X i 17XI, które łącznie dały 17,3km :) Po zerowym kilometrażu wiosną i 19,7km zrobionych w lecie (2 duathlony + jedna przebieżka) moje konto nie było zbyt imponujące. W planie jednak miałem pobiegnięcie tej dyszki, a że nie należę do osób, które łatwo się zrażają to postanowiłem spiąć poślady i walczyć o dobry wynik. Po rozmowie z Martą Kloc, która miała biec na czas poniżej 39 minut opracowałem naprędce strategię na bieg. Polegała ona na tym, żeby trzymać się Marty tak długo jak się da. Życie pokazało, że plany sobie, a rzeczywistość sobie. I ta rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż się spodziewałem.

Po ustawieniu się z przodu (nie używam Endomondo, nie zabrałem telefonu na bieg – pozdro dla kumatych) ruszam mocno za pierwszą grupą nie oglądając się na „Zająca”. Pierwszy kilometr to dobre złego początki. Biegnie się super lekko, flagę 1km mijam z czasem 3:36 i jestem zaskoczony swoją dyspozycją. Po chwili kolejne zaskoczenie: drugi kilometr nie idzie już tak dobrze jak pierwszy. Hmm, klasyka w moim przypadku, młody człowiek to i głupi ;) Przy fladze 2km dobiega do mnie Marta, na zegarku ok 7:30. Od razu zajmuję grzecznie miejsce za moim pacemakerem i włączam tryb „zesraj się, a nie daj się”. Tryb działa mniej więcej do 4,5km kiedy to nieproszony włącza się „energy saving”. Głowa chce biec, ale ciało krzyczy: „stop!”. Na półmetku mam czas 19:40. Teoretycznie ok, druga połówka jest łatwiejsza, więc jak utrzymam tempo to będzie kozak czas. Jestem już jednak ujechany na maksa i zdaję sobie sprawę, że przegiąłem na początku.

Zbieg na Zana i Nadbystrzyckiej pozwala podciągnąć trochę tempo, ale nie ma mowy o złapaniu drugiego oddechu. Za Polibudą dogania mnie Konrad Kawala, którego kojarzę z Chęć na Pięć, bo wbiegliśmy razem na metę. Postanawiam drugi raz podczas biegu odpalić tryb „zesraj się, a nie daj się”. Tempo jest mocne, ale nie odpuszczam i jak przyklejony biegnę za rywalem. Na ostatnim podbiegu minimalnie zostaję, ale swoje odrobiłem. Na zegarku widzę, że życiówki nie będzie, ale jest jeszcze szansa na złamanie 40 minut. Niestety zamiast ostatnie pół kilometra iść w trupa zbyt często spoglądam na zegarek i ostatecznie wpadam na metę z czasem netto równo 40 minut. Bardzo zmęczony, trochę wkurzony, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności czas uznaję za przyzwoity.

To był na pewno lepszy bieg niż przed rokiem, kiedy miałem 39:40, ale na łatwiejszej i krótszej trasie. Na życiówkę przyjdzie poczekać do nocnej dychy, jak dowali śniegu i mrozu to może nawet coś tam wcześniej potrenuję ;)

2015.01.24 – Lublin – Dycha do Maratonu

2015.01.24

Trzecia dycha do maratonu 2015 (a moja druga) to bieg nocny, który startował o 22. Nie przygotowywałem się do niego praktycznie w ogóle, a poprzedziłem go jedynie siedmiokilometrową przebieżką dwa dni wcześniej. Mimo to plan był prosty, pobiec w okolicach czasu z listopada, czyli poniżej 40 minut i osiągnąć życiówkę na atestowanej trasie. Mimo, że dopiero wznowiłem treningi to wiedziałem na co się porywam. Trasa nie wyglądała na szczególnie trudną, a już na pewno nie na tak trudną jak to opisywało wielu biegaczy. Późna pora też nie była przeszkodą, więc pozostawało stanąć na starcie i dać z siebie wszystko.

Na miejscu w hali Globus jak zwykle mnóstwo znajomych, dodatkowo ludzie z Rowerowego Lublina obstawiali trasę na rowerach, więc było wręcz rodzinnie :) Rozgrzewkę zrobiłem z Martą Kloc i jej znajomymi z Perfect Runner i udałem się na start. Znowu nie zamierzałem się przepychać gdzieś z tyłu, więc stanąłem sobie na samym przodzie. W końcu początek zawsze mam szybki, więc nikomu nie będę przeszkadzał, a i na przedstartową fotkę można się załapać ;)

Plan na bieg jest prosty tak jak ostatnio, tylko, że tym razem inny. Trzymać się przez cały wyścig Marty, która też chce zrobić podobny wynik, ma mocną nogę i zegarek z GPS, a dodatkowo dysponuje większym doświadczeniem. Podobnie jak ostatnio taktyka przedstartowa już na starcie bierze w łeb. Wychodzę „z bloków” na ostro i trzymam jakieś szaleńcze tempo. Przede mną tylko największe harty, stopniowo wyprzedzają mnie kolejni mocniejsi biegacze, a także dwie najszybsze biegaczki. Magda Kłoda jest sporo za szybka żeby za nią biec, natomiast za Joanną Wasilewską biegnę jakiś czas, ale później także odpuszczam i biegnę swoje. Po trzech kilometrach mam czas 11:15, czyli średnio 3:45/km. Jest dobrze. Kolejne dwa kilometry biegnę ze szwajcarską precyzją, po 4:00/km i na półmetku pod Pocztą Główną mam czas 19:15.

Szósty kilometr także upływa w podobnym tempie, ale po nim zaczyna się podbieg na ul. Skłodowskiej. Trzymam tempo zawodników przede mną, ale nie jest to łatwe. Od połowy słyszę charakterystyczne dyszenie Maćka Bujaka. To tylko kwestia czasu jak mnie „najdzie”. Dzieje się to gdy wbiegamy na ul. Akademicką, tuż przed stromym zbiegiem. Lecę tam całkiem mocno, ale Maciek tam wręcz frunie. Na ulicy Głębokiej już wyraźnie zaczyna mi się dłużyć i czuję, że zaczyna być naprawdę ciężko. Zagryzam zęby i wytrzymuję, a gdy wbiegamy w ul. Nadbystrzycką łapię się nawet biegaczy, którzy mnie doganiają i trzymam ich tempo.

Podbieg pod Zana nie jest ławy, ale wiem, że meta jest już blisko. Na Zana walczę z całych sił, gdy zostaje kilometr do mety już wiem, że nie nie dam się złamać i dobiegnę poniżej tych 40 minut. Kwestia tylko ile urwę. Jest szansa na 39:30, więc „shut up legs” mode i ogień. Niestety podbieg przy stoku wyrasta znikąd, gdy wydawało się, że jest już płasko. Nie ma tego w planach i nie radzę sobie z nim tak jak bym chciał. Ostatnie pół kilometra jest mocne, ale też nie aż tak jak powinno być, bo biegnę zbyt asekuracyjnie. Na metę wbiegam z czasem 39:42, zadanie wykonane, ale z powodu „bezjajecznej” końcówki mam mały niedosyt. Fajne jest za to stosunkowo wysokie miejsce (52./1101 open i 21./247 M20.

Po biegu odebrałem pamiątkowego buffa i zjadłem smaczną pomidorówkę. Po prysznicu trochę odżyłem i mogłem z Rowerowym Lublinem śledzić dekorację. Niestety masażyści dosyć szybko się zwinęli, a szkoda, bo masaż na pewno by mi się przydał. To była bardzo fajna impreza, dziękuję organizatorom, którzy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania. Była to moja ostatnia dyszka w tym sezonie biegackim. Zostały jeszcze dwa zimowe CityTraile i może Chęć na pięć w wąwozie na rozpoczęcie wiosny :) Na pewno będę chciał wystartować w cyklu Dych do maratonu jesienią. Fajne są to imprezy i dobrze wpływają na moją kondycję psychofizyczną, ale póki co dawka jest idealna i w 2015 nie przebiegnę żadnego maratonu :)

2014.11.23 – Lublin – Dycha do Maratonu

2014.11.23

Dzień po puławskich przełajach udałem się na lubelski stadion przy Krochmalnej żeby zadebiutować w biegu na 10km. Nigdy w życiu nie przebiegłem takiego dystansu za jednym zamachem, więc zupełnie nie wiedziałem jak to będzie. Jedyne, co było pewne to ból i to nie tylko ten podczas biegu, ale przede wszystkim dzień po nim. Na miejscu przeogromny tłum biegaczy (ponad tysiąc osób – rekord frekwencji lubelskich dych do maratonu) i niezwykle gorąca atmosfera. Odbieram pakiet startowy, przebieram się i zanim wybiegnę na rozgrzewkę rozmawiam jeszcze ze znajomymi biegaczami i wspólnie pozujemy do zdjęć.

Po solidnej rozgrzewce ustawiam się na starcie. Za mną ponad 1000 osób, w takiej sytuacji lepiej się nie przewrócić, bo stratowaliby mnie jak w Mufasę w Królu Lwie ;) Obok mnie  stoi Marta, jedna z najszybszych dziewczyn w tym towarzystwie. Mój plan zakłada  żeby przed nią uciekać, a gdy mnie dogoni trzymać się jak najdłużej :) Ruszamy! Po 300m plan zostaje zweryfikowany, Marta ciągle jest obok, tempo jest kosmiczne. Przypomina mi się tekst Emila Zatopka, który podobno zawsze przed biegiem mawiał do rywali Men, today we die a little . No to ja już umarłem i to bardzo. Teraz chcę tylko jak najdłużej wytrzymać tempo Marty. Pierwszy kilometr robimy w szaleńczym tempie – 3:45, a ja jestem szczerze przerażony i zaczynam obawiać się o własne zdrowie. Już nie biegnę obok mojego prywatnego Zająca. Teraz jak cień podążam z tyłu i czekam kiedy w końcu spuści z tonu, bo wydaje mi się, że lada chwila musi to nastąpić. Dobre żarty. Po głowie chodzą mi myśli, żeby zwolnić, poczekać na Anetę i treningowo pobiec z nią do końca. Na szczęście szybko porzucam te myśli, wiem, że bym sobie tego nie wybaczył, a co gorsza zostałbym zmieszany przez nią z błotem za taki cyrk ;)

Wbiegamy na Filaretów, jest kilka zakrętów, nie wiem dlaczego, ale Marta ich nie ścina, co bardzo mnie irytuje, ale konsekwentnie biegnę za nią. Tylko na podbiegu pod Zana czuję, ze mógłbym biec trochę szybciej, ale postanawiam mądrze trzymać się, za doświadczoną biegaczką. Gdy jesteśmy już na Zana zaczyna się długi, dwukilometrowy zbieg. Tempo ciągle jest szaleńcze. Na Nadbystrzyckiej, tuż za Perfect Runner, na najbardziej pochyłym fragmencie trasy, zaczynam zostawać. Do tej pory motywowałem się jak tylko mogłem i za wszelką cenę trzymałem tempo. Oszukiwałem się, że jeszcze mam siły, że jeszcze kilometr. Niestety po 6km te czary przestają działać. Za wąwozem tracę do mojego Celu jakieś 30 sekund. W dodatku wyprzedził mnie Bigos i Rafał. Biegnę razem z Krzyśkiem Grucą i postanawiam że on mi nie odbiegnie.

Ciągle widzę przed sobą Martę, którą bardzo chcę dogonić, ale dystans się utrzymuje. Pod koniec Krochmalnej trochę przyspieszam, ale sił jest mało. Około 1,5km do mety dobiega do nas Piotrek Drączkowski, „dawaj KermitOZ, dawaj, trzymaj tempo”. Początkowo to właśnie robię, ale dosyć szybko strzelam. Około pół kilometra do mety, już blisko stadionu znowu podkręcam tempo, ale znowu nic z tego. Kilkadziesiąt metrów przed halą rozpoczynam długi finish, żeby przynajmniej Krzysiek przybiegł za mną. Wbiegam na ostatnią prostą i widzę przed sobą zegar, który pokazuje niewiele ponad 39 minut. Wow, w drugiej połowie biegu byłem tak zamroczony, że byłem przekonany, ze mam tempo na jakieś 44 minuty, a tutaj wychodzi na to, że w swoim debiucie na dyszce złamię 40 minut. Jak po zastrzyku energii biegnę mocno już do samej mety, którą przekraczam z wynikiem 39:41. Jestem w szoku, bo przed biegiem nawet najbardziej optymistyczny plan nie zakładał zejścia poniżej 40 minut. To był znakomity bieg, z którego jestem przeogromnie zadowolony.

Ogromne podziękowania należą się Marcie (39:20), bez której na pewno nie osiągnąłbym tak świetnego czasu i pewnie przyczłapałbym ładnych kilka minut później. Jeśli chodzi o tabelę to najambitniejszą wersją planu było zmieszczenie się pierwszej setce i dałem radę tego dokonać (96/1035 open, 41/255 M16). Podziękowania i wiele dobrych słów należą się też organizatorom, bo impreza dopięta była chyba na ostatni guzik. Duży plus za prysznice po biegu. To rzecz na zawodach kolarskich niezwykle rzadka, a bardzo pożądana. Tutaj wydaje się to standardem, dzięki czemu późniejsze oglądanie dekoracji i wymiana wrażeń wśród uczestników odbywa się w bardziej komfortowych warunkach. Dzięki i do zobaczenia w styczniu na nocnej dyszce!