Tag: ITT

2017.06.17 – Białka – Sztafeta 1/4 Iron Mana – ITT

Trzeci rok z rzędu Metrobikes.pl wystawił sztafetę na triathlon w Białce. Podobnie jak przed rokiem wystartowali ze mną: Karolina Zygo w pływniu i Paweł Wysocki w biegu. Cel był prosty: zwycięstwo. Liczyłem, że przy okazji Test Day Specialized, podobnie jak przed rokiem pojadę na kozie, ale nie wszyscy stanęli na wysokości zadania i do dyspozycji miałem tylko swojego Tarmaca. Rozważaliśmy nawet rezygnację, bo brak roweru czasowego to na dzień dobry 3-5 minut wolniej, ale Karo zadeklarowała, że te 5 minut nadrobi na pływaniu, co ostatecznie mnie przekonało, że nie ma co zmieniać planów i trzeba walczyć.

Przed startem wszystko przebiega sprawnie i miło. Montuję lemondkę, wstawiam rower do strefy zmian i na spokojnie czekam na start. Podczas pływania widać, że dwie osoby płyną na czele z ogromną przewagą. Pod sam koniec jedna z nich przyspiesza i wychodzi z wody, to Karolina. Przejmuję od niej chipa i biegnę na trasę rowerową. Na rower wskakuję szybko i z takim impetem, że siodełkiem zadaję sobie cios prosto w jajka, co skutecznie odwraca moją uwagę od bólu nóg. Do przejechania niecałe 42km (hehe, tak właśnie wygląda 1/4 IM w wersji Białka Triathlon ;)).

Pierwsze kilometry jadę mocno na wyczucie, mimo, że mam miernik mocy. Trzymam średnią lekko poniżej 40km/h. Rok temu średnia wyszła powyżej, ale miałem kozę, więc teraz nie chcę się zagotować. Po nawrocie w 1/4 dystansu widzę, że Łukasz Lis, który prowadzi solo traci względem mnie. Pozostali daleko. Trasa jest płaska, ale wieje, druga połówka rundy (pokonujemy ją dwa razy) z nieco bardziej sprzyjającym wiatrem, więc jest odrobinę szybciej. Na nawrocie w połowie dystansu widzę, że jest dobrze – przewaga nad Łukaszem i pozostałymi zawodnikami jeszcze się zwiększyła. To dziwne, ale najlepsi zawodnicy solo, którzy wcześniej płynęli, a w perspektywie mają jeszcze bieg nie powinni tyle tracić jadąc na „kozach”. Mając wygraną w sztafecie w kieszeni rozważam odpuszczenie i rozluźnienie nogi przed Poland Bike w Nowinach, który mam na drugi dzień, ale ostatecznie decyduję się jechać do końca mocno i powalczyć o najlepszy czas na rowerze.

Do mety dojeżdżam z czasem 1:03 i średnią 39,4 km/h. To tylko 1:15 wolniej niż przed rokiem, kiedy miałem szybszy rower. Czad! Jestem bardzo zadowolony ze swojej jazdy, bo noga kręciła świetnie. Przekazuję chipa Pawłowi i idę się przebrać. Jest pewien niedosyt, bo na rowerze czasowym była spora szansa zejścia poniżej 1h, ale na pierwszy plan schodzi teraz przygotowanie się do niedzielnego wyścigu. A pośladki i mięśnie ud bolą jak nigdy – nie trenuję w pozycji czasowej i ciało nie jest przyzwyczajone.

Gdy już trochę ochłonąłem nadchodzi pora wybrać się na metę i oczekiwać na Pawła. Zgodnie z przewidywaniami przybiega pierwszy. Plan zrealizowany, zwycięstwo z bardzo dużą przewagą. W oczekiwaniu na dekorację pomagam Jackowi zwinąć nasze stoisko, bannery, namiot itd., regeneracja niestety musi poczekać :) Słaba tego dnia pogoda psuje się coraz bardziej, więc organizator przyspiesza dekorację i odbieramy puchar i nagrody.

Muszę przyznać, że to jedna z lepszych imprez jeśli chodzi o fanty dla zwycięzców, bo nie dość, że wartościowe to nawet nie wszystko pójdzie na handel ;) Naprawdę spoko! Trzeci rok z rzędu spędziłem bardzo fajny dzień w Białce. Dziękuję i gratuluję organizatorom, a przede wszystkim Łukaszowi Stasiewiczowi. Impreza na poziomie! :) Dziękuję też Karolinie i Pawłowi za wspólną walkę! Podobno w przyszłym roku żeby wyrównać szanse zamieniamy się konkurencjami ;) No i oczywiście największe podziękowania dla dyrektora sportowego – Anety: nie tylko za zdjęcia, ale przede wszystkim za anielską cierpliwość :*

2016.06.05 – Białka – Sztafeta 1/4 Iron Mana – ITT

2016.06.05Ubiegłoroczny triathlon w Białce był na tyle klimatyczny, że nie widziałem innej możliwości niż ponowny start :) W grę wchodziła oczywiście tylko rywalizacja w sztafecie, a gdy zobaczyłem na liście skład z Jarkiem i Marcinem Mazurkami oraz Kamilem Grudniem wiedziałem, że tym razem nie będzie to spacerek i trzeba wystawić mocarny skład żeby nawiązać walkę o zwycięstwo :) Po rezygnacji Krzyśka, który płynął w ubiegłym roku zaproponowałem start Karolinie Zygo, która zgodziła się od razu. Z biegaczem (Pawłem Wysockim) byłem dogadany już dużo wcześniej, ale jako, że wraca po kontuzji to start potwierdził dopiero tydzień przed zawodami.

Drużyna zapowiadała się mocna, teraz potrzebowałem już tylko roweru czasowego, żeby móc podjąć równą walkę na swojej zmianie. Z pomocą przyszli chłopaki ze Specialized Polska, z którymi jako Metrobikes.pl organizowaliśmy w weekend testy rowerów. Zaoferowali wypożyczenie roweru Specialized Shiv Pro Race X1 – maszyny na najwyższym poziomie, w dodatku prezentującej się niezwykle efektownie. Pozostało tylko dać z siebie wszystko w dniu zawodów.

W niedzielę w Białce pojawiam się dosyć późno. Szybko przebieram się w kombinezon i kask czasowy i wypożyczam rower. Następnie wizyta w biurze zawodów. Ogromne podziękowania dla Karoliny Rybak, która jak zwykle bardzo sprawnie i z uśmiechem na ustach wydaje mi pakiet startowy. Dzięki takim ludziom zawsze można pozytywnie nastroić się do zawodów hehe ;) Po przyczepieniu numerów nie pozostaje już wiele czasu na rozgrzewkę i zapoznanie się z rowerem, ale z grubsza wszystko gra, więc jest ok :) W międzyczasie do miasteczka zawodów zajeżdża ekipa szosowców z Anetą na czele. Jej obecność na pewno doda mi kilka dodatkowych Watów do mocy :)

Start zawodów, pływacy wskakują do wody! Trochę obawiam się o formę Karoliny, bo przez ostatnie miesiące pływała bardzo niewiele, ale przed zawodami zapewniała mnie, że czuje się dobrze i jest spokojna o wynik. Czekam niecierpliwie w strefie zmian, skąd obserwuję zmagania pływaków. Jeden płynie wyraźnie z przodu, a za nim, kolejna dwójka, która także ma sporą przewagę nad następnymi. Jeden z pływaków ma różowy czepek – jestem prawie pewien, że to Karo. Gdy pierwszy pływak wybiega z wody jestem w szoku że to nie Łukasz Lis. Okazuje się, że w konkurencyjnej sztafecie zamiast Jarka płynie Adam Dubiel. Dopiero za nim, ze stratą 1:13 wychodzi z wody Łukasz Lis z Karo. Dała radę, jest bardzo mocna! Przekazuje mi chipa i teraz wszystko w moich nogach!

 

 

 

Wybiegam ze strefy zmian tuż przed Łukaszem, wskakuję na rower i cała naprzód. Szybko rozpędzam Shiva do ponad 40km/h i staram się trzymać taką prędkość, nawet z niewielkim okładem. Jedzie się kosmicznie, maszyna pożera asfalt! Aż żal bierze, że jestem daleko od swojej optymalnej dyspozycji i nie mogę jej jeszcze mocniej napędzić. Trasa identyczna jak przed rokiem, czyli na początku przez wioskę po dziurach, a później już idealny dywan w lesie :) Na nawrocie w lesie widzę, że minimalnie tracę do Marcina, ale nie panikuję i jadę swoje. Na półmetku (nawrót obok strefy zmian) mam stratę ok 2:40, czyli już sporo. Zaginam się jednak bardzo mocno i na drugiej części jestem minimalnie szybszy, ale w stosunku do Rywala tracę i tak dużo za dużo, czyli 2:28).

Paweł wybiega na trasę ok. 3:41 za Kamilem Grudniem. To sporo, ale jest w dobrej formie i wiem, że stać go żeby odrobić tę stratę. Ja idę się przebrać i nieco ochłonąć po swojej zmianie. Zewsząd słyszę gratulacje, ale wiem, że nie był to zbyt dobry występ. Średnia 40,3 może robić wrażenie na laikach, ale ja sam czuję, że to nie była dobra jazda. Zbliża się finish. Idę na metę żeby zobaczyć jakie będzie rozstrzygnięcie. Widzę, że Paweł biegnie pierwszy, ale przed metą niespodziewanie zatrzymuje się i przepuszcza Kamila. Okazało się, że tamten zgubił trasę, a Paweł postanowił nie wykorzystywać tego faktu i oddać rywalom miejsce, które zajmowali po dwóch pierwszych konkurencjach :) Fajna postawa. W sporcie chodzi nie tylko o sam wynik, ale także o zdrowe podejście, którego często niestety zawodnikom brakuje.

Gdy przychodzi czas dekoracji (moim zdaniem zbyt późny) chłopaki z drużyny, która wygrała zawody zabierają głos i oddają nam pierwsze miejsce. To kolejny gest fair play tego dnia. Dostajemy puchar i nagrody. Zapraszam Marcina i Adama (Kamil pojechał przed dekoracją) na najwyższy stopień podium do pamiątkowej foty. Dzisiaj wszyscy jesteśmy zwycięzcami i każdemu należy się ta nagroda. To były super zawody w piękny słoneczny dzień. Tak piękny, że do Lublina wracam razem z Anetą i Karo rowerami, dokręcając jeszcze 81km do tych 42 z zawodów :) Dzięki wszystkim za super zabawę. Do zobaczenia na Białka Triathlon 2017! :)

2015.05.24 – Białka – Sztafeta 1/4 Iron Mana – ITT

2015.05.24

Gdy Metrobikes.pl wszedł w sponsorowanie triathlonu w Białce otrzymałem od organizatorów propozycję wystartowania w tych zawodach. Całkiem dobrze radzę sobie na rowerze, mam jakieś tam pojęcie o bieganiu, ale pływam od wielkiego dzwonu, więc indywidualny start w najlepszym razie skończyłby się kompromitacją, a w najgorszym utonięciem. Żeby uniknąć tych średnio optymistycznych scenariuszy postanowiłem zmontować mocną sztafetę i wygrać te zawody. Skład wykrystalizował się dopiero dwa dni przed startem, ale pozwalał z nadzieją patrzeć na nasze szanse.

Pływak w osobie Krzyśka Rutkowskiego miał nam zapewnić przewagę po wyjściu z wody, żebym mógł kontrolować sytuację i powiększać przewagę na rowerze. Zważywszy na moją niską dyspozycję na początku tego sezonu musieliśmy mieć też mocnego biegacza, który dowiezie przewagę do końca, a w razie czego będzie w stanie odrobić straty. Dlatego wybór padł na Romualda Prószyńskiego, biegacza z Puław, który nawet dwa tygodnie po przebiegnięciu maratonu gwarantował dobry wynik :) W dniu zawodów była lekka nerwówka, bo dla każdego z nas był to pierwszy triathlon i musieliśmy pilnować żeby ogarnąć wszystkie zasady i nie dostać głupiej „dyski”. Pogoda była niestety nędzna, lekki deszczyk i ponure niebo, ale akurat nią nikt z nas się nie przejmował, taki dzień i tyle.

Po odprawie i rozgrzewce pływaków sędziowie dają sygnał do startu i Krzysiek szybko wskakuje do wody. Wychodzi z niej równie szybko, tuż za Łukaszem Lisem, który startuje indywidualnie. Obaj mają ogromną przewagę nad resztą stawki. Ja zdezorientowany nie zdążam nawet ściągnąć nogawek, szybko przejmuję chipa, co sił wybiegam ze strefy zmian i wskakuję na rower. Widzę za sobą Łukasza i cisnę ile wlezie. Jedziemy 10km, później nawrót i z powrotem i tak dwa razy. Po pierwszym nawrocie Łukasz mnie dogania i wyprzedza, a ja jadę jakieś 50m za nim trzymając dystans. Po kilku kilometrach takiej jazdy odpuszczam, bo jest dla mnie odrobinę za mocno, nie chcę się „upalić”. Nad pozostałymi trzymam bezpieczną przewagę i kręcę rytmicznie tempem około 38-39km/h. W pewnym momencie orientuję się, że jadę w wiatrówce, ale postanawiam już jej nie ściągać. Amatorka ;)

W połowie dystansu mam około 1:15 straty do Łukasza i kilka minut przewagi nad drugim kolarzem-triathlonistą. Drugą połówkę jadę minimalnie wolniej, ale i tak utrzymuję bezpieczną przewagę nad goniącymi mnie zawodnikami. Trasa jest bardzo fajna, oprócz ok. 1-2km odcinka połatanej nawierzchni runda prowadzi po idealnym asfalcie. W dodatku jej większość ukryta jest w lesie na wąskiej i dosyć krętej trasie, co sprawia, że jedzie się naprawdę przyjemnie. Deszczowa pogoda to dodatkowe utrudnienie, zwłaszcza gdy leży się na lemondce, ale największym problemem jest zdecydowanie brak formy. Mimo to walczę do samego końca, na ostatnich dwóch kilometrach jeszcze minimalnie przyspieszając do 40km/h i w strefie zmian melduję się ze stratą 2:26 do lidera. Przekazuję szybko chip Romkowi, który rusza dopełnić dzieła. O wynik jestem już spokojny, bo wiem, że przewaga jest spora i Romek ją jeszcze powiększy. Po rozmowie z Krzyśkiem w strefie zmian, idę do chłopaków ze sklepu. Śledzimy kolejno dojeżdżających zawodników. Okazuje się, że mamy ponad 18 minut przewagi. Spokojnie udaję się pod prysznic, a potem na metę, gdzie Roman jest już od kilku minut. Kończymy z czasem 1:58:58. Wyprzedziło nas niestety dwóch solistów(1:55:30 i 1:55:45), naprawdę mocne chłopy! Druga sztafeta 24:37 za nami. Pogrom! :)

Triathlon w Białce to naprawdę świetna impreza, ogromne podziękowania dla Trinity Club za organizację i zaproszenie do rywalizacji. Mimo kiepskiej pogody było niezwykle klimatycznie. Miło było spotkać tak wielu znajomych, głównie kolarzy i biegaczy, a także klientów sklepu Metrobikes.pl, pod szyldem którego wystartowała nasza sztafeta :) Bardzo dziękuję moim partnerom ze sztafety: Krzyśkowi Rutkowskiemu i Romualdowi Prószyńskiemu (Krzysiek w pływaniu był 2. open, ja z Romkiem zajęliśmy 5. miejsca w swoich dyscyplinach na 67 osób). Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja kiedyś razem wystartować :) Na koniec dziękuję Anecie za obecność i nieocenione wsparcie :) To były dobre zawody, kolejne w niedzielę w Urzędowie :)

2014.06.20 – Parczew – Lubelska Vuelta

2014.06.20I – Prolog

Startowałem już w maratonach 24h, Maratonie Dookoła Polski, wielu maratonach MTB, wyścigach XC, Eliminatorze, a także etapówce MTB. Zaliczyłem też dawno temu dwa wyścigi szosowe i trzeci w ubiegłym roku, do tego kilka czasówek. Do kompletu brakowało chyba tylko etapówki szosowej. Gdy zobaczyłem, że w pobliskim Parczewie rozgrywana jest Lubelska Vuelta – czteroetapowy wyścig szosowy, od razu wpisałem go do kalendarza. Trasa płaska, ale za to w ograniczonym ruchu i przede wszystkim niedaleko domu. Miał to być jeden z ciekawszych startów w tym roku i dobry trening przed najważniejszymi celami sezonu. Kilka dni przed wyścigiem noga była jednak bardzo zamulona i stwierdziłem, że nie ma sensu statystować, lepiej darować sobie i porządnie odpocząć przed Mazovią 12h. Po namowach Tomka Bali zadecydowałem, że jednak pojadę do Parczewa i przynajmniej zrobię dobry trening.

II – Czasówka 3,6 km

Na pierwszy dzień zaplanowano dwa etapy. Pierwszy to 3,6km jazda indywidualna na czas, którą ukończyłem na 64. miejscu (na ponad 100 startujących) i 12. w kategorii, czasem 5:12, średnią 41,7km/h i stratą prawie 48. sek. do Emila Potręcia). Trochę za słabo się rozgrzałem, nie miałem kasku czasowego, kombinezonu i kozy, jak większość ze startujących, ale to marne usprawiedliwienie, bo powinienem był urwać co najmniej kilkanaście sekund i zmieścić się w pierwszej 40.

III – I etap ze startu wspólnego – 76,5 km

Ok 3h po czasówce miał być rozegrany 76,5km etap ze startu wspólnego. Czekaliśmy na niego razem z Przemkiem Krawczykiem, Krzyśkiem Żurkiem, Danielem Tabiszewskim i Bartkiem Brodą, który tak bardzo chciał się ze mną zabrać w ucieczkę, że poczęstował mnie sporą porcją przepysznych pierogów z truskawkami ;) Był to mój pierwszy prawdziwy posiłek tego dnia, gdyż rano tak się spieszyłem na pociąg do Parczewa, że nie zdążyłem zrobić śniadania. 25 minut przed startem wyjechałem na rozgrzewkę. Mimo, że nie szło zbyt dobrze to nawet się rozgrzałem. Punktualnie o 15 jako jeden ze 104 kolarzy wyruszyłem na trasę. Przejazd honorowy przez Parczew nie miał zbyt wiele wspólnego ze spacerkiem, za to był w sam raz, żeby pobudzić mięśnie do intensywniejszego działania.

Gdy wyjechaliśmy z Parczewa czołówka znacznie przyspieszyła, prędkość oscylowała w okolicach 42-45 km/h. Jechałem spokojnie, starając się trzymać z przodu, żeby móc zareagować w razie gdyby kroiła się jakaś akcja. Po kilkunastu kilometrach jedna z ucieczek odjechała od peletonu na kilkanaście sekund. Jechałem wtedy trochę dalej, obok lidera wyścigu i zauważyłem, że zaczyna szukać okazji żeby przeskoczyć do przodu. Zrobiłem mu miejsce i od razu siadłem na koło, chcąc jedynie przeciągnąć się do czuba peletonu. Szybko jednak zmieniłem plan i postanowiłem przeskoczyć za Emilem do czołowej grupki. Niestety nie upilnowałem koła, jechałem jakiś metr za nim, przez co straciłem sporo sił. Gdy byliśmy już całkiem blisko dotarło do mnie, że nie styknie mi sił i odpuściłem, czekając na peleton, w którym schowałem się za Piotrkiem Gutkiem. Piotrek chłop jak dąb, więc pilnowałem go mocno, nie pozwalając wpuścić nikogo przed siebie. Drugą osobą, z którą chętnie osłaniałem się od wiatru był Robert Krawczyk, także potężnie zbudowany, do tego bardzo doświadczony i mocny.

Szybko stało się jasne, że ucieczka powinna dojechać do mety, chłopaki z MayDaya mieli Grześka Tomasiaka z przodu i spokojnie kontrolowali sytuację, ja starałem się oszczędzać, ale gdy tylko szło coś groźniejszego zawsze byłem tam, gdzie trzeba i w razie potrzeby momentalnie doskakiwałem. Kilka razy sam znajdowałem się w grupce, która nieznacznie odrywała się od peletonu, ale za każdym razem było widać, że nie ma szans uciec, więc nie pracowałem mocno żeby odjechać, a raczej wychodziłem na spokojne zmiany, obserwując co się dzieje z tyłu. Kilkanaście kilometrów walka w peletonie zaczęła się na dobre. Chłopaki zaczęli co chwilę rantować, trzeba było się sprężać, żeby utrzymać koło. Kilka razy było naprawdę ciężko, ale z zaciętą miną na twarzy a’la Andrzej Miszczuk (zresztą także jadący w peletonie) doskakiwałem tam gdzie trzeba i kleiłem koło. To było naprawdę coś, w dodatku gdy kryzys puścił miałem siłę żeby spokojnie przechodzić w to miejsce peletonu, w które chciałem, nie ważne czy osłaniany od wiatru czy nie. Była moc. Na ostatnich kilometrach zaczęło lekko padać, ale nie przeszkadzało to zupełnie w jeździe.

IV – Kraksa

Gdy dojeżdżaliśmy do pierwszych świateł w Parczewie do mety było 2km, a w peletonie jechały 44 osoby. Wszyscy szli mocno, grupa się naciągała i postanowiłem przejść na czoło peletonu, żeby mieć lepszą pozycję po wyjściu z zakrętu, bo w mieście na pewno będzie ciasno. Rozpędziłem się, przede mną była spora luka, w którą postanowiłem szybko wjechać. Niestety nie tylko ja miałem taki plan, doszło do kontaktu i w ułamku sekundy już wiedziałem, że będzie kiepsko. Momentalnie runąłem w dół, szorując lewym bokiem po asfalcie. Upadając zobaczyłem peleton jadący prosto na mnie, perspektywa bardzo nieciekawa, ale na szczęście nikt po mnie nie przejechał. Wstałem chyba jeszcze szybciej niż upadłem i od razu chciałem wskoczyć na rower, ale tylne koło nie chciało się kręcić. Sprawdziłem, łańcuch założony, wszystko gra, więc wtf? Po chwili okazało się, że koło jest tak scentrowane, że nie mieści się w ramie. Podobny problem miał gość, który upadł obok mnie. Pozostali szybko się pozbierali i pociągnęli za peletonem. Początkowo ruszyliśmy z buta najkrótszą drogą do mety, ale szybko postanowiłem jednak jakoś dokręcić 2 km po trasie, bo przy mocnym naduszaniu na pedały jakoś to szło. Przy okazji nadrobiłem kilkaset metrów, bo źle skręciłem i dotarłem na metę z czasem 1:57:33, 6 minut za peletonem (średnia peletonu 41,4 km/h), 54 open i 11 w kategorii. Na kreskę wjeżdżałem poodbdzierany i w podartych spodenkach, prawie jak Mark Cavedish na Giro 2012 ;) Byłem równocześnie dumny ze swojej postawy na wyścigu i z dotoczenia się na metę, a jednocześnie przerażony tym, że grubo się pozdzierałem.

Na mecie dostałem ogromne brawa od kibiców, co trochę podniosło mnie na duchu, zapozowałem też do kilku fotek (będzie fajna pamiątka, dużo lepsza niż rany i późniejsze blizny ;/), wyłączyłem Stravę i udałem się na parking, gdzie zdałem chłopakom relację z kraksy. Będąc jeszcze w szoku poszedłem do karetki, żeby mnie opatrzyli. Panowie najpierw zaczęli głaskać moje rany, ale szybko dostali polecenie żeby darli do czerwoności, aż usuną brud z ciała. Trochę to bolało, ale nawet nie tak bardzo. Dobrze, że zajęli się mną szybko, bo nawet nie chcę myśleć jakby to było, gdyby adrenalina już przestała działać. Miałem też nosa, że dzień wcześniej ogoliłem porządnie nogi, co zaniedbywałem bardzo w ostatnich miesiącach.

V – Epilog

Lubelska Vuelta skończyła się dla mnie po pierwszym dniu. Ani ja, ani rower nie nadawaliśmy się do dalszej jazdy. Gdyby to była prawdziwa Vuelta to pewnie bym tak łatwo nie odpuścił, a lekarze jakoś doprowadziliby mnie do stanu używalności, ale w obecnej sytuacji zdrowie było najważniejsze. Nie wiem czy wykuruję się na Mazovię 12h. Póki co nie wygląda to zbyt ciekawie. Noga goi się zadowalająco, z ręką jest gorzej, poparzona i bardzo piecze. Łażę prawie na golasa po domu, żeby nie podrażniać ran i nie mam pomysłu jak to ogarnąć, gdy trzeba będzie wyjść na miasto. Żal mi potwornie. Nie chodzi nawet o Vueltę, gdzie noga podawała super, ani o rower, który wymaga wymiany tylnego koła i siodełka. Kask jakoś jeszcze pojeździ. Nawet nie chodzi mi o tę nieszczęsną Mazovię, ale szkoda zdrowia, bo rany będą goić się długo. To pierwsza moja tak poważna kraksa na rowerze i pierwsza w miarę poważna kontuzja od bardzo dawna. W myśl zasady „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” pozostaje być dobrej myśli, cierpliwie się kurować i jak najszybciej wracać na rower. Szosowa etapówka prawie zaliczona, pierwsze poważne kolarskie szlify zebrane. Teraz już chyba spokojnie mogę powiedzieć, że „Nic, co kolarskie nie jest mi obce”…

Podziękowania:
– Kazie za zdalne zapisanie mnie w biurze zawodów
– Bartkowi za posiłek regeneracyjny ;)
– Ratownikom za opatrzenie ran
– Organizatorom za ogarnięcie tematu w związku z wycofaniem się i za zorganizowanie fajnego wyścigu
– Przemkowi za podwózkę do domu