Tag: MTB

2021.08.22 – Karpacz – Uphill Race Śnieżka

Są wyścigi ważne i mniej ważne, ale są też takie, na których trzeba być i koniec. Dla mnie takim wyścigiem od dwóch lat jest Uphill Race Śnieżka. Miałem wielu znajomych, którzy w nim startowali i nigdy nie rozumiałem sensu podróżowania ponad 600km żeby wjechać na jakąś (zresztą wcale nie tak wysoką) górę. Sytuacja zmieniła się w 2019 roku, gdy podczas urlopu wchodziłem tam z buta. Już w połowie drogi wiedziałem, że muszę tam wjechać rowerem. Nie zamierzałem czekać całego roku i już po miesiącu byłem zdobywcą Śnieżki na rowerze. Co prawda zapisy na wyścig są na wiosnę i po 30 sekundach limit uczestników jest osiągnięty, ale jak to mówią „dla chcącego nic trudnego” ;)

Pierwszy wjazd był typowym rekonesansem (na 10,5kg rowerze trudno nastawiać się na dobry wynik), więc 19. miejsce i czas 1:03:15 były do zaakceptowania. Na kolejny sezon postanowiłem się jednak lepiej przygotować i specjalnie w tym celu kupiłem najnowszego Epica HT na bardzo lekkiej i pięknej ramie, w dodatku w najszybszym, czerwonym kolorze. Miała to być baza Śnieżkowozu, który finalnie zaważył 7,85kg. Oczywiście sam sprzęt bez treningu nie jeździ, ale sama świadomość, że rower jest lekki już dodaje +10 do szybkości :) Na 2020 rok celem było zejście poniżej godziny i zrobiłem to ze sporym okładem (57:50), zajmując w dodatku 10. miejsce Open. Po tym wjeździe mój apetyt urósł jeszcze bardziej, bo wiedziałem, że jestem w stanie tak się przygotować żeby poprawić swoją pozycję.

Oczekiwania to jednak jedno a rzeczywistość drugie. Forma w obecnym sezonie jest niezła, ale tygodnie leciały a ja mimo coraz bliższego terminu wyścigu na Śnieżkę nie podejmowałem specjalistycznego treningu, standardowo jeździłem przejażdżki i skupiałem się na czerpaniu przyjemności z jazdy. Tak było aż do połowy lipca, kiedy to nastąpiła lekka zadyszka, właściwie bardziej mentalna niż fizyczna. Dobrze znam swój organizm i czułem, że pod względem objętości też odrobinę przeginam i warto nieco odpuścić. Miesiąc przed zawodami jeździłem sporo mniej, bez zmuszania się do regularnego treningu za wszelką cenę. Zrobiłem też kilka dłuższych, ponad 200km przejażdżek, a jedynym wyścigiem w jakim wystartowałem w miesiącu poprzedzającym Śnieżkę był ultramaraton gravelowy, który był miłą odmianą w stosunku do typowych wyścigów MTB.

Po miesiącu odpuszczenia reżimu treningowo-wyścigowego nie wiedziałem zupełnie czego się spodziewać, ale byłem umiarkowanym optymistą. Plan minimum zakładał więc zejście poniżej godziny żeby nie było wstydu. Zupełnie nie myślałem o miejscu, bo to zależne jest nie tylko ode mnie, ale nie spodziewałem się zbyt dobrej pozycji, byłem prawie pewny, że czeka mnie druga dziesiątka.

W dzień zawodów zjadłem dosyć późne, a w związku z tym mikre śniadanie. Późno wyjechałem na rozgrzewkę i zupełnie zapomniałem, że bagaż, który jest zawożony na metę zdaje się do 8:30. Spóźniłem się dwie minuty, ale udało się zostawić plecak GOPRowcom. Kolejny raz na farcie ;) Pora na wjechanie do sektora. Rok temu nie przeciskałem się jakoś przesadnie do przodu, ale w tym roku już nie zamierzałem odpuszczać dobrej pozycji startowej. Bez problemów i w przyjaznej atmosferze przeszedłem sobie aż do drugiej linii startowej. Do pierwszej jakoś się nie ośmieliłem, ale za rok jak będzie miejsce…

W sektorze atmosfera luźna, gawędzimy sobie o naszych śnieżkowozach (mój w tym roku jest odrobinę cięższy – 8,15kg), o tym jak to było przed rokiem i takie tam głupoty. Jest ciepło, słońce świeci, oby tak co najmniej do szczytu ;) Przed godziną 9 końcowe odliczanie i startujemy. Od razu zajmuję strategiczną pozycję prawie na samym przedzie. „Prawie”, oczywiście żeby nie zbierać całego wiatru na siebie, gdyż podczas wjazdu niestety wieje w twarz. Na asfaltowym odcinku tego nie czuć. Większość czasu jadę za Przemysławem Niemcem, chyba przez każdego uważanym za faworyta tego wyścigu. Od czasu do czasu kontrolnie patrzę na miernik mocy, który ciągle pokazuje powyżej 300W. To za dużo jak na mnie, ale w ogóle tego nie czuć. Mam nawet podejrzenie, że znowu ta biedna elektronika musiała się poddać, ale jak się później okaże wygląda na to, że wszystko działało dobrze.

Gdy zaczynają się agrafki na asfalcie nie mogę sobie odmówić ścinania zakrętów. Tym sposobem wychodzę nawet na prowadzenie i jadę tak przez kilka minut. Tempo nie jest zawrotne, więc zupełnie mi to nie przeszkadza. Z perspektywy czasu stwierdzam, że było to dobre posunięcie, gdyż dzięki temu pakiet zdjęć z wyścigu mam naprawdę pokaźny ;) Dzień dziecka kończy się po 3,5km po wjeździe na bruk. Nie zamierzam kozaczyć i przechodzę w tryb tempomatu żeby jechać swoje i nie zagotować nóg. Odcinek przy Świątyni Wang jest bardzo stromy, ale o ile przed rokiem naprawdę poczułem tam mięśnie, tak tym razem kończy się na strachu. Jadę swoje w okolicach pozycji 9-11. Czołówka odjeżdża, a z tyłu robi się całkiem bezpiecznie.

Po kilku początkowych wypłaszczeniach zadomawiam się na 9. pozycji i jadę równym tempem w stronę szczytu. Zaczynam zbliżać się do zawodnika przede mną. Na szczęście nie podpalam się ani trochę i nie zrywam tempa. Jesteśmy coraz bliżej punktu pomiaru czasu za Strzechą Akademicką (8,3km). Mam tam czas gorszy o 46 sekund niż w 2020, ale jestem świadomy, że jest to spowodowane niesprzyjającym wiatrem. Szybka kalkulacja i wychodzi na to, że jest spora szansa na spełnienie celu minimum i zejście poniżej godziny.

Na długiej prostej za pomiarem czasu w końcu przechodzę swojego rywala i wskakuję na 8. miejsce. Ciągle jadę swoje, droga bardzo się dłuży, podłoże staje się coraz bardziej nierówne i trudno znaleźć optymalny tor jazdy, ale gdy tylko się wypłaszcza to nawierzchnia poprawia się i rozkręcam. Szybki zjazd w kierunku Domu Śląskiego i rozpoczynam finałową wspinaczkę. Nogi pochłonięte są pedałowaniem, za to w głowie nieustanne przeliczanie. Przede mną pusto, wiem, że nie dogonię już nikogo, gra toczy się o zejście poniżej godziny i utrzymanie ósmego miejsca. Zawodnik z tyłu nie poddaje się, dzięki czemu muszę mocno kręcić i kontrolować bezpieczną przewagę. Na Drodze Jubileuszowej widzę Anetę, która idzie z aparatem na szczyt. Robi mi fotki, dopinguje. Biorę kilka ostatnich łyków z bidonu i rzucam go na bok, przekonany, że Aneta to widziała i zabierze go na górę. Trzeba zbijać masę na finałowe metry ;)

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Jakieś 200m przed metą jestem już pewien, że dowiozę ósme miejsce do mety i zejdę poniżej godziny, więc nie muszę już przeprowadzać żadnej szarży w końcówce. Jestem na szczycie po 59:21 jazdy (8. Open, 5. M3). Zadowolony z czasu, jeszcze bardziej zadowolony z miejsca i jeszcze bez kołaczących w głowie pytań „Co by było gdyby [rower był jeszcze lżejszy, trening dużo bardziej sprofilowany pod wyścig]?” Na górze kilka pamiątkowych fotek, po czym biorę od Anety kurtkę i zjeżdżam do Domu Śląskiego, gdzie czekają na mnie ciepłe ubrania oraz przedni hamulec i tarcza ;) Po drodze uświadamiam sobie, że Aneta jednak nie zabrała bidonu, na szczęście udaje się go znaleźć, pisałem już coś o farcie? ;)

Po dociążeniu mojego roweru o 300 gramów czekam na zjazd, który wcale nie jest taki przyjemny, bo na sztywnym widelcu trzepie niesamowicie po łapach. Trzeba robić postoje żeby dać rękom odpocząć oraz trafić na większą lukę w grupie zjeżdżających i móc się swobodnie rozpędzić zamiast trzymać palce na klamkach i gotować hamulce. Całość zjazdu netto trwa około pół godziny. Na dole dowiaduję się, że dekorowane są pierwsze piątki w kategoriach wiekowych, co oznacza, że w tym roku załapałem się nawet na jakieś nagrody.

I tak przygodą ze Śnieżką AD 2021 się zakończyła. W tym miejscu powinienem powklejać linki do moich sponsorów, podziękować trenerowi, dietetykowi itp., ale tego nie zrobię, bo wyjazd został sfinansowany z portfela z napisem „Bad Motherfucker”, czyli z mojego. Podziękowania dla Najukochańszej Anety za wspólny wyjazd i w ogóle za wszystko oraz dla ojców dyrektorów: Kordiana i Jacka z MetroBikes za wsparcie sprzętowe oraz błogosławieństwo ;) Trzy Uphille za mną i za rok wjeżdżam po raz czwarty. Wiem, że mam jeszcze duże rezerwy i stać mnie na więcej i w przyszłym roku zamierzam zrobić życiówkę! :)

PS. W oczekiwaniu na dekorację zauważyłem mały szczegół, który dał mi do myślenia. Przemek Niemiec ma niezwykle chude łydki, chyba jeszcze bardziej niż moje (zresztą w ogóle jest bardzo wycieniowany, a przecież zakończył już zawodową karierę). Skoro z takimi nogami jak patyki można się dobrze wspinać to chyba jest dla mnie nadzieja :D

2021.04.24 – Jabłonna – Puchar Mazowsza XCO

Podobnie jak przed rokiem sezon MTB zacząłem Pucharem Mazowsza w Jabłonnej. Tym razem także był to drugi wyścig sezonu (na PP w Krynicy-Zdrój nie pojechałem, gdyż regulamin sobie, a sędziowie sobie, ale zostawmy to). Jedyne co się zmieniło, to fakt, że sezon zaczął się dwa miesiące wcześniej, czyli mniej więcej o normalnej porze. Średnio się tym przejmuje i całe to ściganie mało mnie teraz obchodzi, z drugiej strony wiadomo jak jest – coś tam jeżdżę, a do rywalizacji ciągnie, więc jak jest szansa to wsiadam w auto i jadę, akurat ta choroba jest rzeczywiście nieuleczalna…

Na miejsce dojeżdżam około godziny 10 i ku mojemu zdziwieniu spotykam tam ekipę chłopaków ze Skarżyska, dobrze ujrzeć znowu znajome twarze gdzieś w Polsce na ściganiu. Maratony póki co nie są organizowane, więc może parę nowych osób może wciągnie się w XCO, fajnie :) Na parkingu tłumy, a w biurze zawodów kolejka w jakiej dawno już nie stałem, na szczęście idzie w miarę sprawnie. Większość ludzi bez kagańców, dobrze zobaczyć w końcu uśmiechnięte oblicza, taki lekki powiew normalności :)

Po dopełnieniu formalności siedzę sobie w aucie i łapię promienie słońca. Odczuwalna +35st C. Aż nie chce się wychodzić na rozgrzewkę. Odwlekam rozgrzewkę jak tylko się da, ale w końcu przebieram się i wyjeżdżam na trasę. Początkowo oglądam wyścig, a gdy tylko można robię dwie zapoznawcze rundki. Trasa jak przed rokiem, chyba tylko nieznacznie zmieniona. Lubię bardzo interwałowe trasy, natomiast nie lubię żadnych sztucznych udziwnień i pewnie dlatego Jabłonna leży mi idealnie.

Po objeździe rundy znowu zalegam na słońcu i ładuję naturalną witaminę D. Gdy przychodzi czas rozgrzewki próbuję rozłożyć rolkę i chwilę pokręcić, ale okazuje się, że jest za krótka, nie wyregulowałem jej do górala, a w warunkach polowych nie chce mi się z tym bawić. Walić to, decyduję się pokręcić trochę w kółko jak to zwykle bywało. Na końcu i tak stygnę, gdyż start się opóźnia, a wyczytywanie kategorii junior i Masters I trwa całe wieki. Niestety stoję prawie na samym końcu stawki. Na 46 osób ponad 30 stoi przede mną. Nie spalam się tym, chociaż już wiem, że o czołówkę nie powalczę nie tylko z braku formy, ale także z powodu beznadziejnego ustawienia na starcie.

Sygnał i jedziemy. Staram się przebić do przodu, ale na prostej startowej jest ciasno i zyskuję niewiele. Dalsza część rundy też wąska i dopiero na podjazdach udaje mi się co chwila zyskać jakąś pozycję. Po pierwszej rundzie jestem 21. Na drugiej jest już trochę luźniej, ale ciągle, gdy utknie się za kimś na technicznym odcinku to jest problem z wyprzedzeniem. Na trzecią rundę wjeżdżam 15 a kończę ją 11. Teraz trzeba przechodzić już nie tylko Mastersów, ale także wolniejszych juniorów.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

Na czwartej rundzie nachodzę Marcela, który też jedzie w teamie MetroBikes.pl Jedzie całkiem nieźle, szkoda, że później przydarza mu się defekt. Na ostatnie okrążenie wjeżdżam 10. Strata do zawodnika przede mną jest spora, przewaga nad tymi z tyłu bezpieczna i podświadomie jadę trochę luźniej, a nad najtrudniejszą przeszkodą (kłodą na zjeździe) dla pewności przebiegam. Nie chcę skończyć połamany w karetce z przyklejonym śmiertelnym wirusem. Pod koniec wyścigu nachodzę jeszcze jednego juniora i dla sportu (śmiesznie to brzmi w opisie wyścigu, ale tak to było) walczę z nim na kresce, z powodzeniem :) Jestem 10 w Masters I.

Na mecie szybko dochodzę do siebie. Nie wiem czy to dobrze, może za bardzo się oszczędzałem. Według własnego odczucia pojechałem nieźle i jestem w miarę zadowolony. Ciekawe co powiedziałyby liczby, ale przy zakładaniu miernika dzień wcześniej wyszły jaja, a opaski tętna zapomniałem, więc nie ma co analizować.

Fajnie, że WKK potrafiło zorganizować wyścig w czasie, gdy wszyscy dla własnego dobra mają rzucane kłody pod nogi. Tak trzymać, takim ludziom zawsze będę kibicował! Wkrótce ruszą pewnie pozostałe zawody, dostaniemy kilka miesięcy oddechu, więc trzeba się bawić i ładować akumulatory przed kolejną falą kłamstw i pozornej troski o wspólne dobro. Jak to mój serdeczny kolega ostatnio powiedział: „Dobrze, że mamy te rowery to przynajmniej możemy wyjść do ludzi a nie gnić zamknięci w czterech ścianach”.

2020.01.05 – Kielce – ŚLR

Na pierwszy wyścig w 2020 roku nie musiałem jechać daleko, bo zaledwie 4km na kielecki stadion lekkoatletyczny, skąd startował zimowy maraton ŚLR. Nastrój bojowy, czułem się nieźle i interesowało mnie tylko zwycięstwo.  Kilka dni przed startem przejechałem mały fragment trasy, część trasy znałem, ale sporej części nie objechałem, a nie chciałem tego robić w ostatniej chwili żeby nie ubić nogi.

W dzień startu temperatura ujemna, więc przynajmniej nie będzie wielkiego błota. Zapoznaję się z początkiem i końcówką trasy i wiem, żeby mimo wszystko nie ubierać się zbyt ciepło. Na starcie 77 osób, całkiem sporo. Plan na wyścig jest prosty – odjechać solo na pierwszym podjeździe. Najbardziej mogą mi w tym przeszkodzić Maciej Ściga i Patryk Kowalski.

Startujemy o 11. Od razu wychodzę na czoło i próbuję lekko naciągnąć grupę. Niestety idzie opornie i ogon jest spory. Na pierwszym podjeździe jadę trzeci. Przede mną Patryk oraz jeden z zawodników, których nie kojarzę – Robert Kozłowski. Ten drugi nawet odjeżdża na kilkanaście metrów, ale dochodzimy go i przez pierwszych kilka kilometrów jedziemy we trzech pierwsi. Po ponad 11km na zjeździe jestem już tylko z Patrykiem i na końcu zjazdu singlem po Wołowych Trasach przestrzeliwujemy trasę tracąc na tyle dużo czasu, że Robert oraz Maciek Ściga nas przechodzą. Patryk na szlak wraca trochę szybciej, bo zawrócił pierwszy, ja jestem z tyłu i gonię czołową trójkę. Patryka i Roberta nachodzę po kilku minutach, widzę też Maćka z przodu, ale nie jestem w stanie dospawać. Wkrótce Maciek ucieka na tyle, że tracimy go z oczu.  Cisnę ile się da, ale wygląda na to, że sytuacja robi się naprawdę nieciekawa.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

 

Gdy dojeżdżamy do zjazdu z Góry Kolejowej widzę Maćka, który jest na dole. Jest jeszcze szansa. Zjazd jest dla mnie za trudny technicznie, zbiegam. Tam chyba zostaję już tylko z Patrykiem. Za drugim bufetem, po około 18km zaczynam mu odjeżdżać na niezbyt stromym, ale piaszczystym podjeździe, a później na zjeździe. Dystans do mety coraz mniejszy i nie ma już co kalkulować, trzeba gonić. Niecałe 9km przed metą, na długiej prostej ponownie widzę przed sobą Maćka. Nie podpalam się na jakieś błyskawiczne zmniejszenie kilkusetmetrowej straty tylko konsekwentnie trzymam solidne, mocne tempo.  Na początku podjazdu po Kamienną strata jest już naprawdę mała, około 20 sekund. Kilkanaście metrów przed szczytem dojeżdżam do rywala. Od razu wychodzę na czoło, od szczytu jest niecałe 4,5km do mety, próbuję odjechać na zjeździe, ale Maciek zjeżdża bardzo dobrze.

Zostaje finałowy podjazd stromą i techniczną granią. Ostatnie miejsce z dopingującą ekipą.  Tutaj ogromne podziękowania dla chłopaków, którzy byli już wcześniej w kilku miejscach na trasie, krzyczeli, nagrywali filmiki, dopingowali. Nie wymieniam z imienia, bo na pewno o kimś zapomnę, ale dziękuję, że nas dopingowaliście w tym zimnie, to zawsze pomaga! Jedziemy we dwóch, ja prowadzę. Podjazd zaczynam spokojnie, ale z kolejnymi metrami coraz bardziej podkręcam. W około 2/3 podjazdu Maciek w końcu puszcza. Jest 3km do mety, nie pozostaje nic innego jak szybka jazda w dół do mety. Ostatnie 2km to już łatwy i szybki odcinek, prowadzący minimalnie w dół. Tutaj już nie ma kalkulacji, cisnę ile fabryka dała, co chwilę oglądając się za siebie. Jest bezpiecznie, już wiem, że tylko defekt może zabrać mi zwycięstwo.

Na metę wpadam z czasem 1:35:33, jedynie 17 sekund przed Maćkiem. Jestem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy, bo to dla mnie cenne zwycięstwo. Spodziewałem się, że bycie w rytmie przełajowym sporo mi ułatwi, ale okazało się, że rywale nie śpią. Maciek postawił bardzo trudne warunki i cieszę się, że byłem w stanie podjąć walkę i wyszedłem z niej zwycięsko. Rok rozpoczęty idealnie, teraz trzeba kontynuować dobrą passę :)

2019.01.13 – Janów Lubelski – Biały Kruk MTB

Biały Kruk w Janowie to maraton, który darzę szczególnym sentymentem ze względu na to, że organizuje go fajna ekipa, wkładająca dużo serca żeby impreza stała na wysokim poziomie oraz dlatego, że zwyciężyłem w pierwszej, bardzo zimowej edycji, która była dla mnie debiutem w barwach MetroBikes.pl :)

Ubiegłoroczny maraton odbył się w warunkach mroźnych, ale bezśniegowych, a ja odwaliłem taką akcję na rozgrzewce, że ostatecznie nie stanąłem na starcie i zły wróciłem do domu. W tym roku miał nastąpić rewanż. Organizatorzy zaklepali mi nawet startowy numer 1, co było mega miłym gestem.

Tydzień przed zawodami wracałem z wyścigu w Kurowie i zajechałem na grupowy objazd trasy. Poszło gładko na przełaju, ale stwierdziłem, że jeśli mam walczyć o zwycięstwo to muszę sięgnąć po nowiutkiego górala na sezon 2019. Rower stał już od kilku tygodni złożony, wymagał jedynie zalania kół mlekiem. Nie obyło się bez nerwówki w wieczór poprzedzający start, kiedy to okazało się, że używana opona z ubiegłego sezonu, która miała wylądować na tylnym kole jest rozcięta. Tutaj ogromne podziękowania dla Ryśka, który namierzył wadę i znakomicie sobie z nią poradził :)

Na miejscu pobieram numer, zapoznaję się z początkiem i końcówką trasy. Maraton zapowiada się świetnie, bo jest pełno śniegu, ale nie jest ślisko. Na starcie dużo znajomych: zarówno z Lubelszczyzny jak i grupa z Kielc. Wielu ludzi zagaduje, bo pamięta zwycięstwo sprzed roku, albo inne dobre starty i traktują mnie jako faworyta, mówiąc, że pewnie ja wygram. To miłe i sam bardzo chce zwyciężyć, ale rola faworyta nie jest łatwa i na pewno nie daje komfortu psychicznego na starcie. Zdaję sobie jednak sprawę, że tylko zwycięstwo sprawi, że będę mógł ten wyścig zaliczyć na plus.

Ustawiam się w pierwszej linii z prostym planem: ogień od startu i niech mnie gonią :D Startujemy! Od razu wprowadzam plan w życie, wychodzę na prowadzenie i uciekam. Kilkadziesiąt metrów za sobą widzę Andrzeja, po kilku minutach popełniam błąd i wjeżdżam w śnieg. Ten mnie prawie dogania, ale wracam na właściwy tor jazdy i znowu się oddalam. Kilka kilometrów dalej przewaga robi się już spora, a później już nie widzę za sobą nikogo.

Odjeżdżam jak na pierwszej edycji. Tym razem trasa jest chyba bardziej przejezdna, bo całość da się pokonać bez potrzeby biegania. Skupiam się na płynnej jeździe, ale przez całą trasę daję mocno do pieca, co widać po tętnie (średnio 181 uderzeń na minutę co jest wartością wysoką jak na temperaturę w okolicach zera stopni C.). Udaje się przejechać trasę zaliczając tylko jedną glebę, która wynikła bardziej z dekoncentracji. Na szczęście szybciej się podniosłem niż upadałem.

 

Na ostatnich sześciu kilometrach pojawia się jedna z większych trudności na trasie, czyli wyprzedzanie najwolniejszych zawodników z krótszego dystansu. Wymaga to czasami jazdy nieoptymalnym torem jazdy, ale na szczęście bardzo nie spowalnia, a większość wyprzedzanych zjeżdża wcześniej na bok. Gdy mam jakieś trzy kilometry do mety jestem prawie pewien, że jeśli nie przydarzy się jakiś defekt to zwycięstwo mam w kieszeni. Oczywiście nie zamierzam zwalniać i do samego końca jadę dosyć mocno. Na metę wjeżdżam z czasem 1:10:29 z przewagą prawie czterech minut nad Andrzejem, który jest drugi. To moje trzecie zwycięstwo z rzędu, takiej passy nie miałem nigdy!

Dziękuję Bike Clubowi Janów Lubelski za super wyścig. Po maratonie rozmawiałem z wieloma osobami i każdy bardzo chwalił wysoki poziom organizacyjny i świetną, rodzinną atmosferę. To wyróżnia takie lokalne wyścigi, że tutaj organizatorom się po prostu chce żeby wszystko wypadło dobrze i starają się podwójnie. 166 osób na starcie wyścigu głównego i kolejne kilkadziesiąt na krótkim dystansie to wynik świetny, świadczący o tym, że ten maraton ma spore grono fanów, do którego oczywiście także należę i należałbym nawet gdybym zajął dalsze miejsce! Do zobaczenia za rok, z przyjemnością przyjadę walczyć o kolejne zwycięstwo! :)