2012.07.22 – Zagnańsk – ŚLR

Od weekendu w Sielpi minął ponad miesiąc i zniecierpliwiony jechałem na kolejny maraton ŚLR w Zagnańsku. Zniecierpliwieniu towarzyszyła ciekawość tego w jakiej jestem formie. Od kilku tygodni właściwie w ogóle nie trenowałem, ale wyniki ostatnich wyścigów pozwalały z umiarkowanym optymizmem podchodzić do maratonu w Zagnańsku i dać mi wiarę, że jestem w stanie przejechać Mastera i nie umrzeć na mecie. Z drugiej strony, startowałem głównie w lokalnych wyścigach XC, a to zupełnie inna bajka, dużo krótsza ;)

Do Zagnańska jedzie dosyć duża ekipa z Lublina, w tym siedem osób z Rowerowego Lublina. Ode mnie wyjeżdżamy o 6. (dobrze mieszkać przy wylocie na Kielce, można sobie pospać te kilka minut dłużej :D). W aucie Lucek, Qula, u1, Mrozo i ja, za autem przyczepka z rowerami, przed autem 190km do Zagnańska. W wesołym samochodzie czas mija szybko i po 9 jesteśmy na miejscu. Mimo, że nie muszę to i tak udaję się z chłopakami do biura zawodów przywitać się z organizatorami. Humor mi wybitnie dopisuje, godzinę przed startem zjadam późne śniadanie i leniwie przygotowuję się do wyścigu. Na rozgrzewkę wyjeżdżam dosyć późno, bo 20 minut przed startem. Wjazd do sektora, końcowe odliczanie i startujemy. Po trzech obrotach korby słyszę jeszcze tylko krzyk Lucka: „Grzesiu, nie ma lipy!”. To kontynuacja żartów z podróży i parkingu, więc automatycznie morda mi się cieszy i pozytywnie nastawiony zaczynam wyścig.

Na początku spokojnie, długi odcinek asfaltu, trzymam się nieco z tyłu i nie za bardzo mam ciśnienie żeby pchać się do przodu. Skręcamy w lewo, zaczyna się pierwszy, w miarę lekki podjazd. Peleton dalej jedzie raczej cały, tempo spokojne, ja przeskakuję stopniowo do przodu. Na szutrze jestem już w czołowej 10-15. Tempo mi się podoba, będę mógł się spokojnie rozgrzać i wdrożyć w wyścig. Powoli się rozpędzamy, ale póki co wyścig przypomina bardziej kabaret. Najpierw jeden z zawodników zalicza piękny lot, którego nie powstydziłby się nawet Małysz. Przy prędkości 30-40km/h przelatuje przez kierę, wpada do rowu, ale w taki sposób, że od razu ląduje na proste nogi i wydaje się być gotowy do jazdy. W pierwszej chwili masakra, ale widząc jego telemark o mało co nie pękam ze śmiechu. Jedziemy dalej i widzę, że komuś w zboże lecą narzędzia. „Biedak” myślę, lecz po chwili, ktoś uświadamia mi, że zostałem pozbawiony nowiutkiej dętki i kluczy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, rower w kilka sekund odchudza się o 300 gramów :D Gdyby to był jakiś późniejszy fragment wyścigu to może i bym się zatrzymał, ale szkoda było tracić kontakt z czołówką i gonić już na pierwszych kilometrach. Zatem jedziemy dalej, zaczyna się błoto i kałuże, jest ślisko, tył mi czasem tańczy, ale się nie daję. Pech za to dopada gościa o nicku Punktxtr, który ryje centralnie w błotną kałużę. Mocno po hamplach i jakoś obywa się bez efektu domina. Gość szybko dochodzi czołówkę, ale do końca wyścigu jedzie z darmową błotną maseczką na całym ciele. W międzyczasie rzucam jeszcze do Andrzeja z MayDaya, że jak na kreskę dojdzie grupa to go będę rozprowadzał. Widać, że tekst robi wrażenie, bo na twarzach kilku gości pojawia się dodatkowy banan.

Pędzimy dalej dużą grupą, zaczyna się w końcu trochę bardziej wymagający teren, szybki zjazd po koleinach, trochę piachu. Stawka się rozciąga, momentami trochę zostaję, ale szybko dociągam do głównej grupy i jadę za Andrzejem, Darkiem i Bartkiem. Wjeżdżamy w las, trochę trawy trochę błota, jest coraz bardziej technicznie i ciągle szybko. Aż nagle to ja ryję pięknego klina w glebie i kabaret definitywnie się kończy. Czołówka odjeżdża, ja podnoszę swoje szczątki z błota i pierwszą myślą na temat zaistniałej sytuacji jest ewakuacja najkrótszą możliwą drogą do miasteczka kolarskiego. Kilka metrów za mną leży kolejny zawodnik, wymieniamy wrażenia, przy okazji pyta mnie czy znalazłem klucze i w razie czego oferuje swoje :D Ja oceniam zniszczenia. Podobnie jak w Sandomierzu upadłem na prawy bark. Jednak najbardziej czuję stłuczone biodro i nogi. Oglądam rower: oprócz pionowo sterczącego prawego roga wszystko jest ok. Wsiadam na rower i przez chwilę toczę się powoli, jakoś da się jechać. Mijają mnie kolejni zawodnicy, m.in Kaśka Galewicz. W tym momencie zdaję sobie sprawę z tego, że właściwie to nic mi nie jest i załączam pełną moc :D Szybko dochodzę dwóch zawodników i zawodniczkę. Na zjeździe chłopaki trochę się „trzepią”, ale nie za bardzo mam jeszcze chęci do wyprzedzania, więc kawałek jadę za całą trójką. W końcu Kaśka ich wyprzedza i zaczyna uciekać. Gdy robi się bezpieczniej  i ja przechodzę do przodu, na szybkim zjeździe wyprzedzam Kaśkę, i gonię kolejnych ludzi. Na jednym z łagodnych podjazdów w lesie tracę równowagę na prostej drodze i podpieram się. Ponownie liderka wśród kobiet mnie wyprzedza. Przed przejazdem pod kamieniem odzyskuję pozycję, łykam jeszcze kilku gości i ścigam kolejnych.

Przed pierwszym bufetem widzę dwóch kolarzy, którzy jak mi się wydaje zajeżdżają do stolika na „poczęstunek”. Ja nie mam takiej potrzeby, więc pędzę asfaltem. Ale nie ma lekko, zbyt cwany chciałem być, okazuje się, że trasa skręca tam, gdzie pojechali chłopaki przede mną. Ktoś z obsługi krzyczy za mną groźnym tonem. Odpowiadam z uśmiechem, żeby mnie dodatkowo nie opieprzał, skoro sam sobie zrobiłem źle :D Przez ten manewr tracę kilkanaście sekund, ale w końcu na podjeździe doganiam i wyprzedzam. Robi się coraz trudniej, ale póki co cieszę się z tego. Zjadam banana i jadę swoje. Siadam na kole i wiozę się za szybkim zawodnikiem po szutrowej drodze. Po chwili dochodzimy kolejną grupę. W pociągu jedzie się dobrze, daję długą i mocną zmianę, po której ledwo żyję. Mimo to zostajemy we dwóch, reszta póki co odpada. Długie szutrowe podjazdy wjeżdżam na zagięciu, ale na piekielnie  szybkich zjazdach wychodzę na prowadzenie, mam wrażenie, że jestem na nich szybszy od towarzysza, poza tym tak czuję się bezpieczniej. W końcu strzelam, ale i tak póki co jest nieźle. Długi odcinek jadę solo. Jeszcze przed drugim bufetem wciągam żela. Skutek zerowy, więc jego zakup to był kiepski interes. Za drugim bufetem widzę pościg z tyłu. Mimo to długi czas się nie daję. Mijam jakiegoś dziadka, który liczy ludzi i krzyczy, że jestem 29 open. Wow, jest całkiem nieźle, ale wiem, że najlepsze momenty wyścigu mam już za sobą. Zawodnik za mną momentami jest naprawdę blisko, ale kilka razy mu uciekam. W końcu mnie dopada, siadam na koło, bardzo długo jedziemy razem.

Zaczynają się odcinki przez jeżyny, muldy i tym podobne upierdliwe elementy. Średnio mi to przypada do gustu, ale nie puszczam koła. Po kolejnych kilku kilometrach dochodzi nas pociąg z Kaśką Galewicz. Jest długi i wyboisty podjazd w lesie, przypomina mi się Przesieka (oczywiście wszystko z zachowaniem odpowiednich proporcji). Kobita jest najmocniejsza i zaczyna budować przewagę. Jedziemy w kilkumetrowych odstępach. Przednia przerzutka odmawia wrzucenia najmniejszej tarczy, mięśnie odmawiają posłuszeństwa, jestem bliski skurczów, jest źle. Stopniowo tracę dystans a nie mam nawet jak wyciągnąć magnezu. Grupa odjeżdża, dogania mnie kolejny zawodnik, wiozę się za nim długo, bo jedzie dosyć spokojnym tempem. Krzaczory ogromne, sam chyba miałbym problem ze znalezieniem ścieżki (oczywiście trasa oznaczona ok, ale po prostu „nie zjeżdżona”). Dochodzimy człowieka przed nami i jedziemy we trójkę. Ciągle wyboje, w końcu wyciągam fiolkę z magnezem i jakoś udaje mi się ją otworzyć i wypić. Przed nami bardzo długi, szutrowy podjazd. Widzę przed sobą kilkoro zawodników i próbuję ich gonić, jednocześnie próbując zgubić coraz większy ogon. Udaje się, tuż przed szczytem łapię ostatniego gościa i jest to moja ostatnia zmiana pozycji w tym wyścigu. Później szybko w dół po szutrze i dalej po asfalcie, dwa kilometry do mety, oglądam się za siebie, przewaga jest bezpieczna, kręcę mocno, krótki odcinek terenu, ostatnia prosta i z czasem 3:38:32 wpadam na metę 33. Open i 17. w Elicie.

Uczucia mam bardzo mieszane. Z jednej strony udaje się zająć najlepsze miejsce w tegorocznym sezonie ŚLR, z drugiej strony ostatnie 20km jechałem już na oparach. W dodatku drugi raz w tym sezonie objechała mnie kobieta. Niby nic wielkiego, ale jednak nie jest to powód do dumy. Oprócz miejsca na mecie, do pozytywów tego startu z pewnością zaliczę to, że po raz kolejny udawało mi się walczyć i nie odpuszczać. Kilka razy solidnie się zagiąłem i chyba tylko siłą woli trzymałem koło i wjeżdżałem pod górę. Oby co najmniej tak samo dobrze było pod tym względem na kolejnym maratonie. Co do samej organizacji ŚLR to po raz kolejny z ręką na sercu chwalę organizatorów. Świetna organizacja, na którą składała się bardzo dobrze oznaczona trasa, dobre bufety i tradycyjnie wyborny makaron na mecie. Jedyny minus według mnie to przedłużająca się dekoracja. A chyba zacznę się przyzwyczajać do zostawania na nią, bo Patrycja z Rowerowego Lublina, która debiutowała w ŚLR oczywiście znowu wskoczyła na podium, zajmując drugie miejsce w Elicie kobiet :) Gratulacje! Co do poprowadzenia trasy, do której jak zwykle wiele ludzi ma zastrzeżenia to powiem tak: mimo, ze może nie tak górzyście jak na najbardziej wymagających maratonach z tego cyklu to i tak można się było mocno zmachać, poza tym wszyscy mieli tak samo, więc wygrał i tak najlepszy.

Teraz, ciekaw swojej postawy na trasie z dużo większymi przewyższeniami, czekam już na Suchedniów. Sam nie wiem czy będzie to dla mnie przewaga, czy jednak biorąc pod uwagę słabszą niż zwykle wytrzymałość, będzie to strata. W końcu mniejsza liczba odcinków, na którym można odpocząć na kole, może sprawić, że wystrzelam się jeszcze szybciej i zamiast o sensowne miejsce będę walczył o ukończenie. Póki co największym zmartwieniem jest dla mnie stan barku. Na mecie, gdy byłem w szoku, wydawało się nawet, że jest lepiej niż przed upadkiem. Niestety teraz łapę podnoszę z wielkim bólem i oprócz jazdy na rowerze nie nadaję się ona zbytnio do życia. Na szczęście pozostałe obrażenia nie są tak poważne i gdyby nie strupy to pewnie bym już o nich zapomniał :)