Tag: Zwycięstwo

2021.07.30 – Sabat Gravel

Tak się dziwnie zadziało, że po raz pierwszy od czterech lat wystartowałem w ultramaratonie, w dodatku w wersji gravelowej. Oprócz Mazovii 24h MTB w 2014 brałem udział tylko w szosowych ultramaratonach. O ile do powrotu na trasę Mazovii 24 nie było mi spieszno, tak o gravelowym wyścigu myślałem już od dłuższego czasu. Ultramaratony po długiej przerwie też gdzieś tam w głowie zaczynały się kołatać, więc połączenie ultra i gravelu wydawało mi się idealnym pomysłem. Bogactwo imprez w tym klimacie jest ostatnio wręcz porażające, aż dziw bierze, że tak wiele ludzi przerzuciło się na ultra i gravele. Po zaplanowaniu kalendarza startów na ten rok w szerokim polu zainteresowań znalazły się dwa wyścigi: Brejdak Gravel wokół rodzinnego Lublina, oraz Sabat Gravel wokół Kielc, gdzie od kilku lat mieszkam. Na ten pierwszy wyścig w końcu się nie zdecydowałem, ale gdy data Sabat Gravel była już bliska zacząłem się mocno zastanawiać czy nie czas w końcu na ultragravelowe wyzwanie.

Gdybym sztywno trzymał się zaplanowanego kalendarza to musiałbym ultra w tym roku odpuścić, ale postanowiłem nie startować w MP XCO w tym roku, ani w etapówce MTB w Gorcach. W związku z tym mogłem spokojnie zaryzykować zamulenie nogi przez ultra, zamiast tradycyjnego startu w Biłgorajskim Duathlonie, który odbywał się w tym samym terminie, a który odpuściłem nie bez żalu (do tej pory byłem na wszystkich edycjach). Trasa w Biłgoraju jest jednak za łatwa i sprzyja bardziej biegaczom niż kolarzom, co zawsze na starcie stawiało mnie na straconej pozycji, więc tym razem postanowiłem wystartować gdzie indziej. Na horyzoncie był jeszcze Uphill na Szrenicę, ale ostatecznie szala przeważyła się w stronę ultragravelowania.

W środę przed startem zapytałem Organizatora czy jest jeszcze możliwość wystartowania i okazało się, że mam szczęście, bo zwolniło się jedno miejsce. Znak, hmm? Po chwili spojrzałem w regulamin oraz w datę i zaczaiłem, że maraton nie startuje w sobotę, tak jak pierwotnie myślałem, a w piątek. Jeden dzień mniej na przygotowanie roweru, w dodatku „na tygodniu”. Cały czwartek wahałem się co robić i przyznam szczerze, że w pewnym momencie już nawet odpuściłem. I tutaj ogromne podziękowania dla Anety, która napisała mi prawdę „Jak odpuścisz to znowu będziesz żałował, że nie pojechałeś”. Do tego tuż przed zamknięciem do sklepu wpadł Rysiek, który pomaga mi czasami ze sprzętem. „Jedź, ty lubisz takie rzeczy. Gdzie masz, ten rower, dawaj, zaraz ogarniemy”. Nie miałem wyjścia, w czwartek o 18:30 zapadła decyzja: jadę.

Dostosowanie mojej przełajówki, która ostatni raz była używana w styczniu na MP to też nie było 5 minut. Trzeba było zamontować nową kasetę o większej rozpiętości, nowy łańcuch i nowe opony. Przydały się też w końcu zapasowe koła, które od dwóch lat czekały na swój czas. I tutaj zeszło najdłużej, bo koła nie końca pasowały, ale Rysiek znalazł na to „patent”.  W domu przykręciłem koszyki na bidon i oświetlenie i maszyna była gotowa. Zastanawiałem się tylko czy zabierać ze sobą sakwę podsiodłową czy jedynie plecak. A może samą sakwę? Ostateczną decyzję zostawiłem na rano.

Wieczorem pozostało mi już tylko spakować się i zaplanować pit-stopy na trasie. Miałem plan dojechać między 21 a 23, a że zapowiadał się bardzo słoneczny i ciepły dzień w związku z czym nie było potrzeby pakowania bluzy ani kurtki przeciwdeszczowej. Na wszelki wypadek zabrałem jedynie rękawki. Siadłem przy mapie wyścigu i przeanalizowałem kiedy będę potrzebował zatankować bidony. Rozważałem też camelbaka, ale doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu. Do mostka przykleiłem rozpiskę z nazwami większych miejscowości i kilometrażem, na którym wypadają. Po przeanalizowaniu trasy i spakowaniu się na wyścig zostało niecałe 5h snu. Mało, ale nie takie rzeczy się robiło :)

W dzień startu pobudka o 5:15, śniadanie i o 6:20 wyruszam w drogę. W Mostkach jestem przed 7. Znam to miejsce i kojarzy mi się ono bardzo dobrze, bo kilka razy wygrałem tam wyścig :) Odbieram pakiet, płacę, wszystko bardzo miło i sprawnie. Przebieram się, sprawdzam sprzęt i pozostaje już tylko decyzja co z plecakiem i sakwą. Stwierdzam, że mimo wszystko cięższy plecak będzie mniej denerwujący niż telepiąca się na nierównościach sakwa, dlatego w ostatniej chwili ją demontuję a zawartość przekładam do plecaka. A w plecaku finalnie znajdują się: dwie zapasowe dętki, kilka żeli, batonów i bananów, imbusy, łyżki, pompka i kasa. Do tego izotonik w proszku (sprawdzony BYE, poza tym wystarczy przy braku sklepu zatankować wodę „u chłopa” i gotowe). 7:55 jest już wszystko ogarnięte, wyrobiłem się idealnie :D Ustawiamy się na starcie. Widzę kilka znajomych twarzy, m.in Sebę (Kogiro), Wiktora i Dianę.

Punktualnie o 8 jedziemy! Nie ma się co czarować, od razu wychodzę na czoło i jadę swoje. Pierwszy zakręt przestrzeliwuję, jadąc na pamięć tak jak wiódł maraton. Szybko zawracam i przebijam się znowu na przód. Jedziemy pod górę szutrówką tak jak na zimowych maratonach w Mostkach. Za mną jedzie Kogiro, tempo jest umiarkowane, ale w czubie momentalnie zostaje garstka zawodników. Po kilku kilometrach widzę jednego z chłopaków pochlapanego mlekiem. Okazuje się, że to mleko z opony Kogira. Jednego mniej, szkoda, że akurat padło na ziomka :) Po jednym ze zjazdów zostaje nas już tylko czterech, a po chwili dwóch. Podczas pierwszego odcinka piaszczystego muszę się na chwilę wypiąć, a później przejść przez jakieś krzaki, bo pojechaliśmy w równoległą do trasy drogę, zbaczając kilka metrów z tracka. Ponownie wsiadam na rower, przyspieszam i zaczynam jechać solo. Przewaga rośnie w oczach i od 16 kilometra trasy nie widzę już nikogo za sobą. Większość z blisko 20km najbliższego odcinka prowadzi asfaltami, a tam umiem i lubię przycisnąć, więc powiększam swoją przewagę.

Zostawiam za sobą Bodzentyn i Psary i wjeżdżam na odcinek terenowy, z którego w pamięć zapada zwłaszcza kilkukilometrowa, brukowana prosta w lesie, która jest niezwykle upierdliwa. Większość kolejnego odcinka znam dobrze z szosy i maratonów ŚLR i dopiero za Bielinami (od ok. 63km) zaczyna się bardziej nieznana droga. To szutry w kierunku Złotej Wody. Tam zajeżdżam do restauracji i tankuję szybko jeden bidon, gdyż jest gorąco i ewidentnie nie wystarczy mi płynów do Daleszyc. Szutry w kierunku „Dallas” są super, bardzo szybki odcinek, na którym pod górę jadę z rezerwą, ale gdy tylko droga lekko wiedzie w dół to dokręcam ile tylko jestem w stanie.

Przed wjazdem do Daleszyc (97km) widzę przed sobą kolarza, trochę przyspieszam, okazuje się, że to Paweł „TCWR”, dobry znajomy z Kielc. Podczas wyprzedzania rzucam mu, że będę czekał przy sklepie przed Rynkiem. Tam kupuję wodę i banany i podczas tankowania chwilę rozmawiamy. Kolejny odcinek prowadzi bokiem do Borkowa, Radomic i Morawicy. Później drogi, które w większości znam – głównie z szosy i maratonów ŚLR, ale także z przejażdżki na przełaju.

Od Morawicy (122km) już mocno daje mi się we znaki bolący krzyż. Konsekwencja jazdy w terenie z plecakiem oraz braku ćwiczeń core. W dodatku na tym odcinku zaczyna być mocno odczuwalny czołowy wiatr.  Na 133km czeka przeprawa przez Bobrzę. Trzeba ją pokonać z wodą miejscami za kolana, biorę więc rower na ramię i po chwili jestem już na drugim brzegu. Super orzeźwienie w tak upalny dzień, na pewno jednak nie byłoby tak fajnie gdyby było chłodniej. Kilka kilometrów dalej przejazd koło zalewu w Lipowicy i dojazd do Chęcin. Szosową część tej trasy też znam, więc jedzie się przyjemnie :)

W Chęcinach (141km) zgodnie z planem znowu tankuję bidony do pełna oraz dokupuję bananów, gdyż przez kolejne 70km, aż do Sielpii zapowiada się dzicz bez żadnego sklepu, a wielbłądem zdecydowanie nie jestem i muszę bardzo pilnować jedzenia i picia żeby nie odcięło mi nagle prądu. Za Chęcinami kilka szybkich kilometrów po asfalcie i wjeżdżamy w las. Wygląda on znajomo, ale jazda nie jest tutaj zbyt przyjemna. Odcinek raczej na MTB, podobnie jak późniejsze łąki i piachy. Nie to żebym narzekał, bo idą sprawnie, ale gravel to nie jest, takie jednak polskie realia. Po 150km przeprawa przez Białą Nidę. Wygląda groźnie, bo widać dużo ludzi, którzy pływają w tej rzece i na przejście się ona nie nadaje. Pamiętam jednak, że na trasie mieliśmy brodzić tylko raz, rozglądam się więc dookoła i momentalnie namierzam kładkę po mojej prawej stronie. Przechodzę szybko na drugą stronę i po chwili zaczynam dosyć długi podjazd po twardej drodze. Około 10 kolejnych kilometrów to szutrowe drogi między polami, oddalone od cywilizacji, co zdecydowanie ma swój urok.

Po przecięciu drogi wojewódzkiej Chęciny-Małogoszcz (162km) rozpoczyna się najgorszy odcinek na trasie. Jest bardzo dużo piachu, w dodatku często na podjazdach przez co czasami muszę zsiąść z roweru, gdyż nie ma sensu ugniatać kapusty i mielić w miejscu. Tutaj mogę napisać, że przełożenie 40×32 dobrałem na tę trasę idealnie. Wszystkie podjazdy, które dało się wjechać zostały wjechane, a tam, gdzie było za stromo albo piaszczyście nie pomogłyby nawet dodatkowe 2-4 zęby w górę. Oprócz piachów na wspomnianym, najgorszym odcinku znajduje się też przeprawa przez pole. Droga jest całkowicie zarośnięta jakimś zbożem, bobem, chwastami itd. i nie różni się niczym od reszty pola. 200-300m męki. Niby niewiele, ale jednak daje popalić.  Najgorszy odcinek kończy się ok 186km w Snochowicach i po jego pokonaniu mam już serdecznie dość, dopada mnie lekki kryzys. Jeśli ktoś nie jeździł takich wyścigów to mógłby się na moim miejscu trochę podłamać, ale ja dobrze sobie zdaję sprawę, że takie rzeczy przy takich dystansach są raczej nieuniknione i zachowuję spokój, kręcąc konsekwentnie dalej.

Po 190km dojeżdżam do rezerwatu „Góra Dobrzeszowska”, gdzie ma czekać najstromszy podjazd na trasie. Początek to typowe MTB i przerzucam się na butowanie, ale po chwili trasa się lekko wypłaszcza i decyduję się na jazdę. Lubię jeździć odcinki MTB na przełaju, zwłaszcza trudne, nierówne podjazdy oraz zjazdy, na treningach jest z tego sporo funu. Większość podjazdu mimo twardego przełożenia pokonuję kręcąc, ale zjazd to już porażka. Krzyż boli coraz mocniej, a ogólne zmęczenie jest już na tyle duże, że zamiast mknąć szybko w dół zjeżdżam jakby mnie wystrugali z drewna. Gdy ta katorga się kończy postanawiam na chwilę się zatrzymać i odpocząć, w nogach mam już 192km. Kładę się na trawie w przyjemnym cieniu i dzwonię do Anety, która śledzi online moje poczynania. Po 5 minutach „oddechu” pora wracać na rower. Trzeba jak najszybciej dojechać do Sielpii, gdzie jeszcze przed maratonem planowałem się zatrzymać na jakiś ciepły i niesłodki posiłek.

Ostatnie kilometry przed Sielpią (210km) to bardzo fajne, asfaltowe drogi pożarowe w lesie, na które koniecznie muszę wybrać się szosą. W końcu dojeżdżam w miejsce mojego postoju, kupuję izo w sklepie i szukam restauracji. Równo o godzinie 18 zamawiam posiłek. Dostaję info od Anety, że mam 10km przewagi. Szybka kalkulacja i wychodzi na to, że mam max 25 minut jeśli chcę wyjechać na prowadzeniu. Myję klejące się bidony w łazience, obmywam twarz, leżę kilka minut na ławce i nalewam herbatę żeby przestygła. Przyda się coś gorzkiego, bo jestem już bardzo zamulony bananami i żelami. 18:10 wjeżdża obiad, obsługa się postarała. Staram się zjeść jak najwięcej, ale kończy się na połowie porcji. 18:20 wyruszam na finałowe 70 kilometrów. Nogi kręcą sprawniej, nie wiem czy to rzeczywiście efekt przerwy czy podświadomie chcę jak najszybciej odskoczyć na bezpieczną odległość i ta adrenalina tak mnie niesie.

Na tym odcinku też jest trochę piachów, jednak po minięciu miejscowości Niebo i Piekło sytuacja poprawia się i można trochę przycisnąć. Dobre szutry przeplatają się z asfaltami.  O ile na początku maratonu te asfalty trochę irytowały, bo było ich sporo, tak teraz każdy odcinek twardej drogi jest na wagę złota.  Aneta znowu melduje mi o przewadze. Wygląda na to, że nieznacznie nadrabiam. W miejscowości Szałas (242km) przecinam drogę z Kielc na Odrowąż, biję się z myślami czy uzupełnić bidony czy jednak [nie] ryzykować i próbować dojechać z tym co mam. Postanawiam się nie zatrzymywać i cisnę szybkimi szutrami w kierunku Świniej Góry i Skarżyska. To kolejne odcinki, które znam z maratonów.  Kręci się dobrze, zwłaszcza na szybkich odcinkach w dół jest bajka :)

Dojeżdżam do Jeziora Rejowskiego (262km) w Skarżysku. Te tereny z kolei znam z przejażdżki rowerowej ze znajomymi ze Skarżyska z maratonów ŚLR (Suchedniów, zamierzchłe czasy) oraz ze spaceru z Anetą. Jadę jak u siebie na dzielni. Robi się coraz ciemniej, ale lampkę włączam dopiero kilka kilometrów przed metą. Dostaję informację, że zawodnik za mną dopiero dojeżdża do Skarżyska. Końcówkę mogę jechać więc spokojnie, zresztą ten odcinek też znam bardzo dobrze, z wyścigów w Mostkach. Trzy kilometry do mety wiem już, że nawet jakbym złapał gumę i miał biec do mety to i tak nie ma opcji żeby stracić wygraną. A na końcówce atmosfera imprezowa. Mnóstwo ludzi, namioty przy jeziorze, ciepła noc, super klimat.

Na metę wpadam o 21:07. 279km zrobione w czasie brutto 13:07. Jestem ujechany, bo dawno już tyle godzin nie spędziłem w siodle, ale też niezwykle szczęśliwy ze zwycięstwa. Krótka sesja zdjęciowa, kilka pytań od Organizatorów i wrażeń z trasy na gorąco i idę pod prysznic. Odżywam, zmęczenie trochę puszcza. Wracam na posiłek regeneracyjny, a tam są już dwaj kolejni zawodnicy, którzy na metę przybyli 37 i 48 minut po mnie. Wychodzi na to, że jednak było bezpiecznie, ale od Sielpi do Suchedniowa ten dreszczyk emocji był ;)

Długo wahałem się czy startować w Ultramaratonie*, ale cieszę się, że się zdecydowałem, tym bardziej, że zwyciężyłem. Śmiesznie, bo gravelowy wyścig wygrał gość, który nie ma gravela (startowałem na przełajówce), goli nogi i nie ma hipsterskiej brody. W dodatku jechałem na dętkach a nie na mleku (nie uznaję bęzdętki w rowerach z barankiem), miałem opony 38c i przełożenie sporo twardsze niż 1:1. Nie chcę żeby wyszło, że się spinam, ale prawda jest taka, że jeśli mam przypięty numer i występuje pomiar czasu to celem jest przejechanie całości w jak najkrótszym czasie i na jak najwyższym miejscu. Dlatego też na trasie nie zrobiłem żadnego zdjęcia (tego akurat trochę żałuję, bo momentami było pięknie, ale jeszcze bardziej bym żałował jakbym przez to przegrał wyścig).

*Ultramaraton – trudno zdefiniować kiedy kończy się zwykła jazda a zaczyna ultra, ale jak dla mnie na pewno nie ma mowy o ultra jeśli nie przejechało się przynajmniej jednej nocy. Tym razem po ciemku przejechałem jakieś 15 minut, więc dla mnie ultra to nie było. Cała otoczka imprezy i jej zamysł oraz czasy większości zawodników wskazują, że była to jednak impreza ultra (i to bardzo dobrze zorganizowana), więc w mojej relacji takim określeniem się posługuję :)

Co do wyżej wspomnianej organizacji też czuję się w obowiązku napisać kilka słów i będą one w duchu pochwalnym :) Impreza od początku do końca dopięta na ostatni guzik. Począwszy od ładnej i spójnej identyfikacji wizualnej, przez doskonałą komunikację, ciekawą i fajną trasę (mimo wszystko!), a skończywszy na bardzo sympatycznym, wręcz rodzinnym klimacie! Oczywiście moje wrażenia są spotęgowane tym, że zwyciężyłem, a takie wyścigi zawsze milej się wspomina, ale naprawdę musiałbym być mendą jakbym się do czegoś na poważnie przyczepił. Podsumowując: Organizatorzy Sabat Gravel stworzyli bardzo dobry wyścig, trzymam kciuki, żeby w przyszłym roku frekwencja była kilkukrotnie wyższa, a cała organizacja tak samo dobra jak na pierwszej edycji! Wielkie dzięki!

Podziękowania:
– Anecie – jesteś moim największym kibicem i postaram się żeby na zawsze tak pozostało :) Dziękuję, że mnie namówiłaś na start i byłaś ze mną w kontakcie podczas wyścigu dodając sił i informując o sytuacji na trasie. I dziękuję za wszystko, to dzięki Tobie a nie rowerowi jestem naprawdę szczęśliwy :)
– Ryśkowi – dzięki za namówienie mnie na start i przygotowanie sprzętu. Który to już raz zupełnie bezinteresownie ratujesz mi dupę w ostatniej chwili? :D
– Jackowi – fajnie jest mieć służbowy wyścigowy rower i robotę, w której w czwartek wieczorem dzwonisz poinformować szefa, że jutro musisz zamknąć sklep, bo masz wyścig, nie dodzwaniasz się, a po wyścigu zamiast jęków i marudzenia odbierasz gratulacje i tysiąc złotych premii za zwycięstwo. No dobra, z tym tysiakiem to ściemniam, reszta się zgadza.
– Wszystkim, którzy śledzili relację online – nie wiedziałem, że to może kogoś interesować, fajnie, że trzymacie kciuki :)

2021.06.13 – Żelebsko – Roztocze Epic MTB Maraton

Każdy kto był na Roztoczu, wie, że jest to świetne miejsce, oczywiście także na rower. Z jednej strony można tam fajnie pojeździć turystycznie – cisza, spokój i piękne tereny, a z drugiej to bardzo wymagające trasy pod względem wyścigowym. Tym bardziej, gdy za organizację biorą się osoby mające pojęcie jak taką trasę poprowadzić, a Tomek Knapik i Piotrek Magoch, którzy organizują ten maraton pokazali już w ubiegłym roku, że takie pojęcie zdecydowanie posiadają.

Ja w ubiegłorocznej edycji nie błysnąłem i miejsce 5. Open (3. M3) to była dla mnie porażka. W tym roku bardzo chciałem się odkuć, ale zdawałem sobie sprawę, że będzie jeszcze trudniej, bo konkurencja na liście startowej wyglądała bardzo mocno. To pozwoliło mi trochę ostudzić oczekiwania i do rywalizacji podejść na większym luzie. Ściganie na Pucharze Mazowsza dzień wcześniej nie pozwalało raczej na świeżą nogę, w dodatku 3h doprowadzania roweru  do stanu używalności po jeździe w błocie nie sprzyjało odpowiedniej regeneracji.

Gdy przychodzi czas startu pełne skupienie. Jedziemy, od razu jest szybko. Pilnuję czuba żeby nie zostać już gdzieś na początku. Paweł Kowalski dyktuje tempo, po pierwszych kilometrach zostaje nas już tylko kilka osób. Na dojeździe do kamieniołomu tempo lekko spada i wtedy atakuje Kamil Różalski.  Szybko zyskuje przewagę i znika. Nie mam sił żeby za nim pogonić, ale z drugiej strony nie panikuję, czuję, że nie jest na tyle mocny żeby dojechać na solo.  Współpracujemy we czterech: ja i Paweł Kowalski oraz Krzysiek Gajda i Sławek Skóra. Staram się nie odstawać, ale momentami jest naprawdę ciężko, ściganie dzień wcześniej daje znać o sobie. Przetrzymuję jednak ataki i po pewnym czasie gonimy już tylko we dwóch: ja i Krzysiek.

Przed nami ponad połowa maratonu i jeden uciekinier z przodu. Tempo ciągle idzie mocne, muszę mądrze gospodarować siłami. Dojeżdżamy do odcinka z porzeczkami, organizator prosił nas bardzo żeby nie jechać po polu. Jedziemy więc zarośniętą drogą i jakiś badyl wkręca mi się w przednie koło. Jest 18km trasy, nie ma opcji żebym się zatrzymał, więc do mety będę musiał słuchać jak to wszystko hałasuje.  W końcu przed nami pojawia się Kamil. Gdy go dochodzimy siada nam na koło, ale co chwila trochę zostaje i spawa, trochę go ta ucieczka musiała kosztować. Nie zwalniamy tempa, lepiej żeby nikt nas nie naszedł. Trasa jest bardzo przyjemna, co prawda podjazdy dają w kość i muszę się na nich naprawdę zaginać, ale za to zjazdy świetne. Płynne, szybkie, jak dla mnie łatwe technicznie, poezja. Kamil coraz bardziej zostaje i finalnie na czele zostaje nas dwóch.

Zbliżamy się do singla, który pokonywaliśmy już dzisiaj, na początku było w dół i tam musiałem się mocno spiąć, żeby nie stracić. Nie przepadam za takimi odcinkami, bo jest on dosyć techniczny, ale tym razem jest pod górę, co leży mi trochę bardziej. Jedziemy już bardzo mocno, w dół jechałem akurat za Krzyśkiem gdy goniliśmy Kamila, teraz jadę przed nim gdy uciekamy. Mam wrażenie, że tracimy tutaj bardzo i jakież jest moje zdziwienie gdy po maratonie widzę, że zabrakło mi tutaj 1sek. do KOMa (a w dół mam trzeci czas!). Za singlem zostaje jeszcze około 2,5km do mety.  Zaczynają się lekkie szachy.

Na ostatnim podjeździe jestem już na granicy sił. Szybki zjazd, na dole będzie zakręt w piachu i jakieś 400m do mety. Zjeżdżam pierwszy, daję nogom tę krótką chwilę odpocząć. Wchodzę agresywnie w ostatni zakręt i „teraz albo nigdy”. Na wyjściu rozkręcam fulla, wszystko co zostało jeszcze pod nogą. Dynamicznie, agresywnie. Puścił! Nie wierzę, oddech i poprawiam, żeby nie było żadnych wątpliwości. Jest przewaga, jest bezpiecznie, teraz ostatnie 200m do mety, wiem, że mam to w garści! Jest meta, wjeżdżam z uniesionymi rękami, zwyciężam open! Jestem tak szczęśliwy, że przez endorfiny zupełnie nie czuję zmęczenia. To jest mój dzień, nie wiem czy byłem najsilniejszy, ale wiem, że rozegrałem ten wyścig idealnie taktycznie, przez co zwycięstwo smakuje podwójnie :)

Ogromne gratulacje dla Tomka i Piotrka, bo z terenów wycisnęli maksa.  Organizacja maratonu na piątkę, wszystko zagrało idealnie. Atmosfera wyścigu też bajka: na lokalnych maratonach, gdzie wszyscy się znają zawsze jest inny, o wiele bardziej swojski klimat niż na komercyjnych spędach ze startami sektorowymi ;) Do zobaczenia na kolejnej edycji!

2020.01.26 – Mostki – ŚLR

Ostatni wyścig zimowego sezonu to ŚLR w Mostkach. Rok temu tam zwyciężyłem, dwa lata temu prowadziłem z dużą przewagą, ale przez defekt dojechałem ostatecznie piąty, a na drugi dzień byłem trzeci w duathlonie. Czyli miejsce, które kojarzy się raczej dobrze. W styczniu lekkie odpuszczenie treningów i mini-roztrenowanie, więc nie czułem się zbytnio w gazie i bałem się tego startu. Nie ma jednak odpuszczania, jadę do Mostków walczyć i wiem, że w pełni zadowolony będę tylko po zwycięstwie.

Na starcie kilka mocnych osób, m.in. Jarek Kleczaj czy Rafał Oleś. W związku z tym, że trasa jest szybka i w większości szutrowa to nie ma opcji odjazdu na solo, bo w obecnej formie to zakończyłoby się większą katastrofą niż ostatnio na Białym Kruku. Pozostaje jedynie mądra taktycznie i ekonomicznie jazda.

Start, po asfalcie zaciąga Olo, ja siadam na koło i przed wjazdem w teren wychodzę na czoło. Na szutrówkę wjeżdżamy dużą grupą. W większości na zmianie ja albo Rafał. Po pewnym czasie gdy większość ludzi woli wieźć się na kole odpuszczamy nieco tempo. Po sześciu kilometrach jest skręt w lewo i ostry podjazd singlem. Przyspieszam i wjeżdżam go jako pierwszy, podkręcam tempo. Pęka momentalnie i po kilku chwilach formuje się czteroosobowa czołówka – za mną jedzie Rafał Oleś, Rafał Rymarczyk i Jarek Kleczaj, więc bez niespodzianek. Po odcinku singli wjeżdżamy ponownie na szutry, a następnie wracamy w trudniejszy teren w Rezerwacie Wykus. Tam zaczyna zostawać Rafał Rymarczyk. Za Wykusem ostatecznie odpada od naszej trójki, choć jeszcze przez kilka kilometrów widzimy go za sobą.

Na podjeździe w kierunku Kamienia Michniowskiego  rozpoznawczo podkręcam tempo i widzę, że robi się luka. To dobry znak, ale odpuszczam, bo dzisiaj na pewno nie dam rady uciekać na solo przez 13km, zwłaszcza na długich szutrach byłoby to samobójstwo. 11km przed metą mamy ostatni, długi szutrowy zjazd przed technicznym odcinkiem, na którym może rozstrzygnąć się sprawa zwycięstwa. Wjeżdżam tam pierwszy i jadę swoje. Jakieś 7km przed metą Rafał popełnia błąd i zostaje, kilometr dalej Jarek wychodzi przede mnie, teraz to ja popełniam błąd, bo za późno redukuję bieg w terenie i spada mi łańcuch. Jarek odjeżdża, nachodzi mnie Rafał. Można by pomyśleć, że jest po zawodach, ale ja walczę do końca.

Rzucam się w pogoń, zrywam Rafała, który przez większość trasy dzielnie się trzymał, ale teren w końcówce wybitnie mu nie sprzyja. Jakieś 4km przed metą dojeżdżam do lidera. 1,5km przed metą wjeżdżamy na szutrówkę, którą jechaliśmy na początku maratonu. Droga wiedzie w dół, początkowo jadę na zmianie, ale później chowam się na tył. Tuż przed ostrym skrętem w prawo, 600m przed metą przypuszczam atak, błyskawicznie wyskakuję zza pleców Jarka, na wyjściu z zakrętu poprawiam i cisnę ile fabryka dała. Ostatnia hopka, wjeżdżam, oglądam się za siebie – puścił. Końcowe 300m jadę już pewny zwycięstwa i po 37,1km (1:32:41) melduję się na mecie z 11s. przewagi.

Z dużą niepewnością podchodziłem do tego wyścigu. Przez ostatnie trzy tygodnie prawie nie jeździłem – średnio 4,5h i 90km tygodniowo. Przyczyny były różne, nie miałem ciśnienia żeby pozostawać w rytmie treningowym, głowa chyba musiała trochę od tego wszystkiego odpocząć, organizm niekoniecznie – zmęczony absolutnie nie byłem i nie jestem. Chciałem się sprężyć jeszcze na ten jeden wyścig. W związku z szybką trasą musiałem obrać odpowiednią taktykę i odpowiednio gospodarować siłami. Plan zrealizowałem w stu procentach i pod tym względem był to jeden z moich lepszych wyścigów w życiu. Jestem szczęśliwy, że mocnym akcentem zakończyłem ten bardzo dobry sezon zimowy. Roztrenowanie chyba już za mną, po trzech tygodniach nicnierobienia czas wrócić do regularnych treningów, bo pierwszy wyścig letniego sezonu już za dwa miesiące. Zleci w mgnieniu oka :)

2020.01.05 – Kielce – ŚLR

Na pierwszy wyścig w 2020 roku nie musiałem jechać daleko, bo zaledwie 4km na kielecki stadion lekkoatletyczny, skąd startował zimowy maraton ŚLR. Nastrój bojowy, czułem się nieźle i interesowało mnie tylko zwycięstwo.  Kilka dni przed startem przejechałem mały fragment trasy, część trasy znałem, ale sporej części nie objechałem, a nie chciałem tego robić w ostatniej chwili żeby nie ubić nogi.

W dzień startu temperatura ujemna, więc przynajmniej nie będzie wielkiego błota. Zapoznaję się z początkiem i końcówką trasy i wiem, żeby mimo wszystko nie ubierać się zbyt ciepło. Na starcie 77 osób, całkiem sporo. Plan na wyścig jest prosty – odjechać solo na pierwszym podjeździe. Najbardziej mogą mi w tym przeszkodzić Maciej Ściga i Patryk Kowalski.

Startujemy o 11. Od razu wychodzę na czoło i próbuję lekko naciągnąć grupę. Niestety idzie opornie i ogon jest spory. Na pierwszym podjeździe jadę trzeci. Przede mną Patryk oraz jeden z zawodników, których nie kojarzę – Robert Kozłowski. Ten drugi nawet odjeżdża na kilkanaście metrów, ale dochodzimy go i przez pierwszych kilka kilometrów jedziemy we trzech pierwsi. Po ponad 11km na zjeździe jestem już tylko z Patrykiem i na końcu zjazdu singlem po Wołowych Trasach przestrzeliwujemy trasę tracąc na tyle dużo czasu, że Robert oraz Maciek Ściga nas przechodzą. Patryk na szlak wraca trochę szybciej, bo zawrócił pierwszy, ja jestem z tyłu i gonię czołową trójkę. Patryka i Roberta nachodzę po kilku minutach, widzę też Maćka z przodu, ale nie jestem w stanie dospawać. Wkrótce Maciek ucieka na tyle, że tracimy go z oczu.  Cisnę ile się da, ale wygląda na to, że sytuacja robi się naprawdę nieciekawa.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Grzegorz Mazur (@grzegorzmazurpl)

 

Gdy dojeżdżamy do zjazdu z Góry Kolejowej widzę Maćka, który jest na dole. Jest jeszcze szansa. Zjazd jest dla mnie za trudny technicznie, zbiegam. Tam chyba zostaję już tylko z Patrykiem. Za drugim bufetem, po około 18km zaczynam mu odjeżdżać na niezbyt stromym, ale piaszczystym podjeździe, a później na zjeździe. Dystans do mety coraz mniejszy i nie ma już co kalkulować, trzeba gonić. Niecałe 9km przed metą, na długiej prostej ponownie widzę przed sobą Maćka. Nie podpalam się na jakieś błyskawiczne zmniejszenie kilkusetmetrowej straty tylko konsekwentnie trzymam solidne, mocne tempo.  Na początku podjazdu po Kamienną strata jest już naprawdę mała, około 20 sekund. Kilkanaście metrów przed szczytem dojeżdżam do rywala. Od razu wychodzę na czoło, od szczytu jest niecałe 4,5km do mety, próbuję odjechać na zjeździe, ale Maciek zjeżdża bardzo dobrze.

Zostaje finałowy podjazd stromą i techniczną granią. Ostatnie miejsce z dopingującą ekipą.  Tutaj ogromne podziękowania dla chłopaków, którzy byli już wcześniej w kilku miejscach na trasie, krzyczeli, nagrywali filmiki, dopingowali. Nie wymieniam z imienia, bo na pewno o kimś zapomnę, ale dziękuję, że nas dopingowaliście w tym zimnie, to zawsze pomaga! Jedziemy we dwóch, ja prowadzę. Podjazd zaczynam spokojnie, ale z kolejnymi metrami coraz bardziej podkręcam. W około 2/3 podjazdu Maciek w końcu puszcza. Jest 3km do mety, nie pozostaje nic innego jak szybka jazda w dół do mety. Ostatnie 2km to już łatwy i szybki odcinek, prowadzący minimalnie w dół. Tutaj już nie ma kalkulacji, cisnę ile fabryka dała, co chwilę oglądając się za siebie. Jest bezpiecznie, już wiem, że tylko defekt może zabrać mi zwycięstwo.

Na metę wpadam z czasem 1:35:33, jedynie 17 sekund przed Maćkiem. Jestem zmęczony, ale bardzo szczęśliwy, bo to dla mnie cenne zwycięstwo. Spodziewałem się, że bycie w rytmie przełajowym sporo mi ułatwi, ale okazało się, że rywale nie śpią. Maciek postawił bardzo trudne warunki i cieszę się, że byłem w stanie podjąć walkę i wyszedłem z niej zwycięsko. Rok rozpoczęty idealnie, teraz trzeba kontynuować dobrą passę :)