Tag: Podium

2013.05.30-2013.06.02 – Gwiazda Mazurska

2013.06.02Już od dawna chciałem pojechać na jakąś etapówkę, ale wydawało się, że w tym sezonie już nic z tego nie wyjdzie. Propozycja wyjazdu pojawiła się niespodziewanie podczas puławskiego Czempionatu, gdzie Arek z Robertem szukali zawodnika do drużyny i złożyli mi propozycję nie od odrzucenia. W tym roku odbywała się piąta edycja Gwiazdy Mazurskiej, wyścigu organizowanego przez Cezarego Zamanę. Ja już dawno odpuściłem płaskie maratony i od 2009 roku nie ścigałem się w Mazovii, ale w ramach treningu i odmiany od górskiego ścigania postanowiłem pojechać i spróbować swoich sił na wyścigu etapowym.

Prolog – Indywidualna jazda na czas – Szczytno – 4,7 km

Na czwartkowe popołudnie zaplanowany był prolog – indywidualna jazda na czas dookoła jeziora w Szczytnie. Trasa liczyła 4,7km, w całości po kostce brukowej. W ramach rozgrzewki dokładnie zapoznaliśmy się z pętlą, objeżdżając ją kilka razy. Nabiliśmy sporo powietrza w opony i ustawiliśmy się na starcie, gdzie co 30 sekund startowali kolejni zawodnicy, według kolejności zgłoszeń. Jako, że byliśmy jednymi z pierwszych zapisanych to wyruszyliśmy wcześnie, dobrze rozgrzani i mający świeżo w pamięci każdy zakręt trasy. Spośród naszego teamu startowałem ostatni i goniłem Arka, który wystartował bezpośrednio przede mną. Zacząłem mocno, pierwsza część była z wiatrem i bez problemu można było utrzymywać prędkość bliską 40km/h. Po nawrocie nie było już tak łatwo, gdyż wiało prosto w twarz i trzeba było się bardzo starać, żeby jechać powyżej 30km/h. Mocno pochylony na kierze starałem się dogonić Arka, ale to się nie udało. Doszedłem za to Piotrka, czwartego zawodnika naszego teamu, który wystartował jako pierwszy z nas i z powodu problemów technicznych nie miał szans na dobry wynik. Mój czas 8:02, najlepszy z drużyny, okazał się 24. czasem tego dnia i 3. w kat. M2, co było dla mnie ogromnym, oczywiście bardzo miłym zaskoczeniem :) Po dekoracji zawieźliśmy pierwszy puchar na kwaterę i zgodnie ze zwyczajem chłopaków, którzy na Gwieździe byli już czwarty raz, ustawiliśmy go na samym brzegu telewizora, żeby zrobić miejsce na kolejne trofea.

I Etap – Jedwabno – 53 km

Po prologu to dopiero etap w Jedwabnie miał pokazać na ile mocna jest stawka. Po dobrej czasówce ja, Arek i Robert startowaliśmy z pierwszego sektora, niestety popełniliśmy szkolny błąd ustawiając się gdzieś w jego połowie. Zaważyło to na przebiegu całego maratonu, bo wąski początek mocno rozciągnął stawkę i trzeba było gonić czołówkę. Mimo wiatru na odkrytym terenie udało mi się dobić gdzieś do końcówki pierwszej grupy, ale zmęczenie pogonią było tak duże, że długo się tam nie utrzymałem i spłynąłem na niższe miejsce. Po kilkunastu kilometrach uformowała się nas trzyosobowa grupka, w której tempo było bardzo mocne a współpraca układała się wyśmienicie. Niestety, na 33. km w moją tylną przerzutkę uszkodził jakiś patyk. Chłopaki pojechali dalej, a ja przekonany, że to już koniec jazdy zatrzymałem się ocenić szkody. Na szczęście dałem radę w miarę szybko doprowadzić wygięty wózek do stanu używalności, prostując go rękami, ale straciłem na to na pewno ponad minutę. Jednak oceniając na chłodno to bardzo niewielka strata, gdybym zrobił jeden obrót korbą więcej załatwiłbym mojego Srama na amen i resztę Gwiazdy miałbym z głowy. Gdy wróciłem na trasę złapałem się do kolejnej trzyosobowej grupki, niestety jazda szła słabiej, a zmiany dawaliśmy tylko we dwóch. Na około 1,5km przed metą postanowiłem zaatakować na niewielkim wzniesieniu, oderwałem się od grupy i samotnie wjechałem na metę. 53 km pokonane w 2:00:47 i 22 miejsce na etapie to nie jest to, na co liczyłem przed startem. W dodatku okazało się, ze awaria kosztowała mnie miejsce na podium (do trzeciego miejsca straciłem tylko 50 sek.), przez co do końca dnia miałem podły nastrój. Robert z Arkiem także nie mieli powodów do zadowolenia, Robert podobnie jak ja, zajął 4. miejsce w kategorii a Arek czuł się podczas jazdy bardzo słabo i ostatkiem sił dojechał do mety.

II Etap – Purda – 50,5 km

Przed sobotnim, 50km etapem w Purdzie nastroje w drużynie były bojowe. Ja traciłem tylko 17 sekund w generalce do III miejsca w M2, Robert natomiast był tylko sekundę od podium w M4, Arek też czuł się trochę lepiej, więc zapowiadała się walka. Celem na ten dzień były co najmniej dwa puchary za etap i wskoczenie na podium w generalce. Tym razem już nie popełniliśmy błędu i na starcie ustawiliśmy się na początku sektora. Pierwsze kilometry upłynęły pod znakiem jazdy w pierwszej grupie, później czołówka odskoczyła a ja z Robertem zostaliśmy w sporej grupie pościgowej. Dobrym znakiem był brak mojego bezpośredniego rywala do trzeciego miejsca w generalce, który przy wjeździe w poważniejszy teren został z tyłu. Z czasem grupa pościgowa także się porwała i ostatecznie zostaliśmy we trzech. Współpraca układała się świetnie i 2-3 km przed metą dogoniliśmy trzech zawodników. Na końcówce tempo spadło, spróbowałem zmobilizować kolegów to mocniejszej jazdy, ale tylko jeden postanowił przyspieszyć, a właściwie rozpoczął długi finish. Jedynie ja utrzymałem tempo i na metę wpadłem tuż za nim z czasem 1:56:49, 13. open i 3. w kat. M2 i z przewagą 2:55 nad czwartym zawodnikiem w M2, dzięki czemu wskoczyłem na trzecie miejsce w generalce. Robert także zrealizował plan i na telewizorze wylądowały kolejne puchary, oczywiście ustawiliśmy je po lewej stronie :)

III Etap – Nidzica – 42 km

Po płaskich i banalnie łatwych etapach w Jedwabnem i Purdzie w niedzielę przyszedł czas na finał na dużo ciekawszej trasie w Nidzicy. Założenia były proste: utrzymać miejsca na podium w generalce i powalczyć o pudło na etapie. Pierwsze kilometry po starcie trzymam się w czołówce, trasa wiedzie najpierw lekko pod górę, później z góry, mimo ścigania w poprzednich dniach jedzie mi się bardzo dobrze. Na pierwszej przeszkodzie grupa się nieco rwie, jadę niedaleko za Robertem, ale przestrzeliwuję zakręt i tracę dystans, dogania mnie Tomek Kowalski, z którym walczę o trzecie miejsce w generalce M2. Z Tomkiem na plecach doganiamy w końcu Roberta, z którym jedzie Tomek Posadzy, który w generalce M4 ma taki sam czas. Grupę uzupełnia Przemek Sadło, z którym przejechałem większość poprzednich etapów. Jedziemy po zmianach mocnym tempem i pilnujemy się na wzajem. Na interwałowych odcinkach Tomek trochę zostaje, niestety chłopaki na zmianie nie podkręcają tempa i nie udaje się go urwać. Ja z kolei mam problem na jednym odcinku błotnym i o mało co nie odpadam, udaje się jednak dogonić grupę i dalej do mety już jedziemy razem. Najmocniejsze zmiany daje Przemek, któremu noga tego dnia zdecydowanie podaje. 3km przed metą, na szutrowym podjeździe decyduję się zaatakować. Zyskuję kilkadziesiąt metrów przewagi i pędzę szybko w dół, niestety chłopaki mnie dochodzą. Tomek momentalnie robi poprawkę, z ogromnym trudem dochodzę i siadam na koło, przed wjazdem na asfalt tempo spada, po wyjściu z zakrętu decyduję się na kolejny skok, ale tym razem prawie od razu mam wszystkich na kole, idzie kolejna kontra, pół kilometra do kreski, nie mam sił żeby odpowiedzieć. Grupa tnie się do samego końca, ja wjeżdżam 10 sekund za nimi, 42km, 1:43:53, 17. open i 5. w M2. Jestem niesamowicie zmęczony, ale także ogromnie szczęśliwy, bo wiem, że obroniłem trzecie miejsce w generalce M2, wyprzedzając o 2:27 Tomka Kowalskiego. W generalce open jestem 15. Robert dzięki finishowi wyprzedził w generalce o sekundę Tomka Posadzy i zajął 2. miejsce w M4 i 9. open. Drużynowo jako CST Merida Big Nine Rajders zajmujemy czwarte miejsce.

Start w Gwieździe Mazurskiej wypadł nadspodziewanie dobrze. Trzecie miejsce w generalce i dwa trzecie miejsca na etapach cieszą mnie bardzo i dosyć pokaźnie wzbogacają moją półkę z trofeami. Zdobyłem także kolejne cenne doświadczenie kolarskie. Jazda w etapówce to zupełnie inna rzecz niż klasyczne maratony, dochodzi więcej kalkulacji taktycznych, trzeba także radzić sobie ze zmęczeniem. Akurat w moim przypadku regeneracja następowała zadowalająco i nie miałem na kolejnych etapach uczucia jakiegoś nadzwyczajnego zmęczenia nóg. Cieszy mnie to nie mniej niż zajęte miejsce :) Co do organizacji to Mazovia jak to Mazovia, szału nie ma, ale na Gwieździe atmosfera była jakby dużo milsza niż zazwyczaj. To pewnie kwestia tego, że dla wielu zawodników był to rodzinny wyjazd, połączony ze ściganiem i to na pewno było widać. Zdecydowanie na plus bardzo dobre oznaczenie tras, bufety na mecie i szybkie dekoracje. Dopisała także pogoda. Na minus należy zdecydowanie nudne i mało wymagające etapy, brak myjek po błotnym etapie w Nidzicy oraz brak nagród, które otrzymali jedynie zwycięzcy generalki w kategorii open. Jak na tak dużą i rozpoznawalną imprezę to po prostu śmiech na sali. Na koniec pragnę podziękować Arkowi i Robertowi, którzy namówili mnie na start w Gwieździe Mazurskiej oraz Piotrkowi, czwartemu zawodnikowi drużyny i jednocześnie sponsorowi naszego startu :) Podziękowania także dla reszty ekipy, z którą spędziłem długi weekend, oraz dla operatorów komórkowych, dzięki którym możliwe było spędzenie kilku dni praktycznie bez Internetu. Taka przymusowa przerwa w dostępie do Sieci to niezwykle ciekawe doświadczenie, dobrze, że są jeszcze miejsca, do których nie dotarły wszystkie osiągnięcia naszej cywilizacji :)

2012.10.13 – Puławy – XC

Na ostatni wyścig z cyklu GP Puław jechałem niezwykle zmotywowany, pełen chęci do walki o dobry wynik. Na miejsce dotarłem z Mikołajem i Sebastianem, przyszykowałem sprzęt i pojechałem na trzy rozgrzewkowe okrążenia po trasie zawodów. Z powodu typowo jesiennej pogody i niskiej temperatury, podobnie jak większość kolarzy, na start udałem się w długich spodenkach i bluzie. Przed nami 8 okrążeń po około 2,8 km.

Jedziemy razem z sąsiednimi kategoriami wiekowymi, ustawiam się koło Brania i punktualnie o 11 startujemy. Jest trochę ciasno i tuż po komendzie Branio mnie przyblokowuje, przez co znowu ruszam z opóźnieniem i gonię. Jeszcze przed wjazdem do lasu odzyskuję kilka pozycji, w lesie wyprzedzam Mikołaja, ale później przez kilkaset metrów trudno cokolwiek zdziałać i jedziemy jeden za drugim. Przed najbardziej stromym podjazdem wyprzedzam jeszcze jednego zawodnika i mielę pod górę. Na podjeździe wyprzedzam 2-3 zawodników, którzy wybrali zły tor jazdy i muszą podbiec. Na szczycie widzę, Tomek Siewierski przestrzelił zakręt i próbuje wrócić na trasę. Zjeżdża tuż za mną, na dole go przepuszczam i znowu ostro kręcę pod górę. Po pierwszej pętli jestem czwarty w kategorii i walczę głównie o pozycję open z Majem i Pyzikiem. Ten pierwszy w końcu odjeżdża, a drugi mnie dogania i przed długi czas wiezie się na kole i nie mogąc mnie wyprzedzić kilka razy ścina trasę jadąc gdzieś po krzakach i skracając. Żenada po prostu, koleś niby mocny, ale jak się okazuje cwaniak i cham. Co chwilę widzę przed sobą jednego z juniorów, którego próbuję dogonić i z okrążenia na okrążenie jestem coraz bliżej. W końcu dochodzę go czwartym kółku na najtrudniejszym podjeździe, ale na zjeździe blokuje mi się łańcuch w okolicach tylnej przerzutki i kasety. Muszę się zatrzymać żeby naprawić awarię. Tracę przez to około pół minuty, w tym czasie wyprzedza mnie Pyzik, Karcer i Janusz z Orzły Lublin Tim.

Karcera i Janusza dochodzę i wyprzedzam na następnym okrążeniu, ale Pyzik jest ciągle jakieś 20-30 sekund przede mną. Jestem wkurzony na gościa i postanawiam za wszelką cenę go dogonić. Coraz bardziej się zaginam i systematycznie zmniejszam stratę. W międzyczasie widzę Kamila, który ma defekt, w tym momencie kończą się jego szanse w walce o zwycięstwo w generalce a ja awansuję na trzecie miejsce w stawce dzisiejszego wyścigu (czego aż do mety nie jestem pewien, gdyż nie znam wszystkich zawodników i nie wiem w jakich kategoriach wiekowych jadą). Pyzika dochodzę na ostatnim okrążeniu, znowu kluczowy okazuje się stromy podjazd, który ja pokonuję jak w zegarku a on od połowy podbiega. Po wyprzedzeniu jeszcze podkręcam tempo, chociaż sił już prawie brak, wyrabiam sobie bezpieczną przewagę i wiozę ją do mety, na którą wjeżdżam z czasem 1:04 i średnim tętnem 187 bpm. Tam dopytuję sędziów o moją pozycję i gdy okazuje się, że jestem trzeci zmęczenie znika z mojej twarzy a jego miejsce zajmuje ogromny uśmiech :D Przed wyścigiem po cichu liczyłem na podium w GP Puław i w końcu mi się to udało. Po pechu w Nowej Dębie, tym razem to do mnie uśmiechnęło się szczęście. A ile musiałem na nie pracować są w stanie powiedzieć Ci, którzy mnie widzieli na mecie, gdy lało się ze mnie jak w lecie a z bandamki spod kasku można by wykręcić niezłą kałużę.

Dobrą postawą w ostatnim wyścigu udało się awansować na piąte miejsce w generalce tegorocznego GP Puław MTB. Nie jest to może szczególnie imponujące osiągnięcie, ale to kolejny miły akcent pod koniec tego sezonu. Dekoracja wyścigu była bardzo fajnym przeżyciem, jeśli terminarz dopisze to za rok postaram się wskoczyć na pudło w generalce. Może się to wydawać bardzo mało realne, ale wierzę, że dzięki mądremu podejściu do treningów i ciężkiej pracy jestem w stanie tego dokonać :) Na koniec gratulacje dla zwycięzców wszystkich kategorii i serdeczne podziękowania dla PTKKF Puławy za organizację tego kultowego w lubelskim środowisku MTB cyklu :) Wstążki na drzewach oznaczające trasę, starty z zaskoczenia, ogromne numery startowe, sędziowie w lesie pokazujący trasę i niepowtarzalna atmosfera to rzeczy, na które będę czekał całą zimę :D

2012.10.06 – Drzewce k. Nałęczowa

Kolejny z cyklu nieplanowanych wyścigów to „turboogór”  w Drzewcach k. Nałęczowa, organizowany przez Cisowiankę. Dowiedziałem się o nim niecałą dobę przed startem i w przyspieszonym trybie zacząłem doprowadzać rower do stanu używalności. Ostateczna decyzja o starcie zapadła późnym popołudniem, ale skoro rower był już sprawny, a ja czułem się dobrze to nie było co dłużej się zastanawiać, tylko jechać powalczyć, tym bardziej, że wyścig tylko 25 km od domu :)

Rano pobiłem wszelkie rekordy i na miejscu start byłem pierwszy. Aż ciężko było uwierzyć, że za nieco ponad godzinę ma się tam rozpocząć jakiś wyścig. Pojechałem więc na spokojnie zobaczyć pierwszy fragment trasy i przy okazji kupić banany na śniadanie. Gdy wróciłem zaczęli się zjeżdżać pierwsi zawodnicy, m.in. Przemo i Marcin. Po przebraniu w kolarskie ciuchy popedałowaliśmy zapoznać się z jedynym terenowym odcinkiem na 7,5 km pętli. Było to ok 300 m podjazdu tuż przed końcem rundy. W związku z tym Przemo zdecydował się wystartować na szosówce (cwaniak przywiózł dwa rowery :D).

Rozgrzewkę postanowiłem zrobić indywidualnie. Pierwsza prosta po starcie liczyła jakieś 400 m lekko pod górę i świetnie się do tego celu nadawała. Po kilkukrotnym pokonaniu podjazdu udałem się w kierunku startu, gdzie rozgrzewali się pozostali zawodnicy, m.in. Przemek i Maciek z Puław, którzy także przyjechali na szoskach. Na pierwszy rzut oka było widać kto dziś powinien zająć pierwsze dwa miejsca, postanowiłem więc powalczyć z Przemem o pudło, choć na pierwszy rzut oka wydawało się to raczej niemożliwe. Ustawiamy się na linii startu, w ostatniej chwili ściągam nogawki i jedziemy!

Wpinam się szybko, ale startuję jakoś ospale. Daleko przed sobą widzę Przemka, który długo czeka na Cytrynę, żeby cisnąć we dwójkę. Do mnie doskakuje Przemo, któremu siadam na koło, ale w połowie podjazdu wyprzedzam i za wszelką cenę próbuję dospawać do puławskiej dwójki. Po pierwszym skrzyżowaniu się to udaje, Przemo zostawiony, ja na kole za chłopakami, dokładnie o to chodziło :) Tempo jest mocne, zaginam się, ale o ile po płaskim jeszcze góralem da się nadążyć za szosówkami to pod górkę nie jest to już takie łatwe i przed kolejnym skrzyżowaniem odpadam. Mam za to niewielką przewagę nad Przemem i staram się ją utrzymać, kręcę mocno, ciągle widzę liderów. Przemo jednak w końcu mnie dochodzi, siadam mu na koło i spokojnie trzymam narzucone tempo. W zakręt przed najtrudniejszym podjazdem na trasie wchodzę pierwszy, chwilę tak jadę, ale Przemo szybko zmienia mnie na prowadzeniu. Na podjeździe postanawiam zaatakować. Staję na pedały, kilka mocniejszych przekręceń korbą i o dziwo Przemo zostaje. Podkręcam więc tempo i próbuję wyrobić sobie jak największą przewagę jeszcze przed wjazdem w teren. W końcu ostatni zjazd i z impetem wpadam w offroad. A tam najpierw widzę Przemka, który złapał gumę i prowadzi rower a kilkanaście metrów dalej Cytrynę, który na szosówce walczy z podjazdem po ziemi i kamykach. Mam go jak na wyciągnięcie ręki i próbuję jak najszybciej dogonić, ten jednak radzi sobie zaskakująco dobrze. Sprężam się i na szczycie, przed wjazdem na kostkę, jestem tuż za nim. Niestety na twardym Maciek szybko odskakuje i jest te kilka metrów przede mną.

Początek drugiej pętli, kręcimy na podjeździe, na którym się rozgrzewałem, na szczycie mam kilkanaście metrów straty, ale za to kilkaset metrów przewagi nad Przemem, który dopiero co zaczyna podjazd. Ciągle jadę mocno, walczę z silnym wiatrem. Właściwie od początku drugiej rundy wyścig przeradza się w indywidualną jazdę na czas. Ciągle mam w zasięgu wzroku Maćka, a na długich prostych widzę także za sobą Przema. Często kładę się na kierze jak czasowiec i gnam ile tylko jest pod nogą. Tętno ciągle nie schodzi poniżej 190 bpm. Jadę drugi, mam 25 sekund straty do lidera i około minutę przewagi nad trzecim Przemem. Znowu stromy podjazd, staram się trochę odrobić, ale Maciek jest mocny. Wjeżdżamy w teren, staram się wykorzystać te jedyne 300 metrów na których mam przewagę sprzętową, ale jednak na szczycie brakuje kilka metrów by złapać się na koło. Spoglądam w dół i przynajmniej Przemo jest daleko i wiem, że już mi raczej nie zagrozi. Na ostatniej pętli dalej widzę Maćka przed sobą, ale strata około 25 sekund się utrzymuje. Ostatni podjazd, atakuję ile tylko sił, dubluję najwolniejszych zawodników, ale mam za mało siły, żeby doskoczyć. Po wjeździe w teren widzę, że nijak nie będę pierwszy, ale zwalniam tylko nieznacznie. Z czasem 44:07, średnią 32,64 km/h i 28 sekundami straty do zwycięzcy wjeżdżam na metę wyścigu. Pulsometr pokazuje średnie tętno 189 bpm. Zaginka prawie jak na trenażerowej czasówce :D Jestem mega zadowolony, że udało się w końcu wjechać na podium, jadę się rozjechać i przebrać, żeby spokojnie czekać na dekorację.

I tutaj następuje totalne zaskoczenie. Wyścig zapowiadany w gazetach, profesjonalny pomiar czasu z chipami, duża firma (Cisowianka), organizująca imprezę a tu cała obsługa się zbiera do domu. Po kilkunastominutowym  oczekiwaniu wywieszają tylko listę z wynikami i oznajmiają, że na tym koniec. Szok, totalny szok. Nie będzie żadnej dekoracji, żadnego podium, nawet symbolicznej zgrzewki wody jako nagrody. Nic! Kompletnie zaskoczeni, pakujemy się do samochodów i odjeżdżamy każdy w swoją stronę. Zakończenie imprezy, jakiego na pewno się nie spodziewałem, nawet na tak amatorskiej i niszowej imprezie,ale akurat nie to jest najważniejsze. Liczy się przede wszystkim dobrze pojechany wyścig i dobre miejsce na podium, którego zresztą nie było . To nie pierwszy ogór, który mnie totalnie zaskoczył i pewnie nie ostatni. Jak to ogór :D

2012.07.01 – Urzędów – XC

Po wyścigu na lubelskim Bike Parku dzień wcześniej oraz po weselu (ale za to po prawie siedmiu godzinach snu) wstaję przed dwunastą i migiem zbieram się na wyścig do Urzędowa. Jadę z Tomkiem, początkowo nie do końca przekonany o tym czy decyzja o starcie jest słuszna. No ale jak już się jedzie na wyścig no to się trzeba ścigać! Dojeżdżamy pół godziny przed startem jego kategorii, ja mam jeszcze blisko 1,5 h. W tym czasie zmieniam oponę, bo dzień wcześniej spod przedniego Geaxa wyszła dętka. Idzie to opornie, ale idealnie wyrabiam się ze wszystkim.

Szybka rozgrzewka i jestem gotowy. Ponieważ musiałem odjechać na chwilę w ustronne miejsce o mało nie spóźniam się na start. Na szczęście pół minuty przed wyścigiem, gdy wszyscy już stoją na linii podjeżdżam i ustawiam się z przodu. Jedziemy! Na początku kilka ostrych, ale przyjemnych zakrętów na Rynku, wjazdy i zjazdy z małych z schodków, szybka prosta, podjazd po kładce, zjazd ze schodów, przejazd między drzewami i jesteśmy na łące. Tam kilkaset metrów po patelni. Jest grubo ponad trzydzieści stopni, pot cieknie z czoła, większość zawodników potwornie narzeka, ale jeśli chodzi o mnie to pogoda jest mistrzowska, moja ulubiona.

Po łące krótki podjazd i powrót do centrum miasteczka, tam natomiast dwa świetne zjazdy po schodach. Pierwsze trzy pętle to walka przede wszystkim z organizmem, dopiero w drugiej kolejności ucieczka przed Mikołajem a później pogoń za nim i Lukasem. Na szczęście nie podpalam się, wiem, że 14 okrążeń to długi dystans i czas będzie pracował na moją korzyść. Na czwartą pętlę wjeżdżam dziesiąty open (jedziemy razem z Orlikami). Siedzę na kole Mikołajowi, Lukas jest przed nami. Przejeżdżamy tak przez Rynek, później przez łąkę i Mikołaj minimalnie zaczyna mi uciekać, ale po kolejnym wjeździe do miasteczka widzę, że wyścig się dla niego skończył. Łapie gumę i rzuca do mnie krótkie „tym razem ja”. Pędzę dalej i gonię Lukasa, którego łapię na następnej pętli. Teraz moim celem jest Hubert z LKKG. Dochodzę go na łące i wiozę się kawałek za nim, zostawiając miejsce Olkowi i Tomkowi, którzy nas dublują. Kolejne dwie pętle tasujemy się, ale w końcu odjeżdżam i uzyskuję bezpieczną przewagę. Na łące na ostatnim kółku widzę przed sobą Lukasa. Zaginam się żeby założyć mu dubla. Udaje się, tuż przed rynkiem łykam go i jestem mega zadowolony.

Wjeżdżam na metę siódmy open i jak się później okazuje trzeci w Elicie. „Jak się później okazuje”, bo zupełnie nie spodziewałem się, że mogę być trzeci i nawet nie sprawdzałem wyników. Dodatkowo, dopiero później zorientowałem się, że Olek to Orlik a nie Elita. Za dobry po prostu jest :) No i wyszło tak, że jak już się człowiekowi uda szczęśliwie na to podium wdrapać, to nawet nie może fizycznie na nie wskoczyć i się tym nacieszyć, tylko dowiaduje się po fakcie i zamiast się cieszyć to przeżywa, że dał ciała i nie został na dekorację. Ale ja to sobie jeszcze odbiję!

Po wyścigu na Starym Mieście w Lublinie i po zawodach w Urzędowie jestem zachwycony ideą miejskiego ścigania MTB. Są to bardzo widowiskowe wyścigi, które przyciągają wielu kibiców i są świetną promocją kolarstwa. Widać było, że mieszkańcy miasteczka z zainteresowaniem śledzą przebieg rywalizacji, a wiadomo, że kibice na trasie zawsze dodają skrzydeł. Podobnie jak znajomi, który dopingują i polewają wodą z fontanny ;) I tutaj duże podziękowania dla chłopaków z Puław, którzy przyjechali szosówkami i wspierali wszystkich kolarzy.  Co do samej trasy to miło było po raz kolejny zostać zaskoczonym. Najbardziej podobały mi się zjazdy po schodach: krótkie, szybkie i bezpieczne, dzięki czemu bez ryzykowania zdrowiem można było cisnąć ile tylko sił, mając do tego wiele frajdy z jazdy. Cieszę się, że wytrzymałem trudy wyścigu i obok nie byle kogo, bo Tomka Bali i Michała Sztembisa, „stanąłem” na podium. To był już trzeci z kolei weekend, w którym zarówno w sobotę jak i w niedzielę staję do walki na trasie MTB. Teraz czekam na kolejne wyścigi, mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie będzie okazja pościgać się po uliczkach jakiegoś miasta.