Tag: Podium

2016.09.25 – Nowa Dęba – XC

2016-09-25Bardzo chciałem pojechać na wyścig w Nowej Dębie, bo byłem tam cztery lata temu i utkwiła mi w pamięci bardzo fajna trasa. Zainteresowanie wśród Lublinian było niestety zerowe, ale w ostatniej chwili na start namówiłem Szymka Skrzypczaka i pojechaliśmy. Na miejscu znajome twarze (m.in. Filip Owczarek z Gośką oraz chłopaki z Rzeszowa, czyli Tomek Biesiadecki, Janusz Łodej i Tomek Kargol z Shimano), dobra muza (m.in Zeppelini, wow!) i ciepło :)

Rejestracja, bez zbędnych formalności, szybka, przebieramy się i na trasę. Tym razem z jednej górki organizatorzy wycisnęli znacznie więcej i trzykilometrowa runda od razu przypada mi do gustu. Sporo podjazdów, masa zakrętów i zero sztucznych przeszkód to dokładnie tak jak lubię :) Może odrobinę zbyt łatwo technicznie, ale lepiej tak niż przegiąć w drugą stronę…

Dwie pętle na rozgrzewce zrobiłem w 24 minuty, więc obliczyłem, że skoro na wyścigu jest 11 rund to jedna zajmie pewnie około 10 minut, czyli zapowiadało się 1:50 jazdy – mocne przegięcie jak na XC. Do tego sędziowie nie dali sobie przemówić do rozsądku żeby puścić nas razem z Mastersami i zrobić po 9 okrążeń dla wszystkich. No cóż, nie pierwszy raz spotkałem się z ludźmi, którzy robią wyścig i liczą się z podpowiedziami zawodników, ale cóż, takimi prawami rządzą się ogóry :D Po jeszcze jednej rundce zapoznawczej (tzw. oficjalny objazd trasy ;D) ustawiamy się na starcie. Przez rozbicie kategorii, liczba osób w moim wyścigu nie osiąga nawet 10, będzie zatem mniej ciekawie, ale cóż, o zwycięstwo i tak będzie się z kim ścigać.

Startujemy! Szybko formuje się pierwsza czwórka. Szymon Brzoza trochę odjeżdża, Tomek Biesiadecki zalicza lekkiego klina, więc gonię z Szymkiem. Nasza strata szybko robi się kilkunastosekundowa, więc musimy się sprężyć. Niestety Szymek jest dzisiaj dla mnie za mocny i szybko tracę z nim kontakt. Na początku drugiej rundy zostaję sam, kilkanaście sekund za mną goni Tomek Biesiadecki. Zamierzam szybko wyrobić sobie nad nim bezpieczną przewagę żeby porzucił myśl walki o podium. Jadę wyraźnie szybciej od niego i już po pierwszych rundach wiem, że podium jest pewne. Niestety liderzy coraz bardziej się oddalają. Próbuję złapać rytm i nawiązać walkę, ale przeziębienie i brak treningów w ostatnim tygodniu dają o sobie znać.

Jadę równo, rundy pokonuję w zbliżonym czasie, doganiają mnie chłopaki z kategorii 30+, którzy wystartowali chwilę po nas i mają do przejechania tylko 7 rund. Czuć, że ich tempo jest wyższe. Jedną pętlę wiozę się za Grześkiem Sową, później 1,5 rundy solo i jeszcze pół za Januszem Łodejem. Zaczynam zbliżać się do wicelidera, ale i tak jest to spory dystans. Coraz trudniej o koncentrację i przydarzają się małe błędy. Cztery ostatnie rundy każdy z naszej czołowej trójki pokonuje zdecydowanie wolniej.

Ostatecznie na metę wjeżdżam trzeci w elicie z czasem 1:55:33, ze stratą 4:33 do zwycięzcy Szymka Skrzypczaka (to prawie 25 sek. straty na rundę ;/) i 2:07 za drugim Szymkiem Brzozą. Nad czwartym Tomkiem Biesiadeckim mam 7:31 przewagi. To był ekstremalnie długi wyścig jak na XC, ale jeśli chodzi o samą trasę to na pewno nie można mieć zastrzeżeń – mi się bardzo podobała, brawo :) Szkoda, że na puławskim Czempionacie nie potrafią wycisnąć tyle z terenu. Mimo tego, że na dekorację trzeba było czekać dosyć długo a nagrody były łagodnie mówiąc słabiutkie to i tak organizacja była całkiem niezła i chociażby dla samej trasy warto było przyjechać :) Jak termin mi podpasuje to za rok też pewnie się tam pojawię. Oby w lepszej formie :)

2016.09.18 – Masłów-Ciekoty – ŚLR

2016-09-18Maraton w Masłowie nie zapowiadał się obiecująco. Najpierw BBT Tour, później tydzień łażenia po górach, który jeszcze dobił nogę i w efekcie jedna wielka niewiadoma jeśli chodzi o formę. Jak zwykle jechałem jednak w bojowym nastawieniu, chociaż nawet prognozy nie były zbyt zachęcające i miało być pełno błota. Plus taki, że przynajmniej podczas samego wyścigu powinno już nie padać.

Do Masłowa zajeżdżamy 75 minut przed startem, czyli trochę w ostatniej chwili jak dla mnie (tzn. w ostatniej, kiedy jeszcze można w miarę spokojnie się przygotować). Jest pochmurno i ekstremalnie zimno, nie znoszę takiej pogody i jak sobie pomyślę, że mam jechać ponad 4 godziny w takich warunkach to temperatura odczuwalna spada jeszcze kilka stopni w dół. Nie przyjechałem tutaj jednak na wakacje a na wyścig, więc robię krótką, ale solidną rozgrzewkę i odwlekam do maksimum czas wejścia do sektora

Tuż przed startem zdejmuję bluzę, odliczanie i ruszamy. Pierwsze kilometry to jazda w sporej grupie i umiarkowane tempo. Jadę uważnie, schowany w grupie. Gdy dojeżdżamy do pierwszego podjazdu lekko przesuwam się do przodu. Mocne tempo dyktuje Marcin Jabłoński i zaczyna zyskiwać przewagę. Ja jadę w grupie z Pawłem Bukalskim i Rafałem Rymarczykiem. Na szczycie mamy sporą stratę do Marcina, ale sami też odjechaliśmy od reszty grupy. Jest dobrze, trzymam się z chłopakami, chociaż na trasie jest niezła trzęsawka, za czym nie przepadam. Oj, przydałby się Epic :D

Na zjazdach nieco zostaję, nie czuję się pewnie, zwłaszcza na początku. Kilka razy ledwo mieszczę się w zakrętach. Na szczęście noga super kręci pod górę, gdzie odrabiam i zawsze dochodzę do koła. Trasa ma sporo odcinków asfaltowych, nie jest to zbyt fajne na wyścigu MTB, ale przynajmniej można trochę odpocząć. No i sporo z tych odcinków to jednak podjazdy, co się chwali. Zdecydowaną większość dystansu przejeżdżam za rywalami. Nie czuję się dużo wolniejszy, ale dojście ich po zjazdach wymaga sporo energii. Jestem pozytywnie zaskoczony, że tak dobrze się czuję i zaczynam się zastanawiać czy nie jadę za mocno i jak długo jeszcze będę w stanie dotrzymywać kroku czołówce. Dwa razy po długich zjazdach tracę już kilkaset metrów, ale i taką stratę udaje mi się odrobić, co bardzo mnie podbudowuje.

Po około 40km Paweł Bukalski zaczyna się oddalać. Rafał nie goni, ja tym bardziej nie czuję się na siłach, podejrzewając, że podkręcenie tempa w dłuższym rozrachunku nie będzie dla mnie dobre. Zaczyna kropić, robi się coraz zimniej, a nawierzchnia staje się coraz bardziej śliska i błotnista. O dziwo całkiem nieźle panuję w takich warunkach nad rowerem i błoto nie robi na mnie wrażenia. Podjazdy są także dużo mniej przerażające niż „na papierze”. W tych warunkach wyprzedzamy Marcina, który stoi z boku i zmienia dętkę. Pech, zwycięstwo miał już w kieszeni.

Rafał odjeżdża jakieś 12-13 km przed metą, teraz muszę radzić sobie sam. Kilkanaście minut później wyprzedza mnie Marcin, który wprost przefruwa obok mnie, jest piekielnie szybki. Deszcz pada już na dobre. Moja koszulka z długim rękawem przesiąka doszczętnie i niemiłosiernie mnie oziębia. Rękawiczki z odkrytymi palcami też nie były zbyt dobrym pomysłem. Wyjeżdżamy na asfaltowy podjazd, jest długi. Jednocześnie chcę przyspieszyć, gonić i się rozgrzać, z drugiej, wiem, że nie można szarżować i jeszcze sporo drogi przede mną. Jadę więc mocno, ale z rezerwą. Jestem jednak już bardzo głodny, zaczynam wyprzedzać zawodników z krótszego dystansu, ale nie ma możliwości chwycić od nich coś do jedzenia.  Wjeżdżam w las, po chwili objawia się bufet, w końcu! Tym razem muszę się zatrzymać. „Banany, ciastka, dużo jestem głodny!”. Obsługa bufetu do kieszeni pakuje mi banany, i pakuje we mnie przepyszne wafelki. Dużo wafelków! Tego mi było trzeba, dzięki!

Po szybkim postoju ruszam na ostatni odcinek trasy. Do mety pozostaje około 8km. Cisnę! Już od dobrych kilku kilometrów przyświeca mi hasło „Zesraj się, a nie daj się”, jadę w top 4, pierwszy w elicie i nie zamierzam odpuścić. Adrenalina robi swoje, bo normalnie w takich warunkach już dawno bym zamarznął. 60kg masy przy wzroście 180 to nie są parametry sprzyjające jeździe w zimnie. W pewnym momencie ponownie dostrzegam Marcina, tym razem skuwającego łańcuch. W takim zimnie i po tak rewelacyjnej jeździe. Dramat!  Teraz jestem już w Top 3 open. Taka sytuacja nie trwa jednak długo, bo jakieś 4km przed metą wyprzedza mnie Bartek Męziński. Nie jestem w stanie utrzymać mu koła i podium open (a także jak się później okazuje – zwycięstwo w elicie) się oddala.

Na metę wpadam totalnie przemoczony i przemarznięty. 3:59:20, jestem 4. open i 2. w elicie. Od razu biegnę do bufetu i na salę, gdzie jest trochę cieplej. Cały się trzęsę, zjadam dwie porcje makaronu i mnóstwo ciastek, ale to nie pomaga. Chłopaki mówią, że wyglądam nieciekawie. Szymek chce mnie zabrać do auta żebym tam się ogrzał, ale jakiś dobry człowiek przynosi mi koc i ciepłą herbatę, postanawiam więc nie brudzić fury i posiedzieć spokojnie na sali. Po około 30 minutach przestaję dygotać, a po godzinie jest już w miarę ok. Idę do auta, gdzie w międzyczasie zjawił się Michał i przebieram się w ciepłe ciuchy. Później już tylko dekoracja, mycie roweru i można wracać.

To był udany maraton. Oczywiście nie mogło być idealnie i mam lekki niedosyt, że zamiast 3. open i 1. w elicie dojechałem o jedną pozycję niżej, ale cóż, tym razem nie zasłużyłem i naprawdę powinienem się cieszyć z tego, co jest. Jestem zadowolony, że udało się uniknąć kryzysów i skurczów, które w tym sezonie mocno mi dokuczały. Super, że potrafiłem utrzymać przez cały wyścig wysokie tempo. Kolejny raz potwierdziło się, że te 3-4 tygodnie po ultramaratonie przełamuję zamułę i forma idzie znacząco w górę.

Teraz przede mną wyścig XC, a za dwa tygodnie finał ŚLR w Chęcinach. Mimo, że obecny okres to przede wszystkim roztrenowanie przed przełajami to liczę na to, że noga będzie dobra i znowu będę w stanie jechać z czołówką. Przyjemność z jazdy jest wtedy nieporównywalnie większa :)

2016.06.05 – Białka – Sztafeta 1/4 Iron Mana – ITT

2016.06.05Ubiegłoroczny triathlon w Białce był na tyle klimatyczny, że nie widziałem innej możliwości niż ponowny start :) W grę wchodziła oczywiście tylko rywalizacja w sztafecie, a gdy zobaczyłem na liście skład z Jarkiem i Marcinem Mazurkami oraz Kamilem Grudniem wiedziałem, że tym razem nie będzie to spacerek i trzeba wystawić mocarny skład żeby nawiązać walkę o zwycięstwo :) Po rezygnacji Krzyśka, który płynął w ubiegłym roku zaproponowałem start Karolinie Zygo, która zgodziła się od razu. Z biegaczem (Pawłem Wysockim) byłem dogadany już dużo wcześniej, ale jako, że wraca po kontuzji to start potwierdził dopiero tydzień przed zawodami.

Drużyna zapowiadała się mocna, teraz potrzebowałem już tylko roweru czasowego, żeby móc podjąć równą walkę na swojej zmianie. Z pomocą przyszli chłopaki ze Specialized Polska, z którymi jako Metrobikes.pl organizowaliśmy w weekend testy rowerów. Zaoferowali wypożyczenie roweru Specialized Shiv Pro Race X1 – maszyny na najwyższym poziomie, w dodatku prezentującej się niezwykle efektownie. Pozostało tylko dać z siebie wszystko w dniu zawodów.

W niedzielę w Białce pojawiam się dosyć późno. Szybko przebieram się w kombinezon i kask czasowy i wypożyczam rower. Następnie wizyta w biurze zawodów. Ogromne podziękowania dla Karoliny Rybak, która jak zwykle bardzo sprawnie i z uśmiechem na ustach wydaje mi pakiet startowy. Dzięki takim ludziom zawsze można pozytywnie nastroić się do zawodów hehe ;) Po przyczepieniu numerów nie pozostaje już wiele czasu na rozgrzewkę i zapoznanie się z rowerem, ale z grubsza wszystko gra, więc jest ok :) W międzyczasie do miasteczka zawodów zajeżdża ekipa szosowców z Anetą na czele. Jej obecność na pewno doda mi kilka dodatkowych Watów do mocy :)

Start zawodów, pływacy wskakują do wody! Trochę obawiam się o formę Karoliny, bo przez ostatnie miesiące pływała bardzo niewiele, ale przed zawodami zapewniała mnie, że czuje się dobrze i jest spokojna o wynik. Czekam niecierpliwie w strefie zmian, skąd obserwuję zmagania pływaków. Jeden płynie wyraźnie z przodu, a za nim, kolejna dwójka, która także ma sporą przewagę nad następnymi. Jeden z pływaków ma różowy czepek – jestem prawie pewien, że to Karo. Gdy pierwszy pływak wybiega z wody jestem w szoku że to nie Łukasz Lis. Okazuje się, że w konkurencyjnej sztafecie zamiast Jarka płynie Adam Dubiel. Dopiero za nim, ze stratą 1:13 wychodzi z wody Łukasz Lis z Karo. Dała radę, jest bardzo mocna! Przekazuje mi chipa i teraz wszystko w moich nogach!

 

 

 

Wybiegam ze strefy zmian tuż przed Łukaszem, wskakuję na rower i cała naprzód. Szybko rozpędzam Shiva do ponad 40km/h i staram się trzymać taką prędkość, nawet z niewielkim okładem. Jedzie się kosmicznie, maszyna pożera asfalt! Aż żal bierze, że jestem daleko od swojej optymalnej dyspozycji i nie mogę jej jeszcze mocniej napędzić. Trasa identyczna jak przed rokiem, czyli na początku przez wioskę po dziurach, a później już idealny dywan w lesie :) Na nawrocie w lesie widzę, że minimalnie tracę do Marcina, ale nie panikuję i jadę swoje. Na półmetku (nawrót obok strefy zmian) mam stratę ok 2:40, czyli już sporo. Zaginam się jednak bardzo mocno i na drugiej części jestem minimalnie szybszy, ale w stosunku do Rywala tracę i tak dużo za dużo, czyli 2:28).

Paweł wybiega na trasę ok. 3:41 za Kamilem Grudniem. To sporo, ale jest w dobrej formie i wiem, że stać go żeby odrobić tę stratę. Ja idę się przebrać i nieco ochłonąć po swojej zmianie. Zewsząd słyszę gratulacje, ale wiem, że nie był to zbyt dobry występ. Średnia 40,3 może robić wrażenie na laikach, ale ja sam czuję, że to nie była dobra jazda. Zbliża się finish. Idę na metę żeby zobaczyć jakie będzie rozstrzygnięcie. Widzę, że Paweł biegnie pierwszy, ale przed metą niespodziewanie zatrzymuje się i przepuszcza Kamila. Okazało się, że tamten zgubił trasę, a Paweł postanowił nie wykorzystywać tego faktu i oddać rywalom miejsce, które zajmowali po dwóch pierwszych konkurencjach :) Fajna postawa. W sporcie chodzi nie tylko o sam wynik, ale także o zdrowe podejście, którego często niestety zawodnikom brakuje.

Gdy przychodzi czas dekoracji (moim zdaniem zbyt późny) chłopaki z drużyny, która wygrała zawody zabierają głos i oddają nam pierwsze miejsce. To kolejny gest fair play tego dnia. Dostajemy puchar i nagrody. Zapraszam Marcina i Adama (Kamil pojechał przed dekoracją) na najwyższy stopień podium do pamiątkowej foty. Dzisiaj wszyscy jesteśmy zwycięzcami i każdemu należy się ta nagroda. To były super zawody w piękny słoneczny dzień. Tak piękny, że do Lublina wracam razem z Anetą i Karo rowerami, dokręcając jeszcze 81km do tych 42 z zawodów :) Dzięki wszystkim za super zabawę. Do zobaczenia na Białka Triathlon 2017! :)

2016.04.24 – Kraśnik – Metrobikes Cross Duathlon

2016.04.24Drugi start w ten sam weekend to zawsze wielka niewiadoma. Tym bardziej, że tym razem do roweru doszło także bieganie, z którym nie miałem do czynienia od ostatniego City Traila, czyli ponad dwa miesiące. Po sobotnim teście na XC w Puławach byłem jednak optymistycznie nastawiony do wyścigu i do Kraśnika jechałem walczyć co najmniej o podium. Wiedziałem, że nie będzie tak łatwo jak na ostatnim duathlonie w Annopolu, gdzie trasa była wymarzona dla kolarzy. Tym razem zapowiadało się płasko i łatwo, więc teoretycznie warunki sprzyjające biegaczom.

Na rozgrzewce objechałem pętlę i obawy się potwierdziły – trasa technicznie banalna. Patrząc po zawodnikach na starcie, spodziewałem się twardej walki z Marcinem Mazurkiem z TriClubu. Co do reszty to nie mogłem nic powiedzieć, bo nie kojarzyłem wszystkich, a ci, których znałem wydawali się do pokonania. Przynajmniej na rowerze, bo z bieganiem to zawsze różnie może być :D

Ostatnie chwile przed startem to jeszcze króciutki truchcik. Wszystko przygotowane w strefie zmian, staję na linii, sygnał i ciśniemy. Zaczynam równo ze wszystkimi, czyli trochę za mocno. Gdy wybiegam ze stadionu jest już kilka osób przede mną, o dziwo wyprzedzają mnie także chłopaki z LKKG: Damian, a po chwili także Filip. Damian się oddala, ale z Filipem biegnę spory odcinek. W grupce jest też Kornel ze sztafety z Danielem. W ogóle zawodnicy ze sztafety trochę zaciemniają obraz rywalizacji, bo nie wiem ile osób solo jest przede mną. Mniej więcej w połowie biegu łapię odpowiedni rytm i jakoś to wygląda. Marcin Mazurek co prawda coraz bardziej się oddala, mam go w zasięgu wzroku tylko na długich prostych, ale za to uciekam Filipowi i około 1,5km przed końcem biegu doganiam i wyprzedzam Damiana. Do strefy zmian dobiegam jako ósmy, a sama zmiana zdecydowanie do poprawy. Gdyby stacje telewizyjne na żywo transmitowały moje zmagania to pewnie ucieszyłyby się, że mogą zamieścić obszerny blok reklamowy ;)

Na rower wskakuję niczym zawodowy przełajowiec i ruszam w pogoń za liderami. Kręcę naprawdę mocno i równo, co chwilę wyprzedzając zawodników przede mną. Na drugim okrążeniu rowerowym widzę już Marcina Mazurka w oddali i pod koniec tej rundy go doganiam. Jedziemy razem, ale przed nami na pewno jest ktoś jeszcze. Daję mocne zmiany, ale jestem trochę w patowej sytuacji. Wiem, że jak dojedziemy razem to Marcin pokona mnie w biegu. Próbuję kilka razy kontrolnie szarpnąć, ale jest na tyle silny, że nie strzeli z koła. Pozostaje dyktować mocne tempo w nadziei, że dojdziemy gościa przed nami. Pod koniec ostatniej rowerowej rundy postanawiam trochę odjechać żeby mieć przewagę przed zmianą. Mimo to znowu guzdram się niemiłosiernie, jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Zgrabiałe od zimna palce z trudem zdejmują kask i zawiązują buty biegowe.

Ze strefy zmian wybiegam tuż za Marcinem. Za stadionem słyszę, że jestem trzeci. Niestety goni mnie jakiś mocny biegacz i po niecałym kilometrze biegu wyprzedza. Staram się trzymać za nim, ale podium open się oddala. Po rowerze mam na tyle dużą przewagę (nie widzę nikogo za sobą), że mogę bez kalkulowania skupić się na pogoni. Dzisiaj jestem jednak za słaby i ostatecznie wbiegam na metę z czasem 1:20:20, czwarty open i drugi w kategorii do 30 lat :) Do zwycięzcy open tracę 1:44, a do zwycięzcy kategorii 0:32. Przy sprawniejszych zmianach zwycięstwo w kategorii było osiągalne, ale do zwycięstwa open na tej trasie muszę biegać znacznie szybciej. Spośród całej stawki miałem dopiero 18. łączny czas drugiej zmiany i drugiego biegu, czyli gorzej niż tragicznie. W sezonie nie skupiam się na treningu biegowym, więc pewnie znacznej poprawy w tym elemencie nie będzie. Za to żeby liczyć się w Biłgoraju to zmiany muszę poprawić koniecznie!

Jakby nie patrzeć ten Duathlon pozytywnie zapisze mi się w pamięci, a to z powodu występu Anety, która wśród kobiet zwyciężyła w wielkim stylu! To było niezwykłe móc zobaczyć jej radość na mecie gdy dowiedziała się, że jest pierwsza! :) Po biegu była druga, ale na rowerze rozwaliła system i wyrobiła ogromną przewagę przed finałowym biegiem :) Tym większe słowa uznania, że startowała na pożyczonym ode mnie góralu, a w terenie nie czuje się zbyt pewnie. Gratulacje!

Na koniec dziękuję Grześkowi Baranowi za zorganizowanie fajnych zawodów. Mimo kiepskiej aury frekwencja dopisała i widać, że wszyscy byli zadowoleni. Kolejny Metrobikes Cross Duathlon w sierpniu w Biłgoraju. Jeśli jeździsz na rowerze i biegasz to wystartuj koniecznie. Zabawa jest przednia, a satysfakcja ogromna, gwarantuję! :)