Archiwum roczne: 2014

Podsumowanie sezonu 2014

2014.12.31W 2014 roku wystartowałem łącznie w 26 wyścigach (wliczając w to jesienne przełaje). Do tego wziąłem udział w klasyku trenażerowym Elite oraz kilku biegach (dwie leśne piątki na początku roku oraz dwie leśne piątki i asfaltowa dycha na jesieni). To łącznie 32 sytuacje, w których musiałem mocniej spiąć poślady. Całkiem sporo, ale dzięki dobremu rozplanowaniu startów nie było mowy o przemęczeniu, jakie dopadło mnie w drugiej połowie 2013. Sezon zacząłem spokojnie, budując formę na wakacyjne starty, przede wszystkim na Mazovię 24h i Bałtyk-Bieszczady Tour. Mazovia wypadła super, drugie miejsce open to na pewno wielki sukces, który kosztował mnie ogromnie dużo sił. Na tyle dużo, że do tej pory niezbyt ciągnie mnie do 24 h solo w terenie :D Po Mazovii zdążyłem się zregenerować i w życiowej formie pojechałem na BB Tour, w którym szło mi świetnie, ale w którym przegrałem walkę z pogodą i zamiast poniżej 48h przejechałem 1008km w 56 godz. i 27 minut, co jest dla mnie porażką.

Oprócz dwóch ultramaratonów regularnie startowałem w Świętokrzyskiej Lidze Rowerowej i Grand Prix Puław. W obu cyklach szło mi dobrze i rozkręcałem się z wyścigu na wyścig, czego efektem było kilka miejsc w czołówce Elity na ŚLR oraz dwa zwycięstwa i wygranie całego cyklu Puławskiego Czempionatu. Jestem z tych startów zadowolony i wiem, że po dobrze przepracowanej zimie będę w stanie wchodzić do pierwszej dziesiątki open ŚLR. Pozostałe starty w tym sezonie były typowo treningowe, chociaż walczyłem w nich na maksa. Szczególnie szkoda Lubelskiej Vuelty, gdzie noga kręciła super, ale na pierwszym etapie uczestniczyłem w kraksie, przez co uciekła mi Mazovia 12 h, a przybyło trochę szlifów. Dobrze natomiast pojechałem lubelski maraton MTB, w którym byłem drugi open, a także pierwszą edycja przełajowej Godziny w Piekle, którą wygrałem w kategorii „Amator bez licencji” (trzecie miejsce w generalce). Jeśli dodać do tego udane XC w Urzędowie i Lublinie (odpowiednio 4. i 3. m. w Elicie) to jak na dłonie widać, że był to na pewno mój najlepszy sezon. Do samego końca trzymałem formę i miałem pod nogą, co nawet mnie trochę zdziwiło, bo dwa ultramaratony zamiast wypruć ze mnie ostatnie siły to poprawiły mi formę :) Będzie to ciekawy materiał do analizy w kontekście planu startów na następny sezon.

Tak w dużym skrócie wyglądał ten sezon:

  • Daleszyce – całkiem dobry wyścig na rozpoczęcie sezonu, w którym sportową walkę popsuło kilku gówniarzy, którzy poprzewieszali strzałki w lesie, gdzie zgubiło się kilka grup zawodników
  • Puławy – błotna powtórka sprzed sześciu lat z tego samego miejsca, kiedy to po raz pierwszy wystartowałem w wyścigu i radosne twarzy ubłoconych na maksa kolarzy
  • Hrubieszów – pierwsza czasówka od 2008 r., pojechana bez rewelacji. Wynik sportowy wynagrodziła swojska atmosfera, porównywalna do tej z puławskiego czempionatu
  • Sandomierz – trzeci rok z rzędu niezwykle wyniszczający wyścig na pozornie lekkiej trasie
  • Urzędów – pierwszy wyścig w sezonie, w którym czułem, że jest pod nogą, ambitna walka do samego końca, dobre miejsce i świetna, wymagająca trasa
  • Puławy – przepał przed Nowinami, wyjątkowo krótki, nawet jak na XC w Puławach (36 minut)
  • Nowiny – ulubiony maraton, na którym noga podawała świetnie, ale szansę na poprawę miejsca sprzed roku popsuły defekty i zgubienie trasy. Na pocieszenie pierwsze Top 5 w elicie w historii startów w ŚLR
  • Puławy – bardzo dobrze taktycznie rozegrany wyścig i bieg do mety przez ostatni kilometr z urwanym łańcuchem, zakończony sukcesem i obroną trzeciego miejsca
  • Hrubieszów – przyzwoicie pojechana czasówka i zamieszanie przy wynikach, z którego nie wszyscy potrafili wyjść z twarzą
  • Parczew – potężny szlif po kraksie w peletonie 2km przed metą przy szybkości grubo ponad 40km/h, który wykluczył mnie z dalszych etapów i Mazovii 12, rany, które goiły się długo i blizny, które zostaną ze mną na zawsze
  • Chełm – Maraton Kresowy, na który dostałem osobiste zaproszenie od orgów i nie mogłem nie pojechać mimo nie do końca zaleczonej kontuzji i braku formy. Do tego potężne skurcze 5km przed metą jakich jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem i kolejna porażka w chełmskim maratonie
  • Puławy – kolejny błotny wyścig, kolejne podium i godne pożegnanie Canyona, który służył mi ponad 2 lata :)
  • Zagnańsk – pierwszy w życiu start na 29erze, pożyczonym, za dużym i ciężkim kowadle, który i tak był nieporównywalnie lepszy od mojego 2kg lżejszego Canyona :) Do tego bardzo mądrze pojechany wyścig, na którym nie czułem się na początku zbyt dobrze, ale potrafiłem przewieźć się w grupie, wygrać finish i znowu załapać się do Top 5 w elicie ŚLR
  • Mazovia 24h – drugie miejsce open, największy sukces w sezonie i jeden z największych w karierze. 24h męki, strasznie szybkie pierwsze 12h, upał nad ranem i jesień średniowiecza na dupsku, które wyglądało jakby przez miesiąc miało się nie zagoić
  • Puławy – pierwszy start na nowym Specu 29erze i pierwsze zwycięstwo w elicie w Puławach
  • Łagów – forma życia i kapeć po 5km, który zniweczył wszystko. No i oczywiście wszechobecne błoto jakiego nigdy na wyścigu nie widziałem
  • BB Tour – wielka niewiadoma, świetna pierwsza doba, deszcz, który mnie pokonał i pogrzebał szanse na dobry wynik oraz znakomita końcówka, jechana z kontuzją, przez którą 200m spod prysznica szedłem 15 minut
  • Biłgoraj – powrót do szosowego ścigania, zakończony zgodnie z założeniem, czyli w głównej grupie
  • Puławydrugie kolejne zwycięstwo w elicie w Puławach i wyjście na czoło w generalce
  • Lublin – znakomity doping lubelskich kibiców, piękna pogoda, wymagająca trasa i wywalczone trzecie miejsce w elicie za Tomkiem i Olkiem
  • Kielce – początek w deszczu, zjechanie z Piekiełka, OTB i zarycie kaskiem o glebę, zgubienie trasy i całkiem mocna noga na ostatnim górskim maratonie w sezonie
  • Puławy – dobry wyścig, trzecie miejsce i zwycięstwo w generalce elity Grand Prix Puław, które do tej pory było dla mnie marzeniem, a teraz stało się faktem
  • Lublin – drugie miejsce open w lubelskim maratonie MTB, dzięki świetnie rozegranej końcówce i długiemu finishowi
  • Lublin – zwycięstwo w przełajach w kategorii „Amator bez licencji”, na zakończenie sezonu, dzięki któremu zdecydowałem się na dwa kolejne starty w Godzinie w Piekle
  • Lublin – jeden z najgorszych wyścigów w sezonie, w którym brakowało wszystkiego: mocy, koncentracji i zacięcia. Tylko publiczność się spisała, bo doping miałem znakomity
  • Puławy – finał Godziny w Piekle, na którym podczas pierwszych dwóch okrążeń byłem bliski wycofania się z wyścigu jak jeszcze nigdy do tej pory. Zero mocy, zero chęci. Pozbierałem się jednak, zacisnąłem zęby, doszedłem bezpośrednich rywali i z katastrofy zmieniłem ten wyścig w prawdziwą walkę, z której jestem dumny. Do tego kolejny wygrany finish, tym razem o grubość opony i podium w generalce GwP.

Najlepsze trasy: Urzędów, Nowiny, Kielce, Lublin (Globus)
Najlepiej pojechane wyścigi: Urzędów, Nowiny, Mazovia24h, Lublin (Globus), Lublin (I. ed. GwP)
Najlepsza organizacja: ŚLR całościowo, BB Tour, Lublin (Globus)

Największe sukcesy:

Grand Prix Puław MTB – klas. generalna – 1.  elita (2x 1. miejsce, 3x 3. miejsce)
Mazovia 24h – 2. open, 2. elita
Lubelski Maraton MTB – 2. open, 2. elita
Godzina w Piekle – 3. klas. generalna „Amator bez licencji” (1x 1. miejsce)
AZS MTB Cup Lublin – 3. elita
Świętokrzyska Liga Rowerowa – klas. generalna – 7. elita (2x 5. elita)

Dziękuję wszystkim, bez których ten sezon nie byłby tak świetny:

  • Tomkowi Bali (wydolnosc.pl), który układał mi treningi i monitorował moje postępy
  • Sklepowi Metrobikes.pl, dzięki któremu przesiadłem się w końcu na 29era, topowej marki Specialized, co wprowadziło nową jakość w komforcie jazdy i pozwoliło na nawiązanie równorzędnej walki z zawodnikami, którzy odjeżdżali mi tylko za sprawą sprzętu
  • Wszystkim kibicom na trasach (zwłaszcza tym z Rowerowego Lublina) za doping, dzięki któremu zawsze jedzie się szybciej
  • Osobom, które jeździły ze mną na maratony, wszystkim zawodnikom, z którymi się ścigałem, organizatorom, wolontariuszom i fotografom – za świetną, kolarską atmosferę na wszystkich trasach
  • Na koniec dziękuję największemu kibicowi – Anecie, która wspierała mnie najmocniej – często także na wyścigach, w tym przez całą dobę podczas Mazovii 24h.

A teraz trzymajcie kciuki za najbliższy sezon, biorąc pod uwagę doświadczenie jakie zebrałem przez ostatnie lata, głód zwycięstw i rezerwy jakie jeszcze mam, jestem przekonany, że kolejny rok będzie jeszcze lepszy, a noga mocarna jak nigdy dotąd. Do zobaczenia na trasie i na wyścigach! :)

PS. Jak widać z trzech maratonów ŚLR i z BB Tour nie ma relacji, ale do końca stycznia uzupełnię, bo coś jeszcze pamiętam. Relacja z BB Tour jest napisana do połowy i oczywiście ukaże się jako pierwsza :)

2014.12.13 – Lublin – CityTrail

2014.12.13.02Czas biegnie szybko, a ja wraz z nim. Tym razem na City Trail, czyli leśnej piątce na Dąbrowie. Po dyszce miałem sporą przerwę, nie tylko w bieganiu, ale także w treningach kolarskich. Zwyczajnie średnio mi się chciało. A jak już mi się chciało ciut bardziej to akurat nie było pogody, a później przyplątał się jeszcze jakiś katar ;) Nie robiłem z tego powodu paniki. bo przełom listopada i grudnia to czas, który planowo miał być przeznaczony na odpoczynek i nicnierobienie i taki dokładnie był. W związku z tym noga nie była zbyt rozruszana, a organizm zapadł na krótko w zimowy sen w piątek przed zawodami postanowiłem trochę się przewietrzyć i pobudzić organizm.. Wyszło całkiem przyzwoicie, chociaż przerwę dało się odczuć.

W sobotę w miarę wcześnie docieram do biura zawodów i robię z Martą porządną rozgrzewkę. Trasa nie jest aż tak błotnista jak można się było tego spodziewać, ale wyraźnie wolniejsza niż ostatnio. Ustawiam się tradycyjnie z przodu i po sygnale ogień. Jak zwykle pierwszy kilometr mocno, ok 3:45. Drugi o pół minuty słabiej, przerwa daje się we znaki. Na początku trzeciego kilometra gość przede mną pięknie się wykłada na błocie, na szczęście daję radę go ominąć. Jest bardzo ślisko i trzeba szczególnie zwracać uwagę którędy się biegnie. Trzeci kilometr jest odrobinę lepszy od drugiego. Do mety dwa i w dodatku nieznacznie z górki. Próbuję przyspieszyć, ale nie stać mnie na wiele. Mimo to, ten kilometr jest szybki, w okolicach 4 minut. Końcówka niesamowicie się dłuży, spinam się na ostatnich 200m i wpadam na metę z czasem 20:17. Przed startem wziąłbym go w ciemno, ale po biegu wygląda to trochę inaczej i jestem tylko umiarkowanie zadowolony.

Nie potrafiłem oszukać głowy w tym biegu i nie zeszmaciłem się tak jak bym sobie tego życzył. Wyprzedziło mnie przez to kilka osób, które powinienem był obiec. 33/244 miejsce i 12/52 w kat. do 30 lat są ok, ale mam ambicję na więcej. W styczniowej edycji powrócę mocniejszy, to pewne! Aha, jakby ktoś pytał to po południu trening na rowerze oczywiście odbyłem i mimo przeczadowej atmosfery na biegu to dopiero podczas przejażdżki poczułem się jak ryba w wodzie :)

2014.11.23 – Lublin – Dycha do Maratonu

2014.11.23

Dzień po puławskich przełajach udałem się na lubelski stadion przy Krochmalnej żeby zadebiutować w biegu na 10km. Nigdy w życiu nie przebiegłem takiego dystansu za jednym zamachem, więc zupełnie nie wiedziałem jak to będzie. Jedyne, co było pewne to ból i to nie tylko ten podczas biegu, ale przede wszystkim dzień po nim. Na miejscu przeogromny tłum biegaczy (ponad tysiąc osób – rekord frekwencji lubelskich dych do maratonu) i niezwykle gorąca atmosfera. Odbieram pakiet startowy, przebieram się i zanim wybiegnę na rozgrzewkę rozmawiam jeszcze ze znajomymi biegaczami i wspólnie pozujemy do zdjęć.

Po solidnej rozgrzewce ustawiam się na starcie. Za mną ponad 1000 osób, w takiej sytuacji lepiej się nie przewrócić, bo stratowaliby mnie jak w Mufasę w Królu Lwie ;) Obok mnie  stoi Marta, jedna z najszybszych dziewczyn w tym towarzystwie. Mój plan zakłada  żeby przed nią uciekać, a gdy mnie dogoni trzymać się jak najdłużej :) Ruszamy! Po 300m plan zostaje zweryfikowany, Marta ciągle jest obok, tempo jest kosmiczne. Przypomina mi się tekst Emila Zatopka, który podobno zawsze przed biegiem mawiał do rywali Men, today we die a little . No to ja już umarłem i to bardzo. Teraz chcę tylko jak najdłużej wytrzymać tempo Marty. Pierwszy kilometr robimy w szaleńczym tempie – 3:45, a ja jestem szczerze przerażony i zaczynam obawiać się o własne zdrowie. Już nie biegnę obok mojego prywatnego Zająca. Teraz jak cień podążam z tyłu i czekam kiedy w końcu spuści z tonu, bo wydaje mi się, że lada chwila musi to nastąpić. Dobre żarty. Po głowie chodzą mi myśli, żeby zwolnić, poczekać na Anetę i treningowo pobiec z nią do końca. Na szczęście szybko porzucam te myśli, wiem, że bym sobie tego nie wybaczył, a co gorsza zostałbym zmieszany przez nią z błotem za taki cyrk ;)

Wbiegamy na Filaretów, jest kilka zakrętów, nie wiem dlaczego, ale Marta ich nie ścina, co bardzo mnie irytuje, ale konsekwentnie biegnę za nią. Tylko na podbiegu pod Zana czuję, ze mógłbym biec trochę szybciej, ale postanawiam mądrze trzymać się, za doświadczoną biegaczką. Gdy jesteśmy już na Zana zaczyna się długi, dwukilometrowy zbieg. Tempo ciągle jest szaleńcze. Na Nadbystrzyckiej, tuż za Perfect Runner, na najbardziej pochyłym fragmencie trasy, zaczynam zostawać. Do tej pory motywowałem się jak tylko mogłem i za wszelką cenę trzymałem tempo. Oszukiwałem się, że jeszcze mam siły, że jeszcze kilometr. Niestety po 6km te czary przestają działać. Za wąwozem tracę do mojego Celu jakieś 30 sekund. W dodatku wyprzedził mnie Bigos i Rafał. Biegnę razem z Krzyśkiem Grucą i postanawiam że on mi nie odbiegnie.

Ciągle widzę przed sobą Martę, którą bardzo chcę dogonić, ale dystans się utrzymuje. Pod koniec Krochmalnej trochę przyspieszam, ale sił jest mało. Około 1,5km do mety dobiega do nas Piotrek Drączkowski, „dawaj KermitOZ, dawaj, trzymaj tempo”. Początkowo to właśnie robię, ale dosyć szybko strzelam. Około pół kilometra do mety, już blisko stadionu znowu podkręcam tempo, ale znowu nic z tego. Kilkadziesiąt metrów przed halą rozpoczynam długi finish, żeby przynajmniej Krzysiek przybiegł za mną. Wbiegam na ostatnią prostą i widzę przed sobą zegar, który pokazuje niewiele ponad 39 minut. Wow, w drugiej połowie biegu byłem tak zamroczony, że byłem przekonany, ze mam tempo na jakieś 44 minuty, a tutaj wychodzi na to, że w swoim debiucie na dyszce złamię 40 minut. Jak po zastrzyku energii biegnę mocno już do samej mety, którą przekraczam z wynikiem 39:41. Jestem w szoku, bo przed biegiem nawet najbardziej optymistyczny plan nie zakładał zejścia poniżej 40 minut. To był znakomity bieg, z którego jestem przeogromnie zadowolony.

Ogromne podziękowania należą się Marcie (39:20), bez której na pewno nie osiągnąłbym tak świetnego czasu i pewnie przyczłapałbym ładnych kilka minut później. Jeśli chodzi o tabelę to najambitniejszą wersją planu było zmieszczenie się pierwszej setce i dałem radę tego dokonać (96/1035 open, 41/255 M16). Podziękowania i wiele dobrych słów należą się też organizatorom, bo impreza dopięta była chyba na ostatni guzik. Duży plus za prysznice po biegu. To rzecz na zawodach kolarskich niezwykle rzadka, a bardzo pożądana. Tutaj wydaje się to standardem, dzięki czemu późniejsze oglądanie dekoracji i wymiana wrażeń wśród uczestników odbywa się w bardziej komfortowych warunkach. Dzięki i do zobaczenia w styczniu na nocnej dyszce!

2014.11.22 – Puławy – Godzina w Piekle

2014.11.22

Finał Godziny w Piekle to zawody w puławskiej Marinie. Jadę tam z Karcerem i Anetą, jest zimno, co utwierdza mnie w przekonaniu, że przełaje są jednak nie dla mnie i starty jedynie w lokalnym cyklu tej dyscypliny były jedynym słusznym planem :) Na miejscu od razu czuć atmosferę ścigania, zawodnicy rozgrzewający się na trenażerach, sporo kibiców i profesjonalnie przygotowana trasa sprawiają, że niska temperatura na zewnątrz schodzi na dalszy plan. Przerażenie wszystkich budzi plaża, po której do przebiegnięcia jest kilkaset metrów w kopnym piachu. Taki widok sprawia, że wielu zawodników zamiast trząść się z zimna, zostaje oblanych gorącym potem. Ja podchodzę do tego jeszcze spokojnie – w końcu coś tam biegam, więc tam powinienem tylko zyskiwać.

Przed startem robię dosyć słabą rozgrzewkę i dopiero po objeździe rundy czuję się przygotowany do walki. Znowu jedziemy minutę po Mastersach. Start! Tym razem lepiej niż ostatnio w Lublinie, rozpędzam się na pierwszej prostej i jadę w miarę wysoko, choć Darek jest już kilka sekund przede mną. Niestety zwycięzca ostatniego wyścigu, Łukasz Milewski z Blu Cersanit Team Refleks jest jeszcze dalej i od samego startu stopniowo się oddala, jadąc po zwycięstwo w całym cyklu. Mi pozostaje walczyć z Darkiem o drugą lokatę, ale pierwsze dwa kółka to dla mnie dramat. Kilkukrotnie mam problemy z wpięciem się w pedały, w dodatku plaża także daje mi się we znaki. Góral średnio nadaje się do zarzucenia na plecy, więc muszę biec, prowadząc go po piachu. Katorga. Po dwóch kółkach mam grubo ponad pół minuty straty do Darka i Przemka i jeszcze więcej do Piotrka Sztobryna, który jest piąty. Mam szczerze dosyć, a w głowie kłębią się myśli o zejściu z trasy, jestem tego bliski jak jeszcze nigdy w życiu. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie podjął walki.

Od trzeciego kółka jedzie mi się trochę lepiej, przyspieszam i widzę, że powoli zbliżam się do chłopaków. W połowie wyścigu doganiam najpierw Przemka, a później Darka. Odżywam, ale nie decyduję się na odjazd, ostatnie trzy kółka jedziemy razem. Między plażą (na której wyprzedzamy jeszcze Sztobryna), a ostatnim podbiegiem, znowu mam problemy z wpięciem się w pedały. Przemek odjeżdża daleko, ale Darka doganiam i ostatnią minutę jedziemy razem. Przed finishem siedzę mu na kole, na ostatniej prostej staję w korby i jadę wszystko co mam. Robi mi się ciemno przed oczami, ale na kresce wyprzedzam go o kilka centymetrów i kończę szósty. W generalce mamy równą liczbę punktów, ale to Darek był wyżej w drugiej edycji, która była Pucharem Polski i dlatego to on jest drugi, a ja trzeci.

To były ostatnie 53:55 ścigania na rowerze w tym roku, wynik bardzo słaby, ale i tak jestem ogromnie zadowolony z tego, że pomimo kryzysu potrafiłem wrócić do walki! Teraz okres przejściowy i za około miesiąc pora rozpoczynać przygotowania do nowego sezonu. Jako, że trudno będzie wytrzymać do kwietnia bez rywalizacji to w okresie jesienno zimowym zamierzam wystartować w kilku zwodach biegowych. Rower oczywiście dalej pozostaje w użyciu :) Na koniec podziękowania i gratulacje dla organizatorów. Cały cykl był świetny, wszystko grało i mam nadzieję, że w Lublinie w 2016 będziemy mieli Mistrzostwa Polski w kolarstwie przełajowym. Chyba nikt z zawodników, którzy brali udział w Godzinie w Piekle nie miałby nic przeciwko :) Zresztą film Wojtka Matrasa pokazuje wszystko:

Starsze posty «